Australia,  Impresje

Australia: na własną rękę? Dasz radę!

Grunt to dobre nastawienie. Do Australii może się pojechać na własną rękę. Kraina kangurów przez długi czas była w strefie moich marzeń jednym z tych punktów odległych o lata świetlne z tą myślą „kiedyś tam polecę”. To „kiedyś” zmieniło się w „za kilka miesięcy” z kilku powodów, ale przede wszystkim dlatego, że uznałam to za realne. W Australii żyją ludzie i do Australii ludzie latają, a co równie ważne również z niej wracają. Wobec tego czemu ja nie miałabym tam polecieć? Ponadto na moje pytanie – Lecimy do Australii? Maciek bez mrugnięcia okiem powiedział – Tak. Rodzice dowiedzieli się po fakcie, ale już chyba przywykli do naszych wyjazdów, więc przyjęli to z godnym podziwu spokojem. Nie ukrywam, że fajnie, gdy ktoś utwierdza Cię w przekonaniu, że robisz dobrze (Maciek) albo przynajmniej nie wmawia Ci, że to głupi pomysł (rodzice).

Kupowanie biletów lotniczych

Na poważnie o Australii zaczęłam myśleć przez promocje biletów lotniczych. Mam dodane na Facebooku strony z promocjami hoteli i biletów samolotowych, dzięki czemu mam newsy co? gdzie? za ile? Z reguły przez 9 miesięcy w roku zerkam na nie 2 może 3 razy w tygodniu, nie na wszystkie i nie z jakąś szczególną pożądliwością. Trop zaczynam łapać już od października i nie ma zmiłuj, wtedy ryję w ofertach jak nornica przed zimą w runie leśnym. Zauważyłam, że to najlepszy okres na promocję dalekich kierunków, szczególnie azjatyckich. Gdy tak przekopywałam się przez listopadowe propozycje w poszukiwaniu biletów „może do Japonii” natknęłam się na ofertę lotów do Sydney z Berlina. I zamarłam. Podczas niezliczonych rozmów z Maćkiem o podróżach ustaliliśmy, że jeśli kiedyś natknę się na ofertę lotów do Australii w dobrej cenie, to lecimy. W listopadowy, deszczowy wieczór na ekranie komputera wyświetliła mi się kwota znacznie niższa od zakładanej, po błyskawicznej konsultacji z Maćkiem, z szybko bijącym sercem kupiłam bilety.

Kupowanie biletów do Sydney
Kupiliśmy bilet na trasie Berlin – Sydney – Berlin z dwoma przesiadkami.

I zastanawiacie się pewnie teraz jaka to jest dobra cena za bilety do Sydney? Wszystko poniżej 3000 złotych za jedną osobę w dwie strony z Polski (ewentualnie Berlina, a zwłaszcza Berlina, jeśli mieszkacie w Poznaniu) to naprawdę okazja. Jeśli podchodzicie do tego sceptycznie i uważacie, że to zbyt dużo, bo przy 2 osobach wychodzi 6 tys., to muszę zburzyć nadzieję na bilety za 1 zł. Jeśli znajomy mówił Wam, że jego znajomy poleciał do Bangkoku za 1 zł albo do USA za 10 zł, to ktoś tu kręci. Linie lotnicze też muszą zarabiać, bo inaczej samoloty przestałyby w ogóle latać i wyprawa do Australii zamiast 28 godzin mogłaby trwać tydzień. Czemu twierdzę, że 3000 złotych to nie jest kosmos?

  • Trasa Berlin-Paryż-Kanton-Sydney to około 19500 km, a przy takiej odległości wychodzi nam opłata za kilometr 0,076 groszy i mamy w tym 4 posiłki.
  • Za przejazd pociągiem TLK z Poznania do Warszawy wychodzi 0,23 groszy za kilometr.
  • Chcąc pojechać do stolicy własnym autem musiałabym wydać 0,45 groszy za każdy przejechany kilometr (a doliczyć trzeba jeszcze opłaty za autostrady!).

To co? Myślę, że w rozrachunku aż tak strasznie drogo nie wychodzi bilet do Australii, jeżeli nie przekroczy 3000 złotych.

Załatwianie wizy turystycznej

Obywateli Rzeczpospolitej Polskiej obowiązują wizy przy wjeździe do Australii. Nie ma się jednak czego bać, bo formalności załatwia się online przez stronę internetową i trwa to kilkanaście minut. Wiza jest:

  • bezpłatna
  • ważna przez rok od momentu wydania
  • ważna na okres do 90 dni pobytu w Australii.

Przed złożeniem wniosku wizowego trzeba założyć konto ImmiAccount, jest to osobisty profil na stronie urzędu imigracyjnego z podstawowymi informacjami. Nie ma stresu, każdy taki zakłada, jeżeli wybiera się na Antypody.

Wiza turystyczna do Australii
Złożenie wniosku online o wizę turystyczną do Australii zajmuje kilka minut

Po założeniu konta można przejść do złożenia wniosku o wizę typu e-Visitor. Wszystko odbywa się internetowo, więc nie trzeba nigdzie jeździć, marnować dnia, zbierać dokumentów i stresować się dniami i tygodniami czy przyznano wizę czy nie. Potwierdzenie dostania wizy my otrzymaliśmy po 5 minutach na maile, które podaliśmy przy zakładaniu profilu ImmiAcount. Słyszałam o wypadkach oczekiwania nawet do dwóch tygodni lub konieczności przesłania elektronicznie skanów dokumentów, ale o odmowie wydania wizy nie słyszałam.

Stresuje Was język? Angielski nie jest Waszą mocną stroną? Pewnie obawiacie się całego tego zakładania profilu i wypełniania wniosku. Możecie skorzystać z fajnej pomocy na Youtube, gdzie dowiecie się jak założyć ImmiAccount oraz jak złożyć wniosek o wizę . I to tyle! Koniec. Macie wizę. Nie trzeba nawet drukować potwierdzenia, ponieważ jest to wiza elektroniczna i odnotowana została w systemie przy nazwisku. Oczywiście dla pewności lepiej wziąć ze sobą egzemplarz papierowy, tak na wszelki wypadek.

Pierwsza refleksja nad wyjazdem do Australii

Australia to kontynent. Niby oczywiste, ale trzeba sobie zdać sprawę z konsekwencji tego faktu, a mianowicie z odległości. Między dużymi miastami są one naprawdę ogromne. Sydney od Brisbane lub od Melbourne dzieli trochę ponad 1000 km. Dla zwizualizowania sobie tego dystansu podpowiem, że między Zakopanem a Helem odległość wynosi około 800 km. Wyobrażacie sobie przejechać całą Polskę w tę i z powrotem w tydzień i zwiedzić wszystko co warte zwiedzenia? Dla mnie niewykonalne. Właśnie dlatego długo myślałam nad tym co właściwie chcę robić w tej Australii.

Po długiej wewnętrznej walce zdecydowałam się na plan według mnie optymalny, ale każdy może szaleć jak mu w duszy gra. Wiedziałam, że nierealne będzie upchnięcie w 14 dni zwiedzania Sydney, nurkowania przy Wielkiej Rafie Koralowej, wchodzenia na Urulu i przejażdżki wzdłuż wybrzeża. Przynajmniej nie tak jak bym chciała. Tak, tak przez te odległości. Najsensowniejsza wydała mi się opcja spędzenia kilku dni w Sydney (tu przylecieliśmy i stąd wylatywaliśmy) i wypożyczenia auta na tydzień, żeby trochę poeksplorować krainę kangurów. I tu pojawiła się kwestia, która sprawiła mi sporo problemu – w górę czy w dół, a właściwie to do Brisbane czy do Melbourne. Zadecydowała chęć przytulenia koali, których sanktuarium znajduje się w Brisbane.

 

Wybieranie środka transportu

Przemieszczanie się po Australii samolotem zapewne jest wygodne i szybkie, ale nie należy do najtańszych. Jednak przy większej ilości gotówki i ograniczonej ilości czasu, może być to najlepsze rozwiązanie dla tych, którzy chcą zobaczyć wszystko, z czego Australia jest znana. My odpuściliśmy, bo…
…z życia, a właściwie z urlopu, trzeba coś mieć – w tym akurat przypadku chwilę odpoczynku,
…bo jeszcze nie wygraliśmy w totka, ani żadne z nas nie okazało się spadkobiercą fortuny starego lorda bez potomstwa,

Nie znalazłam zbyt wielu informacji o tym, że warto wybrać kolej lub autobusy. Na wszystkich blogach polecano wypożyczenie auta, a jeszcze bardziej campervana, czyli vana z tyłem przerobionym na łóżko. Zapachniało mi to przygodą. Wobec tego poszperałam w Internecie.

Kartka z notatkami na lodówkę
Najlepszy sposób! Przyczepić karkę na lodówce – niech wisi i przypomina

Na pierwszy rzut oka bardzo korzystnie prezentowała się oferta firmy Wicked. Okoł 1200 złotych za samochód i nocleg w jednym prezentowało się różowo jak na australijskie warunki. Potem zauważyłam, że to właściwie goła oferta. Już samo standardowe ubezpieczenie, nie pokrywające wielu ewentualnych wypadków wyniosłoby dodatkowo 600 złotych. Czyli dalej nie ma dramatu. Tylko to podstawowe ubezpieczenie…zupełnie mi nie pasowało. Czemu?

Auta wynajmowane z wypożyczalni są objęte ubezpieczeniem OC i od kradzieży. Ale! Wynajmując auto trzeba być przygotowanym na tzw. wkład własny, czyli kwotę, którą będzie trzeba zapłacić w razie uszkodzenia lub kradzieży auta. Dużo wypożyczalni blokuje kwotę wkładu własnego na karcie kredytowej. Niby żaden problem, ale…niekiedy wysokość tej kwoty może być bardzo duża, nawet kilka tysięcy złotych. To oznacza dla mnie, że nie ma możliwości wykorzystania takiej kwoty z karty w sytuacji awaryjnej na wyjeździe. Żeby taką możliwość mieć trzeba, by było ustawić sobie spory limit na karcie, co wiąże się z wyższym rachunkiem za jej prowadzenie. Co robię?

Ja wybieram pełne zabezpieczenie z wkładem własnym. Mam dzięki temu święty spokój, bo mając takie ubezpieczenie, gdy dojdzie do uszkodzenia pojazdu lub kradzieży to wypożyczalnia, co prawda pobierze z karty kwotę na pokrycie strat w ramach wkładu własnego, ale ta wartość zostanie zwrócona. No ale to pewnie dodatkowy wydatek? No fakt! Dlatego ja ogarniam to przed wyjazdem u pośrednika, wychodzi taniej. Do tej pory nie zapłaciłam za taką opcję więcej niż 230 zł. Można też na miejscu w wypożyczalni wykupić takie zabezpieczenie wkładu własnego, ale z reguły jest ono wyższe (kilka-kilkanaście dolarów za dzień). Ponadto zakup zabezpieczenia wkładu własnego często ogranicza znacząco wysokość blokady na karcie lub zupełnie ja anuluje.

Aaaa…jeszcze jest kwestia kaucji. Wypożyczalnia może zażądać kaucji. W zależności od firmy może być to bardzo różna wysokość, np. na Islandii była to wartość pełnego baku paliwa.

Po co o tym piszę? Gdy chciałam zarezerwować campervana w Wicked Campers takie pełne ubezpieczenie kosztowało 100 AUD (ok. 286 zł) za dzień! No i wyszło ponad 3 tysiące za wynajem campervana. Pomyślałam, no dobra, ale to transport i noclegi w jednym. Już prawie rezerwowałam, gdy trafiłam na opinię od Przedeptanych. Potem poczytałam inne opinie i zapał ostygł. Rozglądałam się za innymi ofertami campervanów i nie wyglądało to różowo. Wybrałam rozwiązanie najlepsze, jakie mi się wydawało, czyli wzięliśmy z wypożyczalni toyotę w standardzie komfort i zarezerwowaliśmy noclegi w normalnych hostelach i motelach, wyszło nam po prostu taniej niż campervan. Wypożyczalnia zablokowała nam na karcie jedynie 346 AUD i nic poza tym. Dostaliśmy informację, że w razie wypadku lub kolizji pobiorą nam z karty i będziemy mogli ubiegać się o zwrot, ale to W RAZIE WYPADKU 😉

Przydatne informacje dla kierowców wynajmujących auto w Australii :

  • Panuje tam ruch lewostronny.
  • Trzeba mieć międzynarodowe prawo jazdy, żeby prowadzić samochód w Australii (kosztuje 35,50 zł i czeka się 3 dni na wyrobienie)
  • Większość wynajmowanych aut ma automatyczną skrzynię biegów
  • Najdziwniejsze uczucie jest, gdy pierwszy raz skręca się na rondzie nie w tę stronę.
  • Miałam wrażenie, że w Australii są bardzo wąskie drogi, więc trzeba uważać na lusterka.
  • Autostrady ciągną się kilometrami i czasem manewr wykonuje się raz na 100 km.
  • Paliwo jest dużo tańsze niż w Polsce.
  • Warto wybrać to samo miejsce odbioru i odstawienia auta – za podstawienie auta w innym miejscu się dodatkowo płaci.
  • Ponoć przez jezdnię potrafią skakać kangury, zwłaszcza po zmroku, a niektóre ubezpieczalnie nie obejmują takiej „kolizji” swoim pakietem.

Druga refleksja nad wyjazdem do Australii

Jedziemy! Świadomość tego, że za kilka miesięcy wylecimy do Australii po prostu z trudem do mnie docierała. Gdyby nie wydrukowany bilet lotniczy i wiza, pewnie bym pomyślała, że to mi się przyśniło. A jednak miałam w ręku bilety w dwie strony i rezerwację samochodu, zaś w głębi, gdzieś pod mostkiem, między żebrami czaiło się uczucie satysfakcji z właśnie spełniającego się marzenia. Z formalności zostało mi tylko załatwić dla nas noclegi.

Wiele słyszałam o licznej Polonii w Australii, choć przyznam, że absolutnie tego nie zauważyłam będąc na miejscu. Pomyślałam, że być może ciekawie będzie zatrzymać się więc u Polaków. Przeszukałam fora, Facebooka i inne zakamarki Internetu, ale niestety żadnej takiej opcji nie znalazłam. Na Airbnb interesujące mnie terminy były niedostępne, więc został Booking.com.

Wyszukałam przyzwoity hostel w budynku starego dworca w doskonałej lokalizacji na pierwsze 3 noce. Niestety na ostatnie trzy noce naszego pobytu, które też chcieliśmy spędzić w Sydney, pokoje w tym hostelu były już porezerwowane. Trzeba było szukać gdzieś indziej. Wyszukałam pokój w dobrej cenie, trochę jednak dalej od centrum miasta. To nas nie zraziło. Zabukowałam.

Perturbacje zaczęły się w Australii, 4 dni po przylocie. Dostałam maila, że mają problemy z kartą kredytową i w przypadku dalszych problemów będą musieli nam anulować rezerwację. Sprawa ciągnęła się jeszcze kilka dni. Wkurzyłam się i wreszcie zapytałam, czy będzie ta rezerwacja, czy mamy sobie szukać innego miejsca, bo wodzili nas za nos, termin się zbliżał, a my staliśmy przed wizją spędzenia dnia na szukaniu noclegów w Sydney lub nocy na dworcu bądź w innym równie „ujmującym” miejscu. Nie uśmiechało mi się to. Nagle jak ręką odjął. Wszystko załatwione, a pokój miał czekać na nas, ba! mogliśmy nawet skorzystać z wcześniejszego zameldowania i zostawić bagaże. Co się stało? Pozostaje to dla mnie do dziś zagadką.

Gdy stanęliśmy w dzielnicy domków jednorodzinnych zwątpiłam. Obeszłam budynek, który odpowiadał adresowi, z każdej strony. Nic. Żadnej tabliczki z nazwą. Żywej duszy nie uwidzisz. Pomyślałam – Nooooo ładnie, daliśmy się przerobić. Zrobiłam to co naturalnie się robi w takiej chwili. Zadzwoniłam. Po 3 sygnałach wreszcie odebrał mężczyzna. Podał nam kod do drzwi wejściowych i poprosił, żebyśmy poczekalni 15 minut na osobę sprzątającą, która odbierze od nas pieniądze i przekaże kod do drzwi pokoju. Po umówionym czasie pojawiła się młoda Hinduska, jak sądziłam z charakterystycznego kołysania głową i wszystko poszło pomyślnie. Okazało się, że cały dom dzielimy jeszcze z jedną parą, którą widzieliśmy tak naprawdę raz. Dobre rozwiązanie, szkoda tylko, że tyle było w tym wszystkim niedomówień.

Pozostałe noclegi w miasteczkach na trasie nie sprawiły nam większych problemów. Cena za nocleg wahała się od 170 do 250 zł za pokój dwuosobowy na 1 noc. Spaliśmy w hostelach i motelach w przyzwoitym, a niekiedy bardzo dobrym standardzie. Przemieszczaliśmy się po wybrzeżu jak para zbiegów z amerykańskiego filmu, którzy dzień w dzień zmieniają miejsce unikając pościgu. Nowa codzienność, w której każdego dnia rozpoczynaliśmy podróż przez Australię zastawała nas w zupełnie nowych okolicznościach – raz lepszych, raz gorszych. To „bycie w drodze” na australijskim kontynencie ma w sobie nieodparty urok , któremu dałam się ponieść.

 

Przygotowanie planu podróży

Po całym tym załatwianiu formalności przyszedł czas na najprzyjemniejsze, czyli wymyślanie tego, co my w ogóle chcemy robić w Australii. Zaczęłam węszyć trop od Internetu, bo na wyciągnięcie ręki czekały na mnie strony niemal krzycząc do mnie, bym teraz, natychmiast, już! je przeczytała.

Absolutnie pochłonęła mnie strona australia.com, będącą oficjalną stroną australijska poświęcona turystyce. Gotowe plany trip roadów, najciekawsze miejsca w konkretnych stanach, sugestie jak spędzić kilka dni w Sydney czy Gold Coast . Wszystko czego dusza zapragnie! Spędziłam kilka dni czytając zamieszczone tam artykuły i inspirujący się zdjęciami, które kusiły do odwiedzenia tysięcy miejsc na tym odległym lądzie.

A potem… potem rozpętało się prawdziwe szaleństwo. Z zachłannością szukałam najciekawszych miejsc i nie zawsze były to główne atrakcje. Poznawałam historie, odnajdywałam ciekawostki, porównywałam, chciałam więcej i więcej. Różowy zeszyt, w którym robiłam sobie notatki pęczniał od nadmiaru informacji i wskazówek, które mogły, ale nie musiały się przydać. Maciek z lekką obawą patrzył jak zapełniają się kolejne kartki, a ja uspokajałam go mówiąc, że nie zwiedzimy na pewno wszystkiego, co wypisałam, ale będziemy mieli wybór. Potakiwał głową, a ja szukałam dalej przemierzając bliższe i dalsze zakątki Internetu.

Notatnik podróżniczy
Mój niezbędnik! Nigdy nie biorę przewodnika, robię to sama, być może dzięki temu jestem w stanie dotrwać do podróży, gdy dzielą mnie jeszcze miesiące od wylotu.

Oprócz australia.com mogę polecić Wam:

  • nationalparks.nsw.gov.au – strona należy do instytucji NSW National Parks nad Wildlife Service, która włączona jest w struktury Urzędu Ochrony Środowiska i Dziedzictwa. Jednostka zarządza terenem 7 mln ha ziemi w Nowej Południowej Walii, w tym 870 parkami narodowymi i rezerwatami. Na stornie można znaleźć świetne trasy właśnie po parkach narodowych, a także miejsca campingowe w tych parkach.
  • www.visitnsw.com i www.queensland.com – to strony dwóch australijskich stanów, które mieliśmy zamiar odwiedzić. Jest tam mnóstwo propozycji na to, co warto zrobić w każdym z nich i gdzie pojechać.
  • www.cityofsydney.nsw.gov.au – to prawdziwa skarbnica informacji o Sydney z mnóstwem przydatnych wiadomości o historii, wydarzeniach, życiu i sztuce miasta. Mają też rewelacyjne przewodniki do pobrania za darmo z propozycjami na gotowe, tematyczne spacery po mieście.
  • www.lonelyplanet.com – to strona chyba jednego z najpopularniejszych wydawnictw przewodników podróżniczych, tu też można znaleźć kilka ciekawych pomysłów na swoją podróż.
  • www.nomadicmatt.com – strona jednego z bardziej rozpoznawalnych blogerów i podróżników. Zasłynął książką o „How to Travel the World on $50 a Day”, która utrzymywała się na liście bestsellerów New York Times, a potem wieloma innymi publikacjami.
  • whereisjuli.com – blog prowadzony przez Julię Raczko, która w podróży przez świat znalazła miłość w Australii. Obecnie mieszka w Brisbane i prowadzi stamtąd świetnego bloga z informacjami praktycznymi, miejscami wartym odwiedzenia i mnóstwem ciekawych informacji nie tylko o swoim mieście, ale i o całym kontynencie…tyle do przeczytania! I to po polsku!
  • antypody.info – blog prowadzi para, Monika i Przemek, którzy przeprowadzili się do Melbourne w 2005 roku. Opowieści emigracyjne przeplatają się tu z informacjami, które mogą się przydać też osobom, które nie zamierzają osiadać na Antypodach, ale chcą je zwiedzić.
  • dominikasiewymyka.pl – blog prowadzi Dominika, która wymknęła się do Australii, gdzie studiuje obecnie. Trochę na poważnie, trochę na wesoło, bardzo przyjemnie czyta się jej wpisy. Z pewnością można znaleźć kilka fajnych wskazówek dla siebie.
  • www.busemprzezswiat.pl – właściwie to już blog instytucja, gdzie oni nie byli? Dotarli też do Australii, w kilku postach zgrabnie opisują co warto zobaczyć i porzucają użyteczne wskazówki.
  • www.loswiaheros.pl – kolejny blog instytucja i nie bez powodu! Mnóstwo inspiracji i fantastycznych opowieści, a przy okazji masa przydatnych informacji. Wpisy po prostu dobrze się czyta.
  • Dodaję teraz już swoje: o Brisbane, o niebiańskich plażach, o ciekawej naturze

Nie samymi blogami jednak człowiek żyje, więc dla tych co wolą mieć wszystko na papierze mogę polecić parę książek i przewodników:

  • „Australia” z serii Podróże Marzeń z Biblioteki „Gazety Wyborczej” pozwala poznać nieco historię i kulturę kontynentu i wskazuje najciekawsze miejsca w konkretnych stanach.
  • „Sydney” z serii Miasta Marzeń z Biblioteki „Gazety Wyborczej” i zdradzę Wam, że przed każdym wyjazdem do miasta szukam przewodnika z tej serii. Pozwalają odkryć naprawdę fantastyczne zakątki. W książce można znaleźć opisy spacerów po mieście z ciekawostkami i naprawdę interesującymi opisami ważniejszych obiektów.
  • „Gdzie jest Julia?” i „Julia jest w Australii” autorstwa Julii Raczko, która prowadzi także blog whereisjuli.com, z których dowiecie się jak młoda kobieta ruszyła w podróż dookoła świata i znalazła miłość w Australii, ale też co warto zobaczyć na Antypodach.
  • „Busem przez świat. Australia za 8 dolarów” autorstwa Karola Lewandowskiego, która opowiada o szalonej wyprawie busem przez kontynent. Jest dynamicznie, a przygody zachęcają do pójścia w ich ślady.
  • „ Australia, gdzie kwiaty rodzą się z ognia” autorstwa Marka Tomalika pozwala poznać kontynent od strony wyjątkowego pasjonata tego kontynentu, który dotarł w niezwykle miejsca, ale też zdradza trochę informacji o lokalnej ludności i samym kontynencie.

To z grubsza tyle. Proste nie! Myślę, że do Australii naprawdę warto się wybrać. Serwuje szczególny rodzaj doświadczenia, pozwalając zafascynować się intrygującą ufnością. Idealnie nadaje się na pierwszą daleką podróż, ponieważ można poczuć się tu naprawdę bezpiecznie. Myślę, że spełni oczekiwania także wytrawnych wojażerów, którzy poszukują miejsc, gdzie mogą spędzić miesiąc, dwa, sześć. Pokochają to miejsce miłośnicy nietuzinkowej przyrody, jak i pięknych miast. Australia jest dla każdego . Wystarczy po nią sięgnąć.

ZapiszZapisz
ZapiszZapisz

Jeden Komentarz

  • Ewelina Gac

    Cześć! takie porady to ja lubię. Rzetelnie, na temat i do tego pisane z sercem. Jak zwykle u Ciebie 🙂 Co do biletów za złotówkę, słyszałam o takich ananasach. Tylko nikt nie widział ich rachunku. Pozdrawiam serdecznie i do usłyszenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *