Relacje,  Ukraina

Ałuszta, Jałta i Czatyr-Dah: Idąc w tango z Południowym Krymem

Dość. Dwa ogromne plecaki. Ciężki namiot. Gwarne duże miasto. Kilkadziesiąt godzin pociągiem. Kilka noclegów na zabudowanym balkonie. Bardzo intensywne dni. Po Symferopolu chcieliśmy już trochę odpocząć i wreszcie się rozerwać. Wybraliśmy się więc nad morze. Zapakowaliśmy dobytek do busa i ruszyliśmy w kierunku Ałuszty. W przewodniku była niepochlebnie opisana jako gwarny i zatłoczonych kurort typowo turystyczny. Dokładnie na to liczyliśmy i tego oczekiwaliśmy. A czy to dostaliśmy? Może nawet i więcej!

Królowa życia

Droga do Ałuszty na kilka kilometrów przed celem zmienia się w prawdziwą wycieczkę krajobrazową. Miasteczko znajduje się przy samym morzu , w dolinie rzek Ułu – Uzeń I Demerdży. Otulają je masywy górskie Czatyr-Dahu, Demerdży oraz rozciągający się masyw Babugán-Jajły. Osłaniają Ałusztę od zimnych, suchych wiatrów stepowych, dzięki czemu klimat wydaje się być tu nad wyraz przyjazny.

krym-282

Zjeżdżając ze wzniesień dość krętą drogą można podziwiać przepiękny widok. Z bliska miasto nie prezentowało się tak malowniczo. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Z dość obskurnego dworca zabraliśmy się z Leną. Mieszkała w niskim domku jakieś dwa kilometry od morza. Na działce znajdował się specjalny „dom” dla gości. Dostał nam się pokój na górze tuż przy drzewie figowym, więc śniadania lub kolacje mogliśmy urozmaicać świeżą figą. Pokój był duży. Z łóżkiem. Z ubikacją. I tyle. Żeby się wykąpać, musieliśmy iść do domu Leny i poprosić po pierwsze o odkręcenie wody, po drugie o odkręcenie ciepłej wody. Potem już tylko trzeba było się udać pod prysznic. Jeden dla wszystkich gości. Była to zwykła wnęka na dole zasłonięta folią z żarówką bez oprawy. Po prostu zwykła żarówka.

Rekonesans Ałuszty za dnia dowodził, że to zwykłe miasteczko z kamienistą plażą i mnóstwem straganów z mnóstwem bibelotów. Na tę rozpoznawczą przechadzkę wyruszyliśmy prawie z drogi. Wobec tego, gdy już nasyciliśmy nieco oczy, śpieszyłam pod prysznic, jaki by on nie był. Dopiero po doprowadzeniu się do ładu ruszyliśmy tak naprawdę w miasto. Spodziewaliśmy się sennej atmosfery z przechadzającymi się promenadą turystami. Ałuszta okazała się prawdziwą królową nocy.

Nie było w niej nic z sennego miasteczka. Bulwar kipiał energią. Ogromny Diabelski Młyn świecił neonami. Kluby przy plaży zachęcały do odwiedzin. Nie opieraliśmy się zbyt długo i weszliśmy do lokalu Zanzibar, który z afrykańskiego klimatu miał w sobie jedynie koce ze wzorem tygrysa. Pod gołym niebem, otuleni tygrysowym kocem sączyliśmy szampana. Czuliśmy się niecodziennie, bo niecodziennie zamawialiśmy butelki dobrego wina, czy zostawiliśmy bardzo sute napiwki. Przeliczając złotówki na hrywny byliśmy na Krymie zamożni, a naprawdę nie zabraliśmy ze sobą wiele. Ja, tyle co przez rok uzbierałam ze stypendium za naukę na studiach ( a nie były to krocie), a Maciek był wtedy na stażu. Naprawdę czułam, że w Ałuszcie na wiele mogliśmy sobie pozwolić.

krym-483

Po nocy miasteczko się wyciszało, ale nie cichło zupełnie. Za dnia zaskakiwało atrakcjami, których pomimo wielu już wyjazdów nigdzie indziej nie spotkałam. I tak jednego dnia dorwał nas człowiek z borsukiem. Nie było możliwości pozbyć się go. Dla świętego spokoju i z nadzieją, że datek pójdzie na jakiś smakołyk dla zwierza, wzięłam borsuka na kolana i z nietęgą miną pozowałam Maćkowi wyraźnie ubawionemu. Jego uciecha nie trwała długo. Po kilku krokach wdrapała się na niego małpka. Równie szczęśliwy co ja z borsukiem na kolanach poddał się fotografowaniu. Po tych incydentach obawialiśmy się czy aby zza rogu nie wyjdzie jakiś rubaszny Ukrainiec z niedźwiedziem na łańcuchu.

krym-547

Nie tylko borsuki i małpy zaskakiwały na promenadzie. Unikalne okazały się carskie pokoje, jak je nazwałam. Były to stylizowane na bogate komnaty pałacowe wnętrza, wystawione na zewnątrz. Pełno złota, bogate tapety i wszystko , co można tylko sobie wyobrazić w carskich pokojach. Mało tego. Można było przebrać się stosownie do okoliczności i sfotografować. Udałam się więc na zaplecze z pokaźnych rozmiarów Ukrainką. Gdy zdecydowałam już się na suknię, perukę i kapelusz, gospodyni zaplecza pokazuje mi, żebym zdjęła bluzkę. Teraz myślę, że myślała, że nie rozumiem jej, więc bez zbędnych ceregieli zaczęła unosić moją koszulę do góry. Wtedy zaczęłam krzyczeć Niet! Niet! Popatrzyła, przyjęła, kazała podciągnąć rękawy i przyodziała w suknię. Inne kobiety nie miały jednak oporu, by paradować na zapleczu w samych stanikach, a doskonale je było widać z promenady. W czarno- złotej sukni i takim samym kapeluszu oraz z rudymi puklami wyszłam gotowa pozwać. Doskonale wiedziałam, że wyglądam karykaturalnie, ale wyraz twarzy Maćka był bezcenny. Mieszanka zdziwienia, zaskoczenia i ubawienia oddawała bez słów jak „fantastycznie” wyglądam.

Promenada za dnia i wieczorem dawała możliwości handlu. Można było kupić mnóstwo biżuterii z koralu i krymskiego alabastru, delikatnie zielonego imitującego prawdziwy alabaster. Ileśmy tego nazwozili do domu! Jak koloniści, którzy dostali czas wolny przy sopockim molo. Zero rozsądku i przemyśleń.

krym-488

Można było też zanurzyć się w świecie smaków. To właśnie w Ałuszcie na Krymie skosztowałam najlepszego w życiu kebaba, swoją drogą przygotowywanego przez Turków. Niestety będąc w Turcji akurat ten lokalny przysmak w ogóle mi nie przypadł do gustu. Jednak na krymskiej promenadzie prawdziwym przysmakiem był płow (znany też jako pilaw). Proste danie typowe dla tego regionu. Ryż z marchewką i rodzynkami przyprawiony kardamonem, podany z ciemnym, razowym pieczywem smakował mi tak bardzo, że przez te kilka dni pobytu w Ałuszcie tym posiłkiem kończyłam niemal dzień. W godzinach porannych i popołudniowych wzdłuż promenady nieopodal zejść na o plażę można było upolować soczyste owoce pierwszej świeżości. Raczyłam się dzięki temu idealnymi nektarynkami, jakich nigdzie indziej nie znalazłam. Mocny smak nieco cierpki z wyraźnie słodkim akcentem i chrupka konsystencja, twarda, ustępująca pod silnym naciskiem zębów były czymś co zapamiętałam na lata.

Ałuszta jawi mi się do dziś prawdziwą królową nocy, ale i prawdziwą diwą życia za dnia. W odpowiednich proporcjach dostarczała leniwych chwil plażowania, jak i nocnych atrakcji . Promenada nad morzem przyciągała niczym magnez. Udało nam się jednak wyrwać spod tej magnetycznej siły i wybrać w najdłuższą podróż trolejbusem.

Snobistyczna dama

Krym, w szczególności okolice Symferopola,, gdzie dojeżdżają pociągi z byłych państw satelickich ZSRR, pokrywa sieć trolejbusowa. Ma łącznie 94 kilometry! Wybraliśmy jedną z dłuższych, ale nie najdłuższą trasę. Wybraliśmy się z Ałuszty do Jałty. Trolejbus wlókł się niemiłosiernie, dlatego z powrotem wybraliśmy jednak marszrutkę, niewielki bus. Podróż trolejbusem była dla nas atrakcją turystyczną, więc bardzo długi czas przeprawy potraktowaliśmy z przymrużeniem oka. Jednak dla mieszkańców Krymu to zwykły środek transportu. Nie wiem czy miałabym tyle cierpliwości jeżdżąc 40 km około dwie godziny. Ogromnym atutem jest niewątpliwie cena. Bilety trolejbusowe są tanie jak barszcz, a może nawet tańsze!

Po dwóch godzinach jazdy dotoczyliśmy się do Jałty, położonej około 79 km od Symferopola nad Morzem Czarnym. Oryginalna nazwa pochodzi z języka greckiego, od słowa jałos oznaczającego po prostu brzeg. Miasto ma bardzo długą historię, sięgającą czasów Taurów, z czasem region ten przechodził w ręce Rzymian, Bizantyjczyków, Tatarów i innych narodów. Polakom najpewniej Jałta będzie się już zawsze kojarzyła ze zdradą Wielkiej Trójki. Właśnie w Liwadii nieopodal Jałty w lutym 1945 roku odbyła się jedna z trzech najważniejszych konferencji obozu antyhitlerowskiego, decydująca o przyszłym kształcie europejskiego porządku po II wojnie światowej. Ostatecznie to właśnie tam utraciliśmy ziemie na wschodzie ze Lwowem.

krym-428

Mnie Jałta będzie się od wyprawy na Krym kojarzyć z długą, wybetonowaną promenadą przy linii wody z modnymi butikami po jeden stronie i luksusowymi jachtami po drugiej. Tam właśnie spotkałam pierwszy sklep Adidas Oryginals, a w McDonalds zaskoczyła mnie wielkość napoju, nieporównywalnie większa niż u nas. Doskonale pamiętam też widok ulicy. Z dwóch stron wzbijały się w górę palmy. To były pierwsze w życiu jakie widziałam. Wyobrażałam sobie wtedy, że pewnie tak wyglądają aleje w Miami. Dając się porwać tym ulicom dotarliśmy do soboru Aleksandra Newskiego w niespotykanym dotąd dla mnie stylu. Cerkwie widywałam wcześniej na Podlasiu, ale tak bogatą świątynię widziałam pierwszy raz. Budowla wykonana została w stylu staroruskim ze zwieńczeniami w postaci pięciu złotych kopuł.

krym-457

Jednodniowa wycieczka do Jałty pozostawiła po sobie wrażenie nieco snobistycznego kurortu dla bogatych Rosjan. Luksusowe jachty, markowe butiki przeplatały się z niezwykłą, bardzo długą historią. Nie zachwyciła mnie jednak, nie wprawiła w zdumienie. Bez szczególnego ociągania i smutku opuściłam kurort. Powrót do Ałuszty był czystą przyjemnością.

Romantyczny samotnik

Ałuszta ma świetne położenie, gdy chce się pochodzić po krymskich górach. Dalej twierdzę, że nie sposób czerpać z chodzenia po nich tyle radości, co podczas wędrówek po naszych Tatrach, nie mniej warto sprawdzić o co też chodziło Mickiewiczowi zachwyconemu całym krymskim klimatem. Masyw Czatyr-Dahu oddzielony jest od pobliskich Babugan-Jajły i Demerdży lesistą przełęczą. Na wschód od masywu leży Przełęcz Angarska. To właśnie tędy przebiega droga, którą z Ałuszty można dostać się do Symferopola. Tędy też i jechał nasz busik, gdy postanowiliśmy wybrać się na jednodniową wycieczkę w góry.

krym-569

Mieliśmy ze sobą jeden przewodnik bez mapy i mapę bez polskich nazw. Nie do końca wiedzieliśmy gdzie wysiąść, gdyż chcieliśmy wejść na szlak w konkretnym miejscu, ale zupełnie nieoznaczonym na trasie. Wobec tego jechaliśmy na czuja. Maciek patrzył na mapę, porównując ją z przebieg trasy busa. Gdy oceniliśmy, że pokonaliśmy ten ostatni zakręt, za którym mieliśmy zacząć naszą wędrówkę głośno krzyknęliśmy stop. Pasażerowie patrzyli na nas ze zdumieniem, a kierowca dwa razy pytał, czy chcemy wysiąść. Wysiedliśmy i od razu znaleźliśmy się w mrocznym lesie, pełnym powykręcanych konarów drzew i występujących spod ziemi poplątanych korzeni.

Szlaki na Krymie nie są oznaczone. Na całej trasie spotkaliśmy może dwa lub trzy oznakowania. Szliśmy po prostu w górę. Drzewa przerzedzały się aż wreszcie z szaty roślinnej pozostały tylko trawy. Całość masywu tworzy ładny krajobraz. Dokładnie tak. Ładny. Sporo dolinek i wzniesień, ale gdzież im do wysokogórskich widoków Tatr. Szczerze przyznam, że w pewnym momencie byłam wręcz zirytowana.

krym-673

Układ wzniesień jest tak specyficzny, że dochodząc do jednego ma się wrażenie, że to już koniec, że to już szczyt. Czuć już pod skórą to mrowienie towarzyszące ekscytacji, że oto za chwilę stać będę w najwyższym punkcie i podziwiać. Nie z Czatyr-Dahem! Gdy już myślałam, że zaraz zatrzymam się i ogarnę wzrokiem te rozległości, to wyłaniało się kolejne przewyższenie. I tak kilka razy. Gdy góry tak z człowiekiem i grają, mamiąc niczym fatamorgana, można się sfrustrować. Na szczęście, gdy już byłam gotowa przerwać tę grę dotarliśmy na szczyt. Pode mną rozciągały się zbocza pokryte drzewami. Gdzieś w głębi poczułam pewne rozczarowanie, oboje chyba je poczuliśmy. Nie było widać tych gołych skał, nagich ostrych grani.

Schodząc musieliśmy chyba trafić na właściwy szlak, bo udało nam się zejść przy niedużym parkingu. Szybko zlapalismy bus , który dowiózł nas z powrotem do Ałuszty.

* * *

Idąc w tango z Południowym Krymem dostaliśmy dokładnie to czego oczekiwaliśmy. Rozrywkę. Okrutnie wybetonowane, pachnące komuną plażę Ałuszty i irracjonalne atrakcje tamtejszej promenady dostarczyły ciekawych emocji za dnia, jak i po zmroku. Jałta odsłoniła w pełni snobistyczny charakter, a Czatyr-Dah okazał się samotnikiem przy tych południowych damach, zdecydowanie przerysowanym w romantycznych wizjach Mickiewicza.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Ałuszta,Jałta, Czatyr-Dah: Idąc w tango z Południowym Krymem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *