Australia,  Relacje

Australia: 5 opowieści o niebiańskich plażach

Pierwsze niepokojące ukłucie poczułam już w Sydney, gdy wybraliśmy się na costalwalk z Bondi do Coogee Beach. Zignorowałam je i postanowiłam, że nie będę się nim przejmować. Objawy znów się pojawiły w drodze. Z każdym dniem czułam jak symptomy się nasilają. W połowie wyjazdu dałam za wygraną. Wiedziałam, że dalsze ignorowanie faktów byłoby zwykłym okłamywaniem się. Chwilę po wschodzie słońca na Crowdy Bay, gdy niebo miało jeszcze lekko różowy odcień, a nad morzem unosiła się delikatna mgła, nastąpił przełom. Przyznałam się wreszcie sama przed sobą, że Australia ma niezaprzeczalnie najpiękniejsze plaże, że ich zazdroszczę. Ja, orędowniczka niepokonanego piękna polskiego wybrzeża Bałtyku skapitulowałam w obliczu kolejnych mijanych plaż w Australii i poddałam się ich urokowi z kilku powodów.

…bo plaże ciągną się kilometrami

Miałam absurdalne wrażenie, że już tu byłam. Może to przez wysokie skały, może przez tę niedużą białą latarnię, może przez bliskość nieskończonego oceanu, ale stojąc na skalistym cyplu w Port Macquarie miałam nieodparte przekonanie, że przypomina mi Cabo da Roca. Widok odbiegał jednak znacząco od portugalskich, urwistych klifów. Z Tacking Point Lighthouse widać układające się wzdłuż linii brzegowej jęzory piachu, kuszące lenistwem i błogim spokojem. Ponoć jest to jedna z ulubionych plaż surferów, ale też świetnie nadaje się na długie spacery (ma 9 km długości!), jazdę quadami oraz przejażdżkę na wielbłądach.

Plaża przy Tacking Point Lighthouse
Ciągnąca się po horyzont plaża – widok z Tacking Point Lighthouse

Większą intymność zapewnia mniejsza, bardziej kameralna plaża po drugiej stronie cyplu. Przytulona jest do niewielkiej zatoczki, która powstała z uwagi na wystający cypel, urozmaicający linie brzegową. Można na nią zejść po ścieżce wiodącej przez skaliste, porośnięte roślinami wniesienie z wytycznymi punktami widokowymi.

Plaża - Tacking Point Lighthouse
Kąpiele w oceanie w marcu…to ja rozumiem

Droga rozpoczyna się przy małej latarni, która zbudowana tu została w 1879 roku. Pomimo małych rozmiarów miała ogromne znaczenie, ponieważ w XIX wieku w regionie było niewiele punktów świetlnych, przez co dochodziło do katastrof morskich. Latarnia morska jest końcowym punktem popularnego costalwalk’u ciągnącego się wzdułż wybrzeża od Town Beach. Przejście choćby krótkiego odcinka sprawia, że z miejsca można zakochać w takich spacerach.

…bo plaże znajdują się w otoczeniu natury

Otrzepywałam z rzęs ostatnie okruchy snu, pocierając oczy dłonią, gdy wsiedliśmy do wynajętej toyoty. Australia wymaga od przyjeżdżających kilku wyrzeczeń, a jednym z nich jest sen. Wstawaliśmy zbyt wcześnie jak na urlop, ale plusem była możliwość zjedzenia smacznego śniadania gdzieś w drodze. Analizując czas i odległość do pokonania autem w ciągu dnia uznałam, że mamy czas, żeby zboczyć z trasy. Plaża przy Crowdy Bay miała urzekać, byłam ciekawa jak bardzo. 

Było już jasno, gdy dotarliśmy do pola campingowego, gdzie stało kilka samochodów i namiotów, przy których kangury skubały trawę.

Śniadanie z kangurami
Kangury na śniadaniu na campingu w Crowdy Bay

Nad oceanem unosiła się lekka poranna mgiełka, a nieśmiałe jeszcze promienie słońca lizały leniwie grzbiety fal. Eteryczny urok chwili unosił się w otoczeniu, a ja w pierwszym odruchu chciałam zastygnąć, by czar nie prysł. Okazało się, że nawet gdy mrugnę okiem ten nieziemski krajobraz nie znika, gdy poruszę stopą, ziemia się nie zapada, a gdy odetchnę, ocean nie zamieni się w pustynię. Po zrobieniu trzech kroków upewniłam się, że to nie sen a jawa. Naprawdę natura serwuje nam takie miejsca i takie widoki w zupełnie nieoczekiwany sposób.

Plaża w Parku Narodowym Crowdy Bay i efekt wow

Plaża w Parku Narodowym Crowdy Bay to piaszczysty pas oddzielający ocean od lasu. Stojąc na żółtym polu między błękitną a zieloną strefą niczym na przedziwnej szachownicy wpatrywałam się w majaczące w oddali skały i wzniesienia. Pejzaż onieśmielał i inspirował, powodował gdzieś w głębi absolutną potrzebą być tu i teraz, nigdzie indziej.

…bo o plaże rozbijają się fale

Szyld motelu Golden Sands Motor Inn był prosty, ale skuteczny. Dostrzegliśmy go z daleka i skręciliśmy wprost na motelowy parking z głównej, przynajmniej tak mi się wydawało, ulicy w miejscowości Forster. Trafiliśmy na jeden z licznych moteli ciągnących się wzdłuż drogi, gdzie na jedną noc zatrzymywali się robotnicy, handlowcy, matki z dziećmi, ojcowie na delegacjach i tacy jak my, którzy byli w drodze i następnego dnia jechali dalej. Po wyjściu z auta uderzyła mnie wilgoć w powietrzu, czuć było bliskość oceanu, jak się okazało był na wyciągnięcie ręki.

Plaża w Forster o zachodzie słońca
Zachód słońca na plaży w Forster

Niski, motelowy budynek rodem z amerykańskich filmów drogi dzieliła od plaży odległość 10-minutowego spaceru wolnym krokiem. Stanęliśmy na piachu w żółtym kolorze, który uciekał pod bosymi stopami. Był suchy, chłody, wdzierał się między palce i lekko osypywał po skórze. Na twarzy poczułam natomiast wiatr. Przyjemny, lekki, słony, jego drobinki czułam osadzone na wargach. Wrażenie jednak robiły fale. Długie jęzory lizały brzeg plaży w jednostajnym rytmie, pozostawiając na piachu ślady, które do złudzenia przypominały koronkowe serwety robione przez mamę Maćka z niesamowitym kunsztem. Ocean w wieczorowej kreacji wyglądał wdzięcznie z rumieńcem zachodzącego słońca i kolią z najpiękniejszych pereł, jakie tworzyły białe grzbiety fal.

Plaża o poranku w Forster
Dobre humory o świcie? Na takiej plaży to jasne!

Nie mniej urzekła plaża w Forster za dnia. Przejeżdżając na drugą stronę mostu, po kilku metrach spaceru między niskimi krzewinami dotarliśmy do długiej plaży, a niespokojne grzbiety wieczornych fal były rankiem łagodne jak owieczki.

…bo plaże są piaszczyste

Niewielki punkt majestatycznie przemieszczał się o po niebie. Stojąc na cyplu, wysoko nad linią wody, przyglądałam się jak paralotnia powoli wznosila się i opadała po czym zniknęła gdzieś daleko. Pozostał natomiast widok plaży w kształcie jasnego rogala z drobnego piachu, którego otulała z jednej strony błękitna woda oceanu, a z drugiej gęsty, zielony las tropikalny.

Byron Bay - plaża
Plaża w Byron Bay widziana z przylądka

Nie trzeba było namawiać mnie na zejście. Zanurzyłam stopy w piachu z pożądliwością, której nauczyłam się właśnie w Australii. Delikatnie masował skórę, odprężając po podróży w aucie w rozżarzonym do czerwoności dniu wczesnej jesieni. Plaża w Byron Bay dawała rozkosz na poziomie fizycznym i duchowym, miękki piasek zdzierał ze stóp zmęczenie, zaś łagodność pejzażu dawała spokój. Sielankowy charakter plaży dopełniali spacerujący bez pośpiechu ludzie i beztrosko biegający w pobliżu ich czworonożni przyjaciele. Pomyślałam, że Rey na pewno by tu oszalała ze szczęścia, uwielbia plaże i kopanie w piachu, a tu miałaby pole do popisu.

Szeroka plaża -  Byron Bay
Szerokość plaży w Byron Bay zachwyca

Uroki Byron Bay doceniają szczególnie surferzy, którzy ponoć odwiedzają ponoć to miejsce tłumnie i kilku faktycznie kręciło się po głównej plaży w miasteczku, gdy zajrzeliśmy na nią wieczorem. Panowała tu atmosfera niewymuszonego luzu z dodatkiem lanserskiego sznytu. Miałam głębokie przekonanie, że trafiliśmy na tę porę wieczoru, gdy obie strony – i kobiety, i mężczyźni – w pełnym rynsztunku idą na łowy. Kipiało od emocji, hormonów i feromonów skupionych w męskim lub damskim kręgu głównie młodych osób, porozsiewanych w niedużych dystansach od siebie. Amosfera Byron Bay świetnie nadawała się do tego straszenia piór. Staroamerykańską zabudowę miasteczka zajmowały w większości sklepy znanych marek z ubraniami i sprzętem dla surferów. Miasteczko i jego nonszalancki klimat miały w sobie pewien urok, ale dla mnie będzie ono kojarzyło się z plażą tak piaszczystą jak kawałek Sahary oddalonej od Hurgady o nieco godzinę jazdy autem.

…bo plaże kryją tajemnice

Niewielki skrawek ziemi między wysokim klifem z jednej strony a dużymi glazami z drugiej wydawał się prawdziwym rajem na ten krótki czas, gdy stanęliśmy w drodze powrotnej. Cicha i mała plaża z drobnym piaskiem pozwalał się na chwilę zaszyć przed światem i odpocząć od samochodowego siedzenia.

Niewielka plaża Emerald Beach
Kameralna plaża Emerald Beach

Ta sielankowa sceneria kryła jednak smutną i mroczną tajemnicę, jedną z wielu podobnych, które wydarzyły się u wschodnich wybrzeży Australii w czasach początków kolonializmu, gdy pod osłoną nocy statki uderzał o siebie lub skały nabrzeża.

Przy urokliwej Emerald Beach doszło do tragedii 8 grudnia 1886 roku. O 20.20 dwa statki zderzyły się ze sobą a załogi oraz pasażerowie obu zostali gwałtownie wyrzuceni z pokładu. 48 osób straciło życie. Prawie dwa tygodnie trwały poszukiwania wraku i ciał. Dopiero 16 grudnia wypatrzono duży obiekt unoszący się na wodzie. Było to pierwsze ciało w niebieskiej bluzce. W kolejnych dniach znajdowano następne ciała oraz elementy ekwipunku statków. Pewnie nie dowiedziałbym się o tej tragedii, gdyby nie mała tabliczka upamiętniająca ofiary, pod którą widniała jeszcze starsza zmurszała tablica tej samej treści. W słoneczny dzień na cudownej plaży nie mogłam sobie wyobrazić tej tragedii, która dotknęła ten mały raj ponad sto lat temu.

Plaża w Emerald Beach
Rajski obrazek plaży kryje tragiczną tajemnicę

Tragedie morskie zdarzały się często u wybrzeży Australii nim zaczęto rozbudowywać tu sieć latarni. Najczarniejszym rokiem był rok 1856. Zimą, w nocy 20 sierpnia załoga statku „Dunbar” przy złej pogodzie nieprawidłowo rozpoznała wejście do zatoki, co doprowadziło do katastrofy. Statek nadział się na urwiska The Gap. Zginęło wówczas 121 osób. Zaledwie dwa miesiące później statek „Catherine Adamson” nadział się na skały na North Head przy samym wejściu do portu. Życie straciło 21 osób. W listopadzie statek Taluti odpływał ze zbyt dużą prędkością z Bradleys Head i uderzył w prom, a śmierć poniosło 40 osób. Tak dramatyczna historia wybrzeża nie zostaje zapomniana, można spotkać tu tablice upamiętniające, które upominają o wyjątkowej sile oceanu, zwłaszcza przy tej malowniczej przyrodzie i bajkowym charakterze niebiańskich plaż.

Kunszt z jakim natura poradziła sobie z namalowaniem australijskich plaż wywołuje podziw. Idealnie dobrane kolory tworzą malowidła, które z chęcią oglądałabym każdego dnia. Ciężko było się od nich oderwać i zostawić za plecami niebiańskie plaże. Z żalem wsiadałam do auta za każdym razem, gdy gonił nas czas i w wilgotnym jeszcze kostiumie, z drobinkami piasku na stopach wsiadałam do toyoty. Po raz kolejny odczuwałam, że Australia sobie normalnie z nas kpi, wodząc przed oczyma magicznym pejzażami i dając kuksańca między żebra długimi dystansami. Pogodzona z tym faktem czerpałam radość z tysięcy sekund na plażach, bo tysiąc zawsze brzmi lepiej niż jeden, jak jedna godzina spędzona na w raju na ziemi.

autor: Magdalena Drajkowska

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *