Relacje,  Ukraina

Bakczysaraj: Co pozostało z Miasta Ogrodów?

Minęło już 8 lat. Nie tak dokładnie. Raczej mniej więcej. Osiem lat temu byłam tam, gdzie teraz jest Rosja. Bez wizy i bez obaw. Obie nie były mi potrzebne. Osiem lat temu ruszyłam z moim ówczesnym chłopakiem, obecnym mężem, na Krym. Zanim na dobre rozkręcę się ze swoją opowieścią muszę przyznać, że trochę się wahałam, czy mam prawo pisać o wyprawie, która miała miejsce aż tak dawno. Nie prowadziłam pamiętnika ani dziennika podroży. Czy wspomnienia wystarczą? Nie sądziłam, że aż tyle uda mi się ich odkopać. Już parę chwil z albumem zdjęć wystarczyło, żeby ożywić w pamięci wiele zakurzonych wspomnień. Wspomógł mnie Maciek. Rozmowa o jednym z pierwszych wspólnych wyjazdów okazała się świetną zabawą i prawdziwą gimnastyką dla umysłu. Powolutku posklejaliśmy całą naszą krymską wyprawę. Pisząc z dystansu lat nie podzielę się aktualnościami ze zrozumiałego powodu. Jednak opiszę rzeczy, które widziałam i chwile, które tam przeżyłam, opiszę miejsca, które istniały od dziesiątek, a nawet setek lat i mam nadzieję, że przetrwały i te osiem od mojego pobytu do dziś, pomimo innej przynależności państwowej.

Z wizytą u chanów

Wybierając się na Krym o Bookingu nie miałam pojęcia. Liczyłam na babuszki wynajmujące kątem pokoje. Naszym zabezpieczeniem był namiot. Pojechaliśmy w ciemno. Bez szczególnych przygotowań. Z najlepszym przewodnikiem po tym regionie dostępnym w języku polskim Artura Grossmana z wydawnictwo Bezdroża. I to właśnie przez ten przewodnik trafiliśmy do Bakczysaraju. No bo czy Miasto Ogrodów nie brzmi zachęcająco? No brzmi! I my też skusiliśmy się na odwiedziny tego miasteczka. Z ponad dwutygodniowego wyjazdu wykroiliśmy ostatnie trzy dni na pobyt w Bakczysaraju.

Ogrodów nie znaleźliśmy. No może jeden. W przewodniku wyczytałam, że kilka alejek za pałacem znajduje się przyjemna kwatera noclegowa. Prowadzi ją muzułmanin, który dla ułatwienia lokalizacji wywiesił na murze otaczającym jego posesję szyld z napisem „Wolne pokoje”, dokładnie w takim brzmieniu, czyli po polsku. W tym więc kierunku skierowaliśmy swoje kroki. Mieliśmy szczęście. Ostatnia wolna komnata. Para Czechów, która przyszła kilka godzin po nas musiała zadowolić się miejscem na namiot w ogrodzie. I to był ten jeden ogród, który widzieliśmy w Bakczysaraju. Piękny, choć już trochę przekwitający. Przechodząc jego alejkami udało mi się dostrzec kolibra! W ekscytacji powiadomiłam o tym Maćka i chyba wszystkich współmieszkańców. Zainteresował się też gospodarz. Podszedł. Spytał o co chodzi. Pokazałam na latającego mikrusa. Mężczyzna uśmiechnął się, pokiwał głową i orzekł, że w czerwcu to całe stada tu latają.

Do Bakczysaraju wybraliśmy się, bo po pierwsze – miało to być miasto ogrodów, po drugie – mieliśmy bez problemy dotrzeć na dworzec o czasie w drodze powrotnej. Bakczysaraj oddalony jest zaledwie o około 30 km od Simferopolu, skąd wyruszaliśmy w drogę powrotną do kraju. Niewielka odległość miała dać nam gwarancję, że na pewno zdążymy na popołudniowy pociąg, jeśli tylko wyruszymy odpowiednio wcześnie rano. No cóż okazało się, że autobusy z Bakczysaraju do Simferopolu nie zatrzymywały się w tym samym miejscu, z którego ruszały autobusy z Simferopola do Bakczysaraju. W ten oto sposób na kilka godzin przed powrotem do kraju, znaleźliśmy się daleko od dworca kolejowego z mglistym pojęciem o tym jak do niego dotrzeć. Po krótkim błądzeniu i zaczepieniu kilku przechodniów znaleźliśmy rozwiązanie komunikacyjne i zdążyliśmy się jeszcze wynudzić na dworcu.

Na koniec wyjazdu mieliśmy poczucie, że dawna stolica chanów krymskich okazała się ciekawa, może nie tak malownicza jak opisał autor przewodnika, ale znaleźliśmy w niej miejsca, które wywarły na nas wrażenie. Okazało się na tyle duże, że po 8 latach nie zamazało się całkowicie.

Ślady dawnej świetności

Niepozorne z pozoru miasteczko, nadgryzione mocno zębem czasu w XVI stuleciu było siedzibą władz chanatu krymskiego, o czym przypomina pałac znajdujący się w starej części Bakczysaraju. Miasteczko dzieli na nową i zabytkową część Zgniła Woda, smętnie przedzierająca się między zabudowaniami rzeczka. Kompleks pałacowy to symbol dawnej potęgi Tatarów. Do pałacu przechodzi się nad rzeczką i trafia wprost na malowniczy dziedziniec. Znajdowały się w tej części dawniej pomieszczenia gospodarskie, ale tym, co najmocniej angażowało naszą uwagę był meczet, a konkretnie Wielki Meczet Chan-Dżami. Z zewnątrz bryła świątyni imponuje, wnętrze nie posiada aż tylu ozdób jak kościoły katolickie czy cerkwie, ale można podziwiać piękną drewnianą kazalnicę i zdobioną lożę, gdzie zasiadać mogli tylko chanowie. Jednak najlepiej zapamiętałam cmentarz chanów. Trochę podniszczony z kunsztownie wykonanymi grobowcami. Między miejscem spoczynku kobiety i mężczyzny widoczną różnicę stanowi turban. Delikatne wgłębienie w nim oznacza, że spoczywa w tym grobie kobieta. We wgłębieniu ma zbierać się woda deszczowa, którą spiją ptaki. To one modlą sie do Allaha za kobiety.

bak3-min
Cmentarz w obrębie kompleksu Pałacu Chana

Dalsza część kompleksu to najważniejsze pomieszczenia, gdzie toczyło sie życie władcy. Między kolejnymi komnatami, które zaciekawiły, ale nie zaparły dechu w piersiach, trafiliśmy na Dziedziniec Fontann. Zauroczyła mnie pięknem i nostalgiczną nazwą Fontanna Łez, ponoć w całości wyciosana w jednym kawałku marmuru. Stanowi też pamiątkę dawnej miłości. Pobudowana została po śmierci ukochanej żony – Dilary Bikecz. Chan Krym Gerej rozkazał nadwornemu artyście wykonać fontannę, która oddałaby jego ból po stracie, a zarazem oczarowała pięknem. Na terenie kompleksu pałacowego znajduje się także mauzoleum tej zagadkowej kobiety. Nie jest pochowana na cmentarzu przy meczecie, ponieważ nie była muzułmanką. O samym jej pochodzeniu mało wiadomo. Według jednej z legend ukochaną żoną chana Krym Gereja była Polka, Maria Potocka, porwana do haremu w XVIII wieku przez Turków. Władca obdarzył ją miłością tak wielką, że pozwolił jej odejść, widząc, iż nie odwzajemnia jego uczucia i cierpi na obczyźnie. Marię tak to wzruszyło, że zapałała do chana miłością i pozostała w Bakczysaraju przy jego boku aż do swojej śmierci. Nie dziwi mnie tak romantyczna historia, gdyż czasy jej powstania przypadają na okres romantyzmu. Największy polski wieszcz tego nurtu nie omieszkał o tym napisać w utworze Grób Potockiej. Mickiewicz Adam upust swoim emocjom po podróży w te strony dał w Sonetach krymskich. Jeden z nich oddaje nastrój goryczy za utraconą świetnością pałacu, za opadającą w czeluście dziejów opowieścią o miejscu tętniącym niegdyś życiem wielkiego rodu… I jeszcze po stuleciach woła nasz wieszcz z przerażającą prawdziwością ze swych strof: Jeszcze wielka, już pusta Girajów dziedzina! (A. Mickiewicz, Bakczysaraj). Mimo licznych turystów pałac wydawał się być pusty, bo pozbawiony dawnej świetności, dawnego stylu życia, jego kolorytu i tempa.

 

 

Domy w skale

Trochę na uboczu, w pewnym oddaleniu od centrum starego Bakczysaraju, na wzniesieniu góry stołowej tkwi skalne miasto Czufut Kale, czyli Żydowska Twierdza. Nazwę zyskało w XV wieku, gdy pozostali tu Karaimi (mniejszość etniczna i religijna, której wyznanie wyłoniło się z judaizmu) wznieśli nową część miasta. Wcześniej skalne miasto nazywano Kirk-Er, co kojarzy mi się bardziej z siedzibą Orków z Władcy Pierścienia niż siedzibą chanów. Po przeniesieniu stolicy chanatu do Bakczysaraju w Czufut Kale pozostali Karaimi i trochę Ormian. Pozostało też wiele zabudowań nader ważnych dla dworu chanów w tym więzienie dla najważniejszych jeńców, które pomimo zniszczeń i braku szczękających łańcuchów przyprawiły mnie o dreszcze.

 

bak4-min
Domy skalnego miasta po prostu mnie zadziwiły, ale widok z „okien” był niesamowity.

To właśnie one stały się najsilniejszym wspomnieniem ze skalnego miasta. Po ośmiu latach pamiętam domy znajdujące się tuż przy urwisku. Ich ściany stanowiły jedynie przedłużenie skały, za nimi nie było nic. W niektórych przypadkach pod nimi też rozciągała się pustka na 10 a nawet 30 metrów w dół. Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie wiadomość , że jeszcze w latach 70-tych ubiegłego wieku mieszkali tu ludzie. W skalnych domach. W niezwykłych warunkach. Bez bieżącej wody. Na wzniesieniu. W świecie, w którym technologia z dnia na dzień postępowała w nadzwyczajnym tempie grupa Karaimów codziennie czerpała wodę ze studni, żyjąc tak, jak ich przodkowie przed dziesiątkami, a może i setkami lat.

Wracając ze skalnego miasta odwiedziliśmy jeszcze Klasztor Zaśnięcia NMP. Wpisywał się w konwencję architektury Czufut Kale. W całości ponoć wydrążony jest w skale, podobnie jak cele mnichów. Stanowi żywą pamiątkę po obecności chrześcijan na tym terenie. Klasztor wznieśli bowiem chrześcijańscy mnisi z Bizancjum. W XV wieku był najważniejszym miejscem dla prawosławia na obszarze Krymu. Z okresami wzlotów i upadków, a także długotrwałego zamknięcia klasztor przetrwał i działał do 2008 roku. Obecnie nie wiem jakie są jego losy. Mam nadzieję, że lepiej mu się powodzi niż po zagarnięciu Krymu przez Rosję w 1778 roku.

bak2-min
Kościół przytulony do skał prezentował się po prosu uroczo.

 

Krymskie Sfinksy

Ostatni dzień spędziliśmy w Bakczysaraju włócząc się najpierw po starej części. Przechadzając się między popadającymi w ruinę budynkami mijaliśmy malarzy z małymi i dużymi sztalugami. Wciśnięci w stare alejki przelewali na płótno swoją wizję Bakczysaraju. Poświęciliśmy trochę czasu na nowszą część, gdzie jedyną wartą uwagi budowlą była cerkiew. W drodze powrotnej odbiliśmy w stronę skał.

Od początku pobytu w Bakczysaraju wznoszące się tuż przy mieście Góry Krymskie wzbudzały naszą ciekawość. Aby przewędrować po ich grzbiecie musieliśmy minąć kilka zrujnowanych domów oraz przejść przez zaniedbany i zapomniany cmentarz żołnierzy rosyjskich, poległych w wojnie krymskiej. Miejsce wyjęte jak z horroru budziło mój niepokój i smutek.

Trochę błądząc po ścieżkach dostaliśmy się wreszcie na górę. Niezbyt wysoki masyw z ciekawą rzeźbą zachęca wielu wspinaczy skałkowych do próbowania swych sił oraz szlifowania techniki. Wybierając drogę okrężną można dostać się na szczyty tak jak my i cieszyć się niezwykłym spacerem. Najciekawszym fragmentem gór w tym regionie są Sfinksy. Formy skalne przypominające trzy wielkie głowy. W ich pobliżu zeszliśmy w dół. Z żabiej perspektywy prezentowały się naprawdę imponująco.

 

bak5-min
Krymskie Sfinksy

 

40 godzin do domu

Z Bakczysaraju udaliśmy się do Simferopola, a stamtąd bezpośrednim pociągiem do Warszawy. Podróż przewidziana była na 40 godzin z sześciogodzinnym postojem w Kijowie. Zdecydowaliśmy się na bezpośrednie połączenie, choć planowaliśmy początkowo jechać do Lwowa jeszcze na kilka dni. Kupiliśmy nawet bilety. Płackarta (najtańsza klasa). Nie przerażała mnie dopóki jakiś stojący za nami mężczyzna nie spytał czy jest tam toaleta. Sprzedająca bilet kobieta pokręciła głową, a my z Maćkiem obróciliśmy głowy w swoim kierunku z wypisanym lekkim przerażeniem na twarzy. Po burżujsku zdecydowaliśmy się na pociąg międzynarodowy. Musieliśmy kupić ponownie bilety – już nie do Lwowa, ale do Warszawy, bezpośrednio. Nie było wtedy możliwości zakupu online. A dla spokoju sumienia zdecydowaliśmy się na kupno biletów z kilkudniowym wyprzedzeniem.

Tydzień przed powrotem stawiliśmy się na dworcu w Simferopolu. Maciek starannie wypisał na karteczce po rosyjsku: 2 bilety Simferopol-Warszawa, dodając dokładną godzinę i datę. Dumni ze swej pomysłowości staliśmy w kolejce. Gdy nadeszła pora naszej obsługi wsunęliśmy w niewielką szczelinę między plastikiem a ladą karteczkę. Mieliśmy zamiar ograniczyć kontakt językowy do minimum, a jak się da do braku całkowitego. Ja nie znam tego języka w ogóle, a Maciek miał parę lekcji w podstawówce. Po chwili pełnej napięcia tą samą drogą przekazano nam wiadomość na tej samej karteczce. Patrzymy jak gapa w gnat i nic. Pani zza szybki spogląda i mówi adres! Tak jest!

Chcesz kupić bilet kolejowy nie na ten sam dzień? A do tego międzynarodowy? Musisz iść pod inny adres. Oszczędzę opisu błądzenia i skupiska ludzi, które zebrało się, aby nam pomóc. Ostatecznie trafiliśmy po wskazany adres, a konkretnie do wielkiego białego budynku, wyglądającego całkiem jak blok mieszkalny z kasami na parterze. Tam już poszło gładko. Poza tym, że szacunek do czasu pracy mają. Obsługującej nas pani akurat wypadła przerwa. Jebut! Rolety w dół! Ani be, ani me. Tak po prostu zniknęła w czeluściach budynku z naszymi paszportami i pieniędzmi, my pozostaliśmy bez biletów i sensownej informacji. Przerwa trwała około pół godziny. Po kolejnych pół mieliśmy w kieszeni świeżo wydrukowane imienne bilety do Warszawy.

Gdy przyszedł czas powrotu do kraju wsiedliśmy do wagonu wypełnionego w większości Polakami. W naszym przedziale siedziało dwóch Ukraińców, którzy wybierali się do Gdańska do pracy. Ledwie pociąg ruszył zaczęli jeść. Kurczaka zapijali, a jakżeby wódką! Częstowali nas co i rusz swoim trunkiem, ale popijanie wódki w gorącym wagonie, turkoczącym o pokłady było dla nas sportem zbyt ekstremalnym. Widać należeliśmy do mniejszości, gdyż z pierwszego przedziału dały się wkrótce słyszeć śpiewy starszych pań. Bogurodzicę widać można śpiewać zawsze i wszędzie.

bak6-min
Zadziwiające jak człowiek może zaadaptować się do warunków otoczenia. Już po 10 godzinie jazdy przedział wydawał się nam całkiem spory 😉

Oddechem od nazbyt wesołego towarzystwa był postój w Kijowie. Sześć godzin na bocznicy. Początkowo mieliśmy nawet ochotę zwiedzić miasto, ale zmęczenie nas pokonało. W wagonie zostaliśmy my, dwójka naszych przedziałowych towarzyszy i jeszcze jeden obywatel Ukrainy. Miał ze sobą przenośne DVD i najnowsze hity kinowe z… polskimi napisami. Okazało się, że ożenił się z Polką, mieszka w Poznaniu, a filmy nagrały mu córki. Oddał nam we władanie sprzęt i dosiadł się do rodaków swoich. Nasz seans filmowy i ich spotkanie towarzyskie przerywane były wspólnymi rozmowami. Nowy towarzysz opowiedział nam pół swojego życia i po chwili porzuciliśmy przenośne DVD a sześć godzin postoju zleciało jak z bicza strzelił.

Nasi rodacy wsypali się z powrotem do wagonu, niektórzy pokłóceni, inni obkupieni. W takiej atmosferze zmierzaliśmy do granicy. Jednostajny turkot kół i emocje wyjazdowe wprowadziły mnie w senny stan. Wybudził mnie z niego Maciek. Kontrola paszportowa. Nawet oczu dobrze nie otworzyłam a już było po i znów spałam. Rano dowiedziałam się ile mnie ominęło. Byłam jeden Polką, która w całym rejwachu jaki odbył sie na granicy spała. Z relacji Maćka wynika, że cała reszta wyszła zobaczyć co też się dzieje. A działo się! Celnicy rozkręcali wagon w poszukiwaniu nielegalnych papierosów. Znaleźli ich tak dużo, że załadowali nimi całą ciężarówkę! A ja to przespałam. I jak gdyby nigdy nic wjechałam do kraju, który przywitał nas zimnym ponurym dniem.

autor: Magdalena Drajkowska

5 komentarzy

Pozostaw odpowiedź Addicted to Passion Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *