Australia,  Relacje

Australia: za górami, za lasami, czyli niewymuszony urok natury

Czułam jak krzyk więźnie w gardle wstrzymany w pół drogi między zachwytem a szaleństwem. Niewybrzmiały ryk wciśnięty między struny krtani dławił i wprowadzał w stan niemej bezsilności. Wdzierający się pod powieki wiatr rozpędzał delikatnie ostatnie wspomnienia miasta, pozostawionego zaledwie 90 kilometrów za plecami. Widok rozciągających się u stóp zielonych dolin koił rozedrgane zmysły, pobudzając jednocześnie uśpione pragnienie upojenia naturą.

Górski oddech

Dotarliśmy do Katoomby w Górach Błękitnych. Urocze miasteczko górskie ma niską zabudowę przypominającą stare westerny. Są tu sklepy z włóczkami, antykwariaty i restauracja serwująca wyborne kanapki na ciepło, które podaje mężczyzna przypominający do złudzenia Johna Lenona. Byliśmy na tyle wcześnie, że nie mogliśmy jeszcze zameldować się w hostelu, więc zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na szlaki.

 

ścieżka w górach w Australii
Góry Błękitne w Australii

Masyw Blue Mountain należy do Wielkich Gór Wododziałowych i znajduje się na terenie parku narodowego. Nazwa masywu wzięła się od zjawiska, jakie wywołują olejki drzew eukaliptusowych, porastających stoki górskie. Ponoć to właśnie lekka mgiełka, która unosi się z oparów drzew powoduje, że najwyższe szczyty obserwowane z oddali mają kolor błękitu. Nie tylko nazwa jest intrygująca, ale i wygląd. Przyzwyczajona do zdobywania szczytów polskich Tatr, byłam lekko zmieszana, ale nie wstrząśnięta, gdy okazało się, że na szczycie to my jesteśmy i przyjdzie nam zdobywać doliny.

Staliśmy w punkcie widokowym Echo Point, gdzie na obszernym parkingu stało już całkiem sporo aut. Żar lejący się z nieba w Sydney, tu dał o sobie zapomnieć. Początkowo odczuwałam nawet delikatny chłód, a dopiero wędrówka pozwoliła mi się pożądanie rozgrzać. Z Echo Point rozciąga się widok na jeden z najbardziej charakterystycznych punktów masywu – na skałę Trzy Siostry. Wiąże się z nią legenda aborygeńska o trzech dziewczętach o wdzięcznych imionach Meehni, Wimbah, Gunnedoo, które należały do plemienia Katoomba, zamieszkującego dolinę Jamison. Zakochały się w chłopcach z sąsiedniego i wrogiego plemienia Napean, którzy porwali swoje ukochane, ale wówczas szaman zamienił je w skały. Doszło do strać między plemionami, w których zginął szaman i już nikt nie potrafił odczarować sióstr. Ponoć rzucają jeszcze dziś urok na wędrowców przechodzących obok.

 

Skała "Trzy siostry" w Górach Błękitnych
Formacja Trzy Siostry widziana z Echo Point

Z Echo Point zeszliśmy w dół po 860 schodach na dno doliny. Trasa ma 2 km i nie jest trudna, ale na pewno uciążliwa i męcząca. Po dotarciu na dół postanowiliśmy podkręcić się po lesie, więc nie ruszyliśmy od razu pod górę, a w bok żeby zobaczyć kaskady Leura i dzikie ostępy leśne, a potem ruszyliśmy dołem kilka kilometrów, by wreszcie zacząć się wspinać pod górę i skorzystać z malowniczego szlaku Prince Henry Cliff Walk. Wędrówka w niczym nie przypominała wspinaczki po Tatrach, ale dostarczyła nie mniej wrażeń. Wielkie paprocie, gigantyczne eukaliptusy, biegające między drzewami ptaki, wszystko to tworzyło osobową scenerię, w której chciałam zostać. Jednak ochłonąć każdą sekundę w lesie tropikalnym z każdym krokiem nieuchronnie zbliżałam się do końca trasy, zachwycona widokami i niepocieszona koniecznością ich pozostawienia samych sobie.

Okiełznana natura

Na kartce napisałam niewyraźną uwagę: Jadąc do Forster częściowo choć spróbujcie przez Bell Line of Road, bo to malownicza droga. Lubię zostawiać „sobie z przyszłości” wskazówki na drogę, które skrupulatnie zbieram jak sroka pierścionki i dodaję do niezbędnika, który zawsze pęcznieje przed wyjazdem do zastraszających rozmiarów od mapek, rezerwacji i notatek naprędce spisanych z książek, blogów, internetu. Opuszczając Góry Błękitne posłuchałam swoich wskazówek z przeszłości i było warto, na tyle, że przejażdżkę tą trasą poleciłabym jako jedną z 10 rzeczy, które warto zrobić będąc w Australii.

Ogród Botaniczny - różowy kwiat
Kwiat w Ogrodzie Botanicznym Gór Błękitnych

Odrywając się od nitki wiodącej nas na wschód odjechaliśmy od głównej drogi za miejscowością Bell i natrafiliśmy na Ogród Botaniczny Gór Błękitnych. Jak szczyci się sama placówka jest to jedyny na świecie ogród botaniczny, który znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO I jest domem dla 21 000 roślin aż 900 gatunków. Wejście jest darmowe, a taki widok za darmo z rana to jak mocna pobudzająca kawa zaserwowana przez samą matkę Naturę. Po pierwszym zachłyśnięciu się byłam upojona na cały ranek. Ogród słynie raczej z ochrony odmian roślin preferujących nieco chłodniejsze klimat stąd pomysł na jego aranżację w górach. Nie brakuje tu jednak egzotycznych odmian, których próżno szukać w Europie.

Niepozorny park

Decydując się na krótką wyprawę jednego popołudnia liczyliśmy na szybki spacer zwieńczony chwilą zadumy nad pięknym widokiem. W Doorang National Park wybraliśmy ścieżkę, którą – mam wrażenie – zapomniano, choć niektóre elementy tej trasy mówiły coś zupełnie innego. Powalone pnie drzew zagradzające szlak zostały przepiłowane, a kamienie układały się miejscami w stopnie ułatwiające podejście.

 

Doorang National Park
Powalone drzewo na ścieżce w Doorang National Park

Trasa w jedną stronę miała około 3 km, więc naprawdę niewiele, problemem okazało się przewyższenie. Wzniesienie ma tylko 490 m n.p.m. jednak znajdowaliśmy się prawie przy samym morzu, co oznaczało, że mamy przed sobą krótki odcinek o sporym przewyższeniu, a więc dość stromo.

Ścieżka zaczynała się tam, gdzie kończyło miasteczko Laurieton, kilka przecznic za naszym motelem, jak z amerykańskich filmów drogi. Samochód zaparkowaliśmy przed wejściem do pokoju, który składał się z ogromnego łóżka i małej, ciasnej łazienki. Swoją drogą sporo się go naszukaliśmy. Znaki i nawigacja prowadziły nas w tym samym kierunku, ale jakoś zawsze dojeżdżaliśmy do wielkiego sklepu monopolowego typu drive thru. Zaś trzecim razem wreszcie się zatrzymaliśmy, wysiadłam i podeszłam do lady, zapytując o recepcję motelu. Facet uśmiechnął się szeroko i przeciągając samogłoski powiedział, że on jest recepcją. Dał mi klucz i pokierował nas pod mały budynek tuż obok, prosząc żebyśmy zaparkowali przodem do drzwi pokoju. Ale czad! Poczułam się jak w filmie! Zaplanowałam do siatki kapitana Morgana z colą puszce i wyszłam, obserwując zdziwienie na twarzy Maćka, który chyba też się nie spodziewał, że w monopolowym jest recepcja motelu. Po zestawieniu bagaży ruszyliśmy do parku, nie mijając po drodze absolutnie nikogo.

Początkowo prosta ścieżka, niczym nie różniąca się od polskich leśnych dróg po kilkunastu minutach zaczęła zmieniać charakter. Pojawiły się palmy, pnącza, zaczęło robić się parno, a moje obawy zaczynało potęgować słońce, powoli zmierzające mu horyzontowi. Mijaliśmy rozciągnięte między drzewami pajęczyny bez domowników, którzy pewnie spacerowali poza zasięgiem naszego wzroku. Po niecałej godzinie dotarliśmy do drogi, która doprowadziła nas już na sam szczyt. Trafiliśmy na idealny moment. Do zachodu zostało ponad godzinę czasu, a pod naszymi stopami rozciągał się widok na miasteczko przykucnięte blisko małej zatoczki. Staliśmy pozwalając ochłonąć ciałom od zbyt szybkiego marszu a oczom dając czas na napawanie się widokiem.

 

Widok na miasteczko Laurieton
Miasteczko Laurieton widziane z North Brother

Skalny most

Przyjemność czerpana z picia dobrej kawy daje poczucie mocarności na starcie dnia. Gdy wesprzeć ją dodatkowo solidnym śniadaniem można pomyśleć, że dalsza część dnia może być tylko lepsza. Gdy znajdujesz się w scenerii wyluzowanego hippisowskiego miasteczka w niedzielny poranek, to nabrać można przekonania, że przeżywa się jedną z tych chwil zapadających w pamięć bezwiednie.

 

kawa w Nimbin
śniadaniowa kawa w hippisowskim Nimbin

W drodze do Brisbane postanowiliśmy zahaczyć o Nimbin. Dawniej była to kwitnąca wioska w prężnie rozwijającym się regionie mleczarskim, jednak branża się załamał w wyniku recesji, a region popadał w biedę. Miejscowość odżyła dzięki zorganizowanej tu imprezie Aquarius Festival w 1973 roku. Po jego zakończeniu wielu uczestników zostało na miejscu w poszukiwaniu alternatywnego stylu życia. Widać wielu go chyba tu znalazło. Miasteczko kipi kolorami. Sklepy uginają się od kadzidełek, świec, wielobarwnych ubrań, a otwarte są w godzinach aktywności ich właścicieli, co oznacza różne pory, ba nawet różne dni. Siedząc przy aromatycznej jajecznicy i bułce z bekonem z mleczną kawą i sokiem z arbuza patrzyliśmy jak miasteczko budzi się. Obserwowaliśmy żywą galerię osobliwości, utwierdzając się w przekonaniu, że wszyscy ci starsi ludzie w barwnych strojach z dredami lub warkoczyki zbudowali to nietuzinkowe miasteczko.

Po potężnej dawce energii ruszyliśmy dalej i zatrzymaliśmy się przy jednej z ciekawszych atrakcji, jaką jest skalny most. Znajduje się w zachodniej części Parku Narodowego Springbrook i należy do światowego dziedzictwa „Gondwana Rainforest”. Najatrakcyjniejszym elementem tego kompleksu jest formacja skalna przedstawiająca naturalny most, utworzony przez siły wodospadu nad jaskinią bazaltową. Żeby dojść do mostu wystarczył nam krótki spacer przez las deszczowy, który jest w Australii rzadkością. Na obszarze ogólnej powierzchni kontynentu zajmują one tylko 0,2%.

 

Springbrook National Park - most skalny
Naturalny Most Skalny w Springbrook National Park

Jak przystało na las deszczowy padało. Pokonywaliśmy kolejne metry w strugach deszczu, otoczeni soczystą zielenią. Duszna atmosfera tworzyła osobliwy klimat, ciężki od gęstego powietrza, prze który brnęliśmy pchani chęcią poznania. Na miejscu zastaliśmy niebanalny widok. Przez wielki otwór w skale do wnętrza wypadało światło tworząc wyjątkowy spektakl natury. Nie zakończyliśmy na tym naszego wędrowania po lasach. Skusiliśmy się na wyprawę do najlepszego punktu widokowego, co co sugeruje sama nazwa Best Od All Lookout. Żeby dotrzeć do niego trzeba przejechać po krętych i wąskich drogach, a potem przejść zaledwie 350 metrów mijając po drodze starożytne antarktyczne buki o naprawdę imponujących rozmiarach. Niestety jeśli chodzi o podziwianie widoku musieliśmy obejść się smakiem. Deszcz i mgła sprawiły, że widzieliśmy jedynie białe kłęby chmur.

Leśne ostępy w oparach mgły, w strugach deszczu tropikalnego, w ostatnich godzinach słońca, w górskich dolinach…przemierzaliśmy w Australii lasy w wielu niezwykłych odsłonach, delektując się za każdym razem ich odmiennością i nowym nieznanym smakiem przyrody. Australijskie oblicze gór i lasów ma w sobie niewymuszony urok, który mnie – nienawykłą do tropikalnych klimatów – zaskoczył, urzekł i zainspirował.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć znajdziecie na Fanpage w albumie Australia: za górami, za lasami, czyli niewymuszony urok natury

 
 

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *