Niemcy,  Relacje

Berlin: Maraton po jarmarkach bożonarodzeniowych

Na dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem wszystko aż się gotuje, wrze, kipi w oparach gorącej czekolady i korzennego piernika. Centra handlowe odstrojone są jak panny na wydaniu. W radio rozbrzmiewają dźwięczne melodie z moim ulubionym evergreenem „Last Christmas”. Ciasto na pierniki już zagniecione i schowane do lodówki. Nurzam się w tej atmosferze świątecznej z prawdziwą lubością. Radosny nastrój, korzenne zapachy, światełka, bombki, nie sposób oprzeć się urokowi grudniowych dni. Prawdziwą esencją atmosfery świątecznej są jarmarki bożonarodzeniowe. Chcąc poczuć sytość słodyczą świąt, poczuć się niczym po zjedzeniu brownie, gdy nachodzi ochota na coś arcyczekoladowego, wybraliśmy się na przeprawę przez berlińskie place i ulice, odwiedzając nie jeden Weihnachtsmarkt. Odbyliśmy prawie maraton. Smartband, czyli mądry zegarek Maćka, wskazywał, że przeszliśmy prawie 42 km! Zabrakło nam niecałych trzech i czuję to w nogach, ale było warto.

Galeria miejska na początek

Dojechaliśmy do Berlina wcześnie, na tyle wcześnie, że wszystkie atrakcje, galerie handlowe i jarmarki były zamknięte. Właśnie dlatego postanowiliśmy udać się w najlepsze miejsce, gdzie moglibyśmy wykorzystać te dwie godziny. East Side Gallery to wyjątkowa malarska galeria, gdzie płótnem jest ściana muru, a miejscem wystawy – ulica. Nie jest to też zwykła galeria z uwagi na jej status. To galeria-pomnik, która powstała po obaleniu muru berlińskiego w 1989 roku. Władze zaprosiły artystów z 21 artystów i oddały w ich ręce 1316 metrów muru do stworzenia prac, które będą upamiętnieniem nie tylko wydarzenia z ’89, ale i przeszłości, którą to wydarzenie zamknęło.

SONY DSC

Galeria ciągnie się wzdłuż rzeki Sprewy. Przechodząc od jednej pracy do drugiej dociera się do miejsca, gdzie widać bardzo efektowny most Oberbaumbrücke. Ceglany z przepięknymi wieżami most został wybudowany w końcu XIX wieku, w latach 1961-89 był jednym z przejść granicznych międy RFN i NRD. Dziś przebiega tamtędy trasa nadziemna pierwszej linii metra. Pod nią mieści się przejście piesze z przecudownym sklepieniem, obecnie niestety opanowane przez młodych, bezdomnych lub zbuntowanych ludzi organizujących tam koczowiska.

W otoczeniu elegancji starego stylu

Spacer po East Side zajął nam prawie dwie godziny, czas było więc ruszać w miasto. Jednak jeszcze nim otworzą się wszystkie stragany, nim w wielkich kotłach zagotują się grzańce, nim place wypełnią się tłumem degustatorów zmierzamy do KaDeWe.

Das Kaufhaus des Westens to najstarszy dom towarowy w Niemczech. Otwarty został w 1907 roku i działał od tego czasu niemal nieprzerwanie. Zamknięty został na kilka lat, po zniszczeniach, jakie wyrządziły naloty alianckie. Od 1950 roku znów przyjął w swoje progi miłośników zakupów. Jeszcze do niedawna KaDeWe z powierzchnią 60 tys.m2 był uznawany za największe centrum handlowe w Europie kontynentalnej. W 2016 roku z tego piedestału zrzuciła berliński KaDeWe poznańska Posnania. Rozpusta na 100 tys.m2!

SONY DSC

Jednak nie o wielkość tak naprawdę idzie, a o elegancję. Czuć tu ten eterycznych, trudny do uchwycenia czar. Wkraczając do KaDeWe, pomimo wszechobecnego luksusu, a może właśnie przez ten przepych, doznaję uczucia dostąpienia czegoś ekscytującego. Niczym XIX-wieczna pensjonarka, która wreszcie wybierze suknię na swój pierwszy bal, tak cieszę się zawsze na odwiedziny KaDeWe. Nie chodzi tu o wszystkie te butiku Gucci, czy Chanel. Tak naprawdę chodzi o ostatnie piętro. Za kilkoma kondygnacjami, za wieloma ruchomymi schodami rozciąga się kraina czekoladą płynącą.

Całe piętro kusi słodkościami, a w okresie przedświątecznym w prawdziwie pysznych smakach. Dla miłośników marcepanu to prawdziwy raj (poza Lubeką). Nie sposób się po prostu oprzeć tym wszystkim cudownościom, a skoro nie można, to nawet nie próbowaliśmy. Kupiliśmy paczuszkę wybornych pralin. Kilka rodzajów w dokładnie dwóch egzemplarzach pozwoliło nam uniknąć walki o przysmaki. Dla mnie genialną propozycją okazała się delikatna pralina z aksamitnym kremem śmietankowo-czekoladowym otoczona lekko galaretową warstwą pod chropowatą polewą. Maciek zakochał się w ostatniej z paczuszki – pralince z chrupiącym ciastkiem w środku o smaku przypominającym crème brûlée. Między słodkościami a dostojnymi serami i szynkami przyczaiło się stoisko z alkoholami. Pamiętacie wpis Madryt: Życie o smaku Lolei? Cóż dzięki KaDeWe w tego Sylwestra przypomnę sobie atmosferę hiszpańskiego mercado. Udało nam się kupić Loleę! Piękna biała butelka w czerwone kropki czeka na świętowanie.

SONY DSC

Obowiązkowo odwiedzam w KaDeWe dział z zabawkami. Jest po prostu niesamowity! Można tam znaleźć oczywiście współczesne lalki Mattel, czyli powszechnie znane barbie. Są tam jednak egzemplarze, można powiedzieć kolekcjonerskie – z rysami twarzy charakterystycznymi dla lat 20-tych, czy w przepięknych stylizacjach od światowych projektantów. Zaraz obok znajduje się dział z pluszakami i moją ulubioną linią marki Sigikid. Seria Beasts to pełne uroku i nieporadności zwierzaki w nieco ponurych kolorach. Jednak czy widzieliście kiedyś maskotkę karalucha, komara, czy muchy? Dla tradycjonalistów marka oferuje też kotki, pieski i bardziej popularne zwierzaki, ale w tym samych wytałtaszonym stylu. Maćka zahipnotyzowały pociągi. A właściwie wszystko co można zakupić, aby stworzyć własny tor, własne miasteczko z kolejką. Pisząc wszystko, piszę to jak najbardziej poważnie – w KaDeWe są nawet sadzonki marchewki i źdźbła trawy, które można wykorzystać przy tworzeniu makiet.

SONY DSC

Nasycona pralinami i nacieszona zabawkami mogę z większym dystansem podejść do wszystkich tych obłędnie luksusowych butików. I tu mniej mnie one rażą niż w londyńskim Harrold’s. Nie każda wystawa się tu błyszczy. Na kilku dostrzegam nawet ciekawe kroje, ale że taki ze mnie Rockefeller jak ze złotej rybki rekin to kieruję się do wyjścia. I tu znów czeka mnie prawdziwa przyjemność. Luksusowy charakter KaDeWe przejawia bowiem także w dekoracji świątecznej. Wystrój jest elegancki, nie tak bajkowy jak rok temu, ale starannie przygotowany. Dopracowany, wyważony, przyjemny. Zdecydowanie bardziej urzekły mnie w tym roku wystawy na zewnątrz, które zdradzały jak pracują elfy w fabryce świętego Mikołaja, oj wybaczcie…Gwiazdora. Z prawdziwie świątecznym nastrojem ruszamy dalej. Jest po 11:00 możemy podbijać jarmarki!

Ze spokojem przy Kościele Pokoju

Na pierwszy ogień poszedł jarmark przy Gedächtniskirche, czyli przy Kościele Pokoju. To ewangelicka świątynia pobudowana w 1895 roku z inicjatywy cesarza Wilhelma II. Miała być to budowla imponująca, gdyż cesarz chciał w ten sposób stworzyć miejsce pamięci swego dziada – Wilhelma I. Architekt przygotował projekt monumentalny, którzy w rzeczywistości robił ponoć jeszcze większe wrażenie. Pięć wież, z których najwyższa wznosiła się na 113 metrów nad zabudowę miasta, czyniło budynek rozpoznawalnym i widocznym nawet z dużej odległości. Dziś po tym imponującym obiekcie pozostała jedna wieża z fragmentem zabudowań. Zniszczenie nastąpiło podczas bombardowania Berlina w 1943 roku. Postanowiono pozostawić ruiny w takim właśnie stanie jako symbol antywojenny, jako kościół pamięci.

SONY DSC

Jarmark wypełniający i okalający plac ze świątynią wypełniały stragany ze smakowitościami. W tym miejscu znalazłam najpiękniejszą choinkę w całym Berlinie. Ogromna jodła ozdobiona była 8000 bombkami, a ilością światełek, której nie sposób zliczyć. Nie zabawiliśmy tu jednak długo, czekały na nas przecież jeszcze inne wiehnachtsmarkt’y. Pokrzepieni pierwszym grzańcem ruszyliśmy w miejsce, które szczególnie lubię.

Przy kultowym placu imperatora

Jednym z moich ulubionych miejsc w Berlinie jest Alexanderplatz, przez mieszkańców miasta nazywany po prostu Alexa. Ta nietypowa nazwa – bo powiedzmy sobie szczerze w historii Niemiec Aleksandrów słynnych za wielu nie było. Nazwa ma korzenie rosyjskie, ba! carskie nawet. Do 25 listopada 1805 roku był to po prostu plac defilad. Jednak tej pamiętnej daty przybył do Berlina z wizytą car rosyjski Aleksander I. Po tej ważnej wizycie, ówczesny król pruski, zarządził nadanie nazwy Alexanderplatz dotychczasowemu placowi defilad. I tak zostało do dziś.

Znad drewnianych budek wyraźnie widać ogromną wieżę telewizyjną. Ma 368 metrów, a punkt widokowy znajduje się na wysokości 203,8 metrów. W grudniu mogliśmy obserwować wieżę z dołu meandrując między budkami z grzanym winem, currywurstami, czy prażonymi migdałami. A trzeba przyznać, że można się w nich zatracić. Czemu? Przez te dekoracje.

SONY DSC

W berlińskich jarmarkach podoba mi się to, że wszystko jest tu spójne. Nie ma szczekających piesków na baterie, ani podskakujących pająków z gąbki. Większość, bo nie mogę powiedzieć, że wszystko jest tu hand made. Ponadto jest związana z tematem świąt. Mijaliśmy stoiska z przepięknymi bombkami i cudownymi szopkami drewnianymi na wzór pozytywek. Kręcące się misterne dzieła rzemieślnicze powoli hipnotyzują. Wybrzmiewają przy tym dźwięcznymi tonami świątecznych melodii. I daliśmy się zahipnotyzować. Mamy teraz małą, nakręcaną szopkę, którą wprowadzamy w ruch w grudniowe wieczory.

Zawsze, gdy jestem na Alexanderplatz w Berlinie wstępuję do galerii Kaufhof. Lubię te schody. Stanowią centralny element wnętrza. Wpisują się w przestrzeń. Czystą, jasną, wręcz połyskującą przestrzeń, której nie brak w Kaufhof. Przypomina mi nieco dawne Domy Centrum na Tumskiej w Płocku. Nie było tam boksów i oddzielnych butików. Piętro było jedną wielką wystawą i sklepem z mnóstwem różnych artykułów. Tak jest i w Kaufhof. Nie ma tu przegród. Jedna ekspozycja płynnie przechodzi w drugą.

SONY DSC

Po opuszczeniu Kaufhof udaliśmy się na drugą część jarmarku przy Alexanderplatz. Mieściło się tu lodowisko, gdzie można kręcić kółka wokół fontanny. Jednak najbardziej charakterystycznym elementem tego jarmarku był ogromny Diabelski Młyn. Skosztowałam tu również wybornego ponczu. Tradycyjny świąteczny poncz składa się z likieru jajecznego i wina – najlepiej białego i słodkiego. Do tego dodaje się sok pomarańczowy i wanilię. Próbowałam już dwa lata temu tego specyfiku, jednak był mocny, dużo za mocny, więc z radością przywitałam wiadomość o możliwości zamówienia Kinderpunsch, ponczu dziecięcego i bezalkoholowego. Pachniał i smakował truskawkami, cynamonem oraz przyprawami korzennymi.

Między bliźniaczymi katedrami

Na jednym z najpiękniejszych placów Berlina gości najpiękniejszy jarmark bożonarodzeniowy. Wejście tu kosztuje 1 EUR i był to jedyny jarmark płatny jaki spotkałam do tej pory w stolicy Niemiec. Plac Gendarmenmarkt jest urzekający, a przyodziany w świąteczny strój zachwyca po dwakroć. Rozciąga się między dwiema katedrami, które na pierwszy rzut oka wyglądają na bliźnięta.

Katedra francuska została pobudowana w 1701-1705 roku i była przeznaczona dla protestanckich hugenotów, którzy w Berlinie znaleźli swój dom po ucieczce z Francji. Leżąca naprzeciwko katedra niemiecka powstała niemalże w tym samym okresie. Jej budowa przypadła na lata 1701-1708. Podobieństwo tych dwóch świątyń jest poniekąd spowodowane faktem, iż za ich przebudowę w latach 80-tych odpowiadał ten sam architekt. Carl von Gontard uzupełnił obie budowle wieżami. Zespół architektoniczny placu dopełnia budynek Domu Koncertowego. Jest to nowszy obiekt, wzniesiony na miejscu Teatru Narodowego, istniejącego tu od początku XIX wieku. Budynek teatralny spłonął doszczętnie w 1817 roku, a już w 4 lata po tym zdarzeniu odbył się pierwszy spektakl w Domu Koncertowym.

SONY DSC

Na miesiąc przed wigilią Bożego Narodzenia między tymi budynkami rozgrywa się prawdziwa świąteczna fiesta. Pod Domem Koncertowym ustawiana jest co roku scena, gdzie odbywają się koncerty i pokazy innych sztuk. W tym roku trafiliśmy na pokaz tańca baletowego, oczywiście przy akompaniamencie Jeziora Łabędzi. Zawsze można tu znaleźć tych samych wystawców. Bez problemu znalazłam miejsce, gdzie co roku stołujemy się na zupę. Próbowałam już tradycyjnej kartoflanki, jak i pysznej gulaszowej. W tym roku zdecydowaliśmy się na tradycyjną „niby pizzę”, jak ją ochrzciłam. To klasyczny podpłomyk, bardzo delikatne ciasto, z białym twarożkiem regionalnym i dodatkiem smażonego boczku oraz szczypiorku. Najlepiej zapić to grzańcem. Ku mojej uciesze serwować zaczęto grzańce na bazie białego wina. Są dużo delikatniejsze i nie drą za uszami jak tradycyjny glühwein z czerwonego, wytrawnego wina.

Na progu zamku Charlotty

Nim udaliśmy się na ostatni z planowanych jarmarków odwiedziliśmy miejsce, które jest największym symbolem Berlina – Brandenbur Tor. Przechodzimy popularną aleją Unter den Linden, czyli pod lipami. Po obu stronach ciągną się sklepy, sklepiki, kawiarnie, muzea i szereg instytucji kulturalnych oraz rządowych. Na trasie napotykamy salon grupy Volkswagen. Niby nic wielkiego, ale akurat postanowili skupić na sobie uwagę przechodniów nieziemskimi pojazdami. Były to „typowe” samochody dla mas, jak na Volkswagena (Volk – lud, Wagen-samochód) przystało. W salonie propozycją dla pań była Skoda z brokatowymi felgami i miętową karoserią, panowie oblegali silnik Bugatti, bialutkiego Bentley’a, czy niebieskie Lamborghini. Tak, hmm, dla mas. Popatrzyć można. Atrakcją, której nie mogłam się oprzeć była elektryzująca kula. Po jej dotknięciu, przeszedł mnie prąd, a wszystkie włosy na głowie uniosły się ku górze. Po tej ekscytującej wizycie w salonie samochodowym, dotarliśmy do Bramy Brandenburskiej, przed którą stała ogromna, rozświetlona choinka. Po napawaniu oczu tym widokiem udaliśmy się wreszcie w progi Charlotty.

SONY DSC

Ostatni jarmark, jaki odwiedziliśmy znajduje się przy Pałacu Charlottenburg w najbliższej odległości od dworca autobusowego. Zwany jest także zamkiem Charlottenburg. Powstał na przełomie XVII i XVIII wieku jako letnia rezydencja Hochenzollernów. Margrabia brandenburski Fryderyk III pobudował go dla swojej żony Zofii Charlotty i po jej śmierci, przemianował Lietzenburg na Pałac Charlottenburg w 1705 roku. Symetryczna budowla doskonale wpisuje się w moje pojęcie niemieckiego Ordnungu. Ale! Ten porządek przyprawiony jest finezją barokowego wdzięku, odzwierciedloną w tym fantastycznym kopułowym przykryciu centralnej strefy budynku. Magia naprawdę rozgrywa się między wąskimi, wąziutkimi alejkami oddzielającymi budki.

SONY DSC

To prawdziwa wisienka na torcie. Jarmark przy Charlottenburg to kwintesencja świątecznej się atmosfery. Budki oferują pełną paletę smaków i smaczków, od iście niemieckich aż do po hiszpańskie (jak churros), a w powietrzu unosi się zapach świąt, który dopełniają iluminacje, ozdoby i gwar setek, tysięcy ludzi w radosnym nastroju i radośnie oczekujący na Gwiazdkę. Skosztowaliśmy też najlepszego grzańca – białego wina z nutą cynamonu, szczyptą przypraw korzennych i kapką soku jabłkowego. Tak nasycona czuję, że mogę bez żalu wracać do codzienności.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Berlin: Maraton po jarmarkach bożonarodzeniowych.

0 Komentarzy

Pozostaw odpowiedź Ewelina Gac Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *