Niemcy,  Relacje

Berlin: Patchworkowe miasto za zachodnią granicą

 –  Nie potrafię tego wyjaśnić – mówię do Maćka, gdy po raz kolejny wsiadamy do autobusu w dobrze znanym nam kierunku. Doskonale wiemy, że za niecałe cztery godziny, gdy przyjdzie dzień, będziemy na ZOB w niemieckiej stolicy. – Też nie, ale go lubię. – odpowiada Maciek. Oboje polubiliśmy Berlin. Może to przez jego swojską, postkomunistyczną zabudowę, która jest tak bliska nam Polakom, a może przez tę przestrzeń przy Unter den Linden, czy na Alexanderplatz. Może to pojedyncze miejsca, a może cała ta dziwna tkanka miasta. Może ten duch nienachalnej swobody, wyczuwalny w powietrzu w sobotę nad ranem stojąc przy transach wracających z imprezy zimową porą w minówkach, czy w pracach East Side Gallery, gdzie dziś barwne odcienie przykryły szarą okrutną przeszłość rozdartego miasta. Berlin przyciąga na tysiące sposobów, tysiącem raz wdzięcznych, innym razem kostropatych miejsc. To niezwykle eklektyczne miasto, pełne kontrastów i oferujące każdemu, naprawdę każdemu, chwilę zaskoczenia pomieszaną z nieśmiałym zachwytem.

Ikona znana vs. nieznany symbol

Najczęściej fotografowanym obiektem w Berlinie jest Brama Brandenburska. Stanowi znaną chyba każdemu ikonę Berlina. Powstała w końcu XIX wieku i stanowiła jeden z elementów muru miejskiego. To właśnie między jej potężnymi kolumnami wjeżdżano do miasta od zachodu. Musiały więc robić wrażenie. I Carl Gotthard Langhans się o to postarał. Brama posiada bowiem aż pięć monumentalnych wejść, które powstały między sześcioma rzędami podwójnych kolumn o wysokości 15 metrów. Najbardziej spektakularna wydaje się jednak rzeźba.

Nad bramą dumnie spogląda na Berlin uskrzydlona bogini zwycięstwa Wiktoria w kwadrydze. Odlana z brązu rzeźba przybrała już pełen wdzięczności zielony odcień patyny i fantastycznie kontrastuje z jasnym odcieniem piaskowca łabskiego.

Kwadryga ponoć została porwana przez Napoleona po bitwie pod Jeną-Auerstedt i uprowadzona do Paryża. Pomimo powrotu do rodzinnego miasta, berlińczykom nie dane jest oglądanie oryginału. W 1945 roku w wyniku ostrzelania zachował się z niej jedynie jeden łeb konia, który dziś jest przechowywany w Märkisches Museum, a rzeźbę zrekonstruowano w latach 50-tych.

DSC_0886

Dumny symbol rodzącej się potęgi Prus z końca XVIII wieku w wieku XX stał się symbolem podziału. Gdy Berlin rozdarto na wschodni i zachodni po obu stronach Bramy wzrastał mur, a sama brama dotąd otwarta, stała zamknięta i niewzruszona .

Nieznanym mi symbolem Berlinu, który odkryłam tak naprawdę podczas pierwszych odwiedzin stolicy niemieckiej, okazał się niedźwiedź. Konkretnie: Buddy Bear. Tak wiem, typowo niemieckie określenie, ale nie powinna dziwić ta kosmpolityczna nazwa, gdyż mowa o międzynarodowym, tworzonym przez artystów z ponad 140 krajów projekcie sztuki. Przedstawia postać niedźwiedzia postawnej postury z łapami wzniesionymi ku górze. Każdy zwierz ma ponad 2 metry i pomalowany jest w sposób nawiązujący do konkretnego kraju z Organizacji Narodów Zjednoczonych (z ONZ).

DSC_1289

Za image poszczególnych niedźwiedzi odpowiedzialni byli artyści rodzimi. Polskiego Buddy Bears’a stworzył Kamil Sobolewski w 2002 roku, ale szybko został zlicytowany przez UNICEF. Godnie zastąpił go reprezentant zaprojektowany przez Elżbietę Woźniewską i od tego czasu krąży wraz z innymi niedźwiedziami po całym świecie. Zwierzaki odbyły od 2002 roku prawdziwe tournée po świecie, odwiedzając ponad 30 miast i promując tolerancję wobec ludzi różnych kultur.

Dopiero będąc w Berlinie można przekonać się, że w mieście aż roi się od niedźwiedzi. Stały się nieoficjalnym symbolem stolicy niemieckiej. Odnajdowanie ich to fantastyczna zabawa. Niektóre znajdują się przy popularnych zabytkach, inne są poukrywane, żeby utrudnić zadanie turystom. W całym Berlinie jest ich myślę ponad 200. Jak dzieciaki cieszyliśmy się odnajdując niektóre z nich. Nie tropiliśmy ich celowo, ale każdy napotkanych znalazł się na fotografii. Wszystkie można znaleźć na stronie www.Buddy-Bear.com, gdzie widnieje także spis lokalizacji niedźwiedzi na całym świecie. W Polsce na chwilę obecną są 4 sztuki: nieopodal Łodzi, w Warszawie, w Gdańsku i w Bydgoszczy.

Tak ogromnie spodobały mi się te postacie, że uznałam, iż właśnie taka figurka będzie najlepszą pamiątką z Berlina. I powiem Wam gorąco mi się zrobiło jak zobaczyłam cenę.

DSC_1236

Około 20 centymetrowy Buddy Bear to koszt 60 EUR. Pomyślałam, że to szaleństwo! Ale zaraz przyszła refleksja, że to przecież są również dzieła sztuki. Także te małe niedźwiedzie, sprzedawane w sklepach, które można zabrać do domu są malowane przez artystów. Wobec tego czy 60 euro to za dużo jak na taką „pamiątkę”? Na szczęście nie musiałam rozstrzygać tego wewnętrznego sporu, bo trafiliśmy na promocję. Na Unter den Linden jest sklep z pamiątkami, gdzie od czasu do czasu można upolować wśród mnóstwa powszedniej urody bibelotów prawdziwy skarb. I właśnie tam przypadkowo całkiem z zdobyliśmy w promocyjnej cenie Buddy Bear’a.

Natura martwa vs. żywa przyroda

Wrażenie robi rekonstrukcja brachizaura. W Muzeum Historii Naturalnej jest jedną z głównych atrakcji i zajmuje reprezentatywne miejsce w sali wystawowej niemal na wejściu do budynku. Ponoć jest największą rekonstrukcją dinozaura na świecie i jestem skłonna w to uwierzyć.

Nawet w londyńskim muzeum przyrody takiego kolosa nie posiadają. Wysoki na ponad 11 metrów i długi na ponad 22 metry szkielet pobudza wyobraźnię. Wystarczy dodać tkankę mięśniową, chropowatą skórę i przed obliczem pojawia się postać potworna.

DSC_0253

Jednak prawdziwie upiorna wystawa czekała na mnie w głębi tego zabytkowego obiektu. W jednej z sal ogromny regał zajmowały słoje, słoiki i słoiczki wypełnione przeróżnymi zwierzętami. Scenografii nie powstydziłby się sam Hitchcock. W tej tzw. mokrej kolekcji w szczelnych szklanych pojemnikach wypełnionych w 70% alkoholem i w 30% wodą zamknięte zostały okazy ze wszystkich grup zwierząt. Znajduje się w tu 223 tys. pojemników, które zajmują ponad 12 km. Jest to drobny fragment ponad 30 mln tego rodzaju eksponatów, z których większość mieści się w magazynach. To jedyna taka kolekcja na świecie, która odsłania przed zwiedzającymi zaplecze prac badawczych prowadzonych przez instytucje naukowe.

DSC_0271

Efektownie prezentuje się też sala z największą w Niemczech ekspozycją minerałów. Muzeum Historii Naturalnej w Berlinie może pochwalić się ponad 200 tys. okazów. Jednak nie skały mnie zachwyciły, a sposób ich wystawienia. Drewniane, przeszklone gabloty są jak stary, klasyczny wystrój muzealny i właśnie dlatego tak dobrze nadają się do wystawienia skał i minerałów.

W opozycji do tych skamieniałości i muzealnych eksponatów ustawiam ogród zoologiczny. Zdecydowanie jeden z ładniejszych, wśród tych które widziałam, a jest ich już całkiem sporo. Onieśmiela nieco rozmiarami. Mapka szczerze przysparza o ból głowy. Od czego zacząć? Gdzie pójść najpierw? Nie mieliśmy wątpliwości. Udaliśmy się w kierunku wybiegu pandy wielkiej. Chodziliśmy, oglądaliśmy i nigdzie zwierzęcia nie było widać. Wreszcie dotarliśmy. Pusty wybieg zwiastował prawdziwe rozczarowanie. Bao Bao nie żył od kilku lat. Wybieg jednak i wszystkie znaki przypominające o bytności pandy pozostały pamiątką. Rozczarowanie było ogromne, bo właśnie z tego powodu głównie odwiedzić chciałam berlińskie zoo. Dąsałam się kilka chwil, ale w takich okolicznościach natury dałam sobie spokój.

DSC_0090

Z ogromnym sceptycyzmem podeszłam do akwarium na ternie ogrodu zoologicznego. Budynek niepozorny, nieciekawy a kryje prawdziwe skarby. Ogromne zbiorniki pełne są wyjątkowych okazów słono- i słodkowodnych a dokładnie 9000 zwierząt aż 800 gatunków.

Mnie zafascynowały meduzy. To jedne z najstarszych zwierząt na ziemi i nie sposób odmówić im pewnego dostojeństwa z jakim się poruszają.

W budynku akwarium znajduje się również insektarium z przeróżnymi ptasznikami. Tak właśnie nazywają się naprawdę pająki, które widzieliśmy w berlińskim zoo. Są też pająki właściwe, ale z tego co pamięta Maciek takich w zoo berlińskim nie było. A wiem, że akurat kto jak kto, ale Maciek na pająkach się zna. Nie poruszyły nas, okazów nie mieli ciekawych. Zaintrygowały nas natomiast mrówki. Stworzony dla nich „wybieg” biegł nad głowami zwiedzających. Naprawdę godna uwagi koncepcja.

Kultura antyczna vs. popkultura

Można się spierać czy kultura jest dopełnieniem, czy też opozycją do natury. Niewątpliwie istnieją gdzieś ze sobą, niekiedy mocniej się zazębiając, innym razem stykając się zaledwie obwodami okręgów. Zasadniczą różnicą między tymi płaszczyznami jest siła twórcza. Przyroda powstaje dzięki witalnym siłom natury, kultura dzięki potrzebom i wyobraźni ludzi. Prawdziwym zaś skupiskiem tych ludzkich wytworów w niemieckiej stolicy jest Muzeum Pergamońskie. Znajduje się na terenie tzw. Wyspy Muzeów, którą tworzy pięć naprawdę dużych obiektów.

Budynek Muzeum Pergamońskiego ma w sobie pewien monumentalizm, a główne wejścia trochę nawet onieśmiela. Świetną sprawą są audioprzewodniki z lektorem polskim, to właśnie dzięki nim tak przyjemna jest cała wyprawa po muzeum. Spokojny głos, płynący ze słuchawek opowiada kolejno historie eksponatów, a te mogą opowiedzieć nie jedno. Tak naprawdę całe muzeum powstało tylko w jednym celu – by pokazać i odpowiednio wyeksponować Wielki Ołtarz Zeusa, zwany także Ołtarzem Pergamońskim. I tak oto wyjaśniła się nazwa specyficzna muzeum.

DSC_1111

Ołtarz Pergamoński robi wrażenie. Owszem jest to rekonstrukcja, ale świadomość jego skali i rozmachu działa na wyobraźnię. Pierwotnym miejscem, gdzie ołtarz został umiejscowiony, był pergamoński akropol. Tam właśnie w świątyni Zeusa i Ateny zdobił drugi taras. W takim razie jak niezwykły musiał być cały akropol pergamoński? Do tak wielkiego dzieła trzeba było podjąć równie wielki temat. Przestawienie gigantomachii, czyli walki bogów z gigantami, doskonale spełniło swoje zadania. Postacie ujęte są w ruchu, wygięte ciała i poruszone szaty nadają płaskorzeźbie dynamiki. I jak już wiecie z wpisów o ateńskim akropolu i londyńskim Tate, że za rzeźbą czy płaskorzeźbą nie przepadam, ale pewne dzieła chcąc nie chcąc wywołują respekt. Tak właśnie jest w przypadku ołtarza pergamońskiego. Pewną nieśmiałość wzbudzają dodatkowo potężne schody i kolumnada.

Muzeum Pergamońskie kryje także zbiory Muzeum Azji Przedniej z zapierającą dech w piersiach bramą Isztar, zbiory sztuki starożytnej i zbiory Muzeum Sztuki Islamskiej z fasadą pałacu Mszatta, której rozmiary piorunują. Wiadomo jednak, że kultura to nie tylko zabytki muzealne, ale i ludzie. Prawdziwe ikony popkultury, biznesu, sportu można podejrzeć w berlińskim Muzeum Madame Tussaund. Nie jest tak dostojnie jak londyńskie jednak zdecydowanie bliższe zwiedzającym.

DSC_0379

Muzeum Figur Woskowych w niemieckiej stolicy ma sporo rekwizytów. Można przebrać się za Marlin Monroe lub towarzyszyć w koncercie Udo Lindbergowi, jeśli znacie, ja poznałam go dopiero w muzeum, a Maciek wcielający się we frontmena zdobył nawet fankę wśród zwiedzajacych.

DSC_0348

To po prostu dobra rozrywka i ja się setnie ubawiłam. Nie było  tłumów, dlatego do wielu rzeźb podchodziłam, oglądałam i pozowałam. Niektóre mniej, inne bardziej zbliżone były do oryginału. Wszystkie poświadczają status ikony kultury. Jeśli Twoja podobizna znajduje się w tym muzeum, to znak, że jesteś znany, jesteś ikoną, że ludzie chcą oglądać nie tylko Ciebie, ale nawet Twoją woskową podobiznę.

Ulice vs. podziemia

Wychodząc z Muzeum Figur Woskowych trafia się na ulicę. Nie byle jaką. Na Unter den Linden jest efektownie. Widać wdzięk i blask dawnych czasów w tej rozłożystości i przestronności alei. Pierwotnie był to trakt służący do pokonania odległości dzielącej dawny zamek w Berlinie z Tiergarten. W połowie XVI wieku obsadzono aleję lipami. Stąd właśnie nazwa – Unter den Linden (Pod Lipami) – choć oficjalnie nadana została w latach 40-tych XVIII wieku. Owe lipy wycięto z części wschodniej z powodu fortyfikacji, zaś na zachodniej drzewa pozostały. Ulica może poszczycić się także ogromem prestiżowych budowli. Chyba żadna inna ulica w Berlinie nie ma ich tak wiele. Mieści się przy niej Opera Państwowa, Uniwersytet im. Humboldta, Nowy Odwach, Stary Arsenał, a także Katedra Berlińska.

Przez 1,5 kilometra można naprawdę wiele tu zobaczyć, choć nie ukrywam, że majestatyczny widok szpecą prace renowacyjne oraz roboty budowlane nad kolejną nitką metra. Pomimo tego spacer Unter den Linden sprawia mi każdorazowo ogromną przyjemność. Nieco inny urok ma Kurfürstendamm. Ulica jest jak ja to nazywam lansiarska, każde miasto taką ma, gdzie znajdują drogie butiki i przychodzi się popatrzeć, pozglądać i w sumie tyle.

Butiki Gucci, Dolce&Gabbana, czy Rolexa przerażają trochę pustką ziejącą z wnętrza. Ulicy jednak odmówić elegancji nie można, choć pierwotnie nic na to nie wskazywało. Początkowo była to zwykła konna droga prowadząca od Zamku w Berlinie do Zamku Grunewald, a dopiero żelazny kanclerz Otto von Bismarck uczynił z niej prawdziwy miejski bulwar.

Pod bulgoczącymi od miejskiego tłumu ulicami kryją się często nie mniej ruchliwe korytarze i tunele. Metro berlińskie ma już ponad 100 lat. Otworzono je w 1902 roku i łączyło wówczas Warschauer Strasse z Zoologischer Garden. Tak wczesne początki dają mu miejsce w pierwszej piątce najstarszych europejskich metr. Obecnie łączna długość torów ma ok. 150 km, a liczba stacji wynosi ponad 170. Na tym nie koniec! Do 2020 roku ma zostać rozbudowana i przedłużona trasa od Bramy Brandenburskiej do Alexanderplatz. Przez roboty budowlane urok ulic w centrum Berlina nieco przybladł, ale żeby coś mieć trzeba się pomęczyć.

DSC_1282

Tak naprawdę zaskoczył mnie jednak tabor. Berlińskie metro można powiedzieć ma dwa rozmiary, choć profesjonalnie powinnam napisać, że Berlin posiada metro małoprofilowe i wielkoprofilowe. I to właśnie to małe jest tak nietypowe. Uroku dodaje mu wściekle żółty kolor, a szyby zdobi… a jakżeby inaczej… motyw Bramy Brandenburskiej. Wnętrze przypomina trochę puszkę, za to jak na metro jest tu bardzo czysto. Mniejsze wagoniki można spotkać głównie w podziemiach centrum Berlina. W tym też rejonie stacje metra mają swój unikalny koloryt. Każda posiada odmienny charakter i wyraźnie estetycznie podkreśloną nazwę. Podczas gdy jedne są dość surowe, inne zaskakują kolorami. W większości do dekoracji ścian peronów użyto kafli.

Barokowy przepych vs. oszczędna nowoczesność

Ponad ulicami Berlina rozciąga się majestatyczna zabudowa tworząca specyficzny Misz-Masz. To właśnie w warstwie tych zabudowań przejawia się najbardziej żywa tkanka miasta od setek lat naznaczająca historię stolicy niemieckiej. To właśnie w architekturze, jak w niczym innym przejawia się ten eklektyzm, któremu dałam się zauroczyć.

Miasto już od XIII wieku pełniło funkcję stolicy i jako taka musiało mieć charakter i wygląd reprezentacyjny.

W ciągu całej swojej długiej i barwnej historii Berlin chcąc nie chcąc stał się mieszanką stylu, gdzie zabytki łączą się z nowoczesnością.

Najlepiej oddaje to budynek Reichstagu. To moja ulubiona budowla w Berlinie. Gmach Reichstagu został przebudowany. W historycznym budynku miał urzędować nowoczesny parlament, a przyłożył się do tego – o ironio! – brytyjski architekt. Norman Foster wykorzystał wszystko, co dawał mu gmach pierwotnego Reichstagu zbudowanego w końcu XIX wieku. I w zasadzie na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło. Ciężka fasada tylko troszkę została odchudzona. Pozostawiono szerokie schody i potężne kolumny przy wejściu, co naprawdę robi wrażenie. Sercem gmachu jest sala plenarna, którą można zwiedzać, ale nie ukrywam, że do tej pory nie miałam sposobności, gdyż nie zawsze jest dostępna dla zwiedzających. Charakterystyczne niebieskie fotele są jednak widoczne z góry przez szklaną kopułę. To właśnie ona tak bardzo zachwyca mnie za każdym razem.

DSC_0982

Jej lekkość i nowoczesny charakter z jednej strony w ogóle nie pasują mi do tego masywnego gmachu, ale z drugiej strony nigdzie indziej tak idealnie nie kontrastowałby ten szklany klosz. Przejrzystości i delikatności nadaje jej charakterystyczna otwarta konstrukcja, zaś prawdziwego wdzięku dodaje charakterystyczny stożek lustrzany w środku. Ta konstrukcja lejowata, prowadzącą od samej kopuły do sali plenarnej, tworzy 360 luster. Doprowadzają one do sali obrad światło słoneczne, a jednocześnie poprzez lej odprowadzane jest z wnętrza pomieszczenia zużyte powietrze. Mało tego we wnętrzu leja znajduje się też system odzyskujący ciepło ze zużytego powietrza. Tak naprawdę jednak zaciekawia lekko ukośna rampa, okrążająca całe wnętrze kopuły niczym spirala. To wygląda po prostu rewelacyjnie!

Przed wejściem na rampę warto zaopatrzyć się w audioprzewodnik. Jest dostępny w języku polskim. Stąpając powoli odsłuchać można ciekawe historie i dokładnie poznać budynki widoczne w panoramie rozciągającej się ze szklanej kopuły Reichstagu. Oko zawiesza się szczególnie na dwóch, które z tej perspektywy wyglądają na bardzo blisko siebie leżące. Jeden to gigantyczna wieża telewizyjna na Alexanderplatz, o której napisałam już w innym poście. Drugim jest katedra. Ze szklanej kopuły Reichstagu widać charakterystyczną kopułę katedry, która fenomenalnie dopełnia eklektyczny charakter zabudowy.

DSC_0455

Obecna forma jest bogata. Bardzo bogata. Ma w sobie coś z tego przepychu włoskiego renesansu, którym zaskakiwała na przełomie XIX i XX wieku. Kto bowiem w tym czasie decydował się na budowę w tym stylu?! Po stratach poczynionych w wyniku alianckich bombardowań katedra odzyskiwać zaczęła swoje wdzięki od 1975 roku. Najbardziej zaskakuje jej kształt. W mojej ocenie, na pierwszy rzut oka to kwadrat.

Przyzwyczajona do klasycznego gotyckiego charakteru katedry w Płocku, która zdefiniowała mój pogląd na kościoły już w dzieciństwie, byłam zdumiona właśnie kształtem Berliner Dom.

Wnętrze natomiast ma się wrażenie, że zostało zdominowane przez okrąg. To zapewne za sprawą ogromnej kopuły o średnicy 33 metrów bardzo kunsztownie udekorowanej od środka. We wnętrzu widać również ten barokowy styl. Przepyszne złocenia, wybitnie kunsztowne zdobienia płaskorzeźby, finezyjne witraże i nieziemskie wręcz organy podkreślają reprezentacyjny charakter tej budowli.

W tak zacnym otoczeniu nie dziwią bogate sarkofagi władców brandenburskich i pruskich. W głównym kościele, na lewo od głównego ołtarza znajduje się najstarszy w całej katedrze sarkofag elektora Jana Cicero, który zmarł w 1499 roku. Dalej , po prawej stronie ołtarza mieszczą się groby Fryderyka I i Zofii Charlotty Hanowerskiej. Pełny przekrój sztuki funeralnej oraz duży kawałek historii jednego z najważniejszych rodów niemieckich można odkryć w krypcie Hohenzollernów. Znajdują się tu aż 94 nagrobki, w tym Fryderyka Wilhelma II. Tak, dokładnie tego, który wziął udział w I i II rozbiorze Polski. Będąc w katedrze berlińskiej koniecznie trzeba wejść na taras widokowy. Znajduje się na niedużej wysokości, ale pozwala podziwiać najbliższe otoczenie świątyni, w tym szczególnie spektakularny piękny plac zieleni przed wyspą muzeów, tak symetryczny, że aż nierealny.

W Berlinie wszystkie kontrasty w niekoniecznie zrozumiały sposób pasują do siebie. Ten cały Misz-Masz jest po prostu ciekawy, dzięki temu wszystko nabiera tu sensu. Nie ma tu jednego stylu architektonicznego, jednej formy kultury, jednego spójnego wizerunku miasta. Tysiące żywotnych elementów bije w nieposkromiony tempie, napędzając ten patchworkowy charakter Berlina.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Funpage Zza Grubych Szkieł w albumie Berlin: Patchworkowe miasto za zachodnią granicą

0 Komentarzy

Pozostaw odpowiedź Iza Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *