Australia,  Relacje

Brisbane: sprintem po stolicy Queensland

Wjazd nie zapowiadał nic ciekawego na pewno nic ciekawszego od tego co widziałam, więc początkowo nawet się nie przejęłam, że w Brisbane spędzimy niecałą dobę. To ponoć trzecie pod względem wielkości miasto w Australii. Początki miało…cóż nie bardziej różowe niż Sydney. Nad pobliską Moreton Bay założona została osada skazańców. Pierwsza grupa zesłańców dotarła tu z Sydney w 1824 roku i były to najcięższe przypadki, czyli złoczyńcy zesłani do Australii, którzy już na nowym kontynencie zdążyli popełnić zbrodnie. Początkowo osiedlano ich w Redcliffe, jednak z uwagi na niewystarczające zasoby wody, osadę przeniesiono w górę rzeki, gdzie dziś znajduje się centrum. I my do tego centrum wjechaliśmy w pochmurny dzień, gdy nad miastem wisiały ciężkie chmury pęczniejące od tropikalnego deszczu.

Wieczorek zapoznawczy

Po zostawieniu bagaży i auta, niemiłosiernie wkurzeni na obsługę, wyszliśmy się przejść po mieście. Początkowo pogoda odpowiadała dokładnie naszym nastrojom. Naburmuszona, gotowa do rzucania piorunami gdzie popadnie. Idąc od strony bacpackerskiego hostelu mijaliśmy nieciekawe budynki i sądziłam, że będzie to krótkie wyjście na kolację.

Ciekawiej zrobiło się, gdy wreszcie wydostaliśmy się z zabudowy i stanęliśmy na nabrzeżu. Jak na złość lunęło. To nic niezwykłego w subtropikalnym klimacie, w jakim ulokowane jest Brisbane, ale i tak byłam zła na siebie, że jak podlotek beztrosko wyskoczyłam w sukience bez rękawów i po ramionach chłostały mnie strugi deszczu. Na szczęście był to ciepły deszcz, a dzięki schowaniu się pod mostem i skryciu za Maćkiem przeczekałam niemal sucha ulewę, trwającą może z 20 minut, a potem….potem Brisbane pokazało cały swój urok.

 

Kurilpa Bridge w Brisbane
Most z panelami solarnymi Kurilpa Bridge w Brisbane

 

Przedostaliśmy się przez arcyciekawymost, którego konstrukcja bardzo przypadła mi do gustu. Kurilpa Bridge to pierwszy na świecie most, który na tak dużą skalę wykorzystuje do oświetlenia panele słoneczne. Dostarczają od 75 do 100 procent zapotrzebowania na energię do oświetlenia mostu. Miałam wrażenie jakby zbudowany był z gigantycznych starych lamp biurkowych z wyginanymi ramionami. Prosto z niego weszliśmy na ścieżkę, która doprowadziła nas w iście rajskie miejsce.

 

South Bank Parklands w Brisbane
Strefa rekreacji w centrum Brisbane – South Bank Parklands

 

South Bank Parklands to przestrzeń nad brzegiem rzeki, gdzie w 1988 roku odbywała się międzynarodowa wystawa Expo. Znajdowało się tu wiele pawilonów, a pozostałości niektórych z nich można podziwiać do dziś. Mnie najbardziej przypadła do gustu stara świątynia nepalska wykonana tak kunsztownie, że aż z lekkim drżeniem dotykałam jej w obawie czy nie pryśnie okazując się tylko złudną fatamorganą. Obecnie na 16 hektarach dawnego terenu wystawowego zorganizowano wyjątkową strefę wypoczynku i rekreacji dla mieszkańców z piaszczystą plażą, basenem, oryginalnym placem zabaw i miejscem do biwakowania, a także ogrodem zielarskim, z którego miałam wrażenie, każdy mógł czerpać przyprawy do swoich steków i burgerów przygotowywanych na wszechobecnych i ogólnodostępnych grillach bbq.

W tej strefie ulokowany jest też słynny napis BRISBANE z wielkich, kolorowych liter. We wpisie o 10 rzeczach, które warto zrobić w Australii, znajdziecie jako jedną z nich zrobienie sobie zdjęcia z tymi olbrzymim literami. Oczywiście, że mam przy nich fotę. Uwierzcie, że nie było to łatwe, gdyż miejsce oblegane jest przez dziesiątki turystów, dla których – tak jak i dla mnie – zdjęcie z tą ikoną miasta miało być ważną pamiątką z Queensland. Swoją drogą panorama jaka roztacza się z tego miejsca na Brisbane City jest warta zatrzymania się na więcej niż chwilę. Chłonęliśmy zrównoważoną harmonię wieżowców przeklinając w duszy te ekstremalnie duże odległości w Australii, bo przez nie mieliśmy tak mało czasu by nacieszyć się Brisbane. Skoro było to tak mało, trzeba było to wykorzystać jak najlepiej.

 

Słynny napis Brisbane
Wielkie litery Brisbane w…Brisbane

 

Przeszliśmy przez kolejny ciekawy most The To Between Bridge (nazwa zaczerpnięta podobno od nazwy zespół rockowego powstałego w Brisbane). Znaleźliśmy się w pobliżu Ogrodu Botanicznego. Jest cudowny. Zróżnicowanie terenu i różnorodność roślinności angażują zainteresowanie na każdym kroku. Aż trudno opuścić to miejsce, a gdy już byliśmy zdecydowani wyszliśmy na niewielką pustą przestrzeń, idealny trawnik i spojrzeliśmy w tył. Z ziemi wyrastały wysokie budynki ze szklanymi ścianami, w których odbijały się ostatnie promienie słońca.

 

Wieżowce Brisbane - widok z ogrodu botanicznego
Widok na wieżowce z ogrodu botanicznego

 

Mój wewnętrzny głos, odpowiedzialny za docenianie tych chwil nie-do-zapomnienia jęknął żałośnie, a nogi zatrzymały się by oczy mogły chłonąć widok, który zostanie w mojej pamięci na lata jako pamiątka z Brisbane. Gdy magia chwili ulotniła się, ruszyliśmy między uliczki, docierając do neogotyckiej archikatedry św. Szczepana, po mistrzowsku wkomponowanej w nowoczesną zabudowę.

 

Katedra św. Szczepana w Brisbane
Neogotycka katedra św. Szczepana w Brisbane

 

Przeszliśmy koło zabytkowego budynku dworca głównego i szybszym krokiem pokonaliśmy urocze ulice. Dotarliśmy wreszcie przed ratusz o imponujących rozmiarach z olbrzymią wieżą zakończoną zegarem, odmierzającym bezlitośnie czas, którego – czuliśmy to z każdą minutą – mieliśmy za mało. Nasz wieczorek zapoznawczy zakończyliśmy przy wielkim napisie po drugiej stronie rzeki, by napawać się jeszcze nocną panoramą miasta. Jedynym pocieszeniem w obliczu zbyt krótkiej wizyty w Brisbane była obietnica jaką niósł ze sobą kolejny dzień, a dokładnie wizyta w Lone Pine Koala Sanctuary.

 

Poranek z koalami

Lista zwierząt, które chciałam zobaczyć dzięki podróży po Australii znacznie się zmniejszyła. Największym pragnieniem było obejrzenie na żywo koali. Nie do końca wierzyłam, że możliwe byłoby ich dotknięcie. Jednak nie byłabym sobą, gdybym o tym nie poczytała przed wyjazdem. Jak pomyślałam, tak zrobiłam.

W Sydney i całej Nowej Południowej Walii można było tylko życzliwie popatrzeć na te miśki (choć tak naprawdę misie koala misiami nie są, a torbaczami) jednak na blogu Julii Raczko (swoją drogą gorąco go polecam, świetne wpisy i dużo wartościowych informacji) przeczytałam, że w Brisbane można koalę przytulić! W tym samym momencie krzyknęłam znad komputera, zwracając na siebie baczną uwagę Maćka: – Nie wierzę! – Ale w co? – spytał zaintrygowany – Normalnie, nie wierzę! – powtórzyłam – Normalnie, w co? – dopytywał – W Brisbane można przytulić koalę! – mówiąc to już miałam wizję siebie z torbaczem na rękach jak oprowadzam go po parku cały dzień – To jedziemy! – zadecydował Maciek. Kilka tygodni później staliśmy w kolejce do Lone Pine Koala Sanctuary, największego sanktuarium koala na świecie z 90 – letnim doświadczeniem i ponad setką miśków-torbaczy. Sanktuarium powstało w 1927 roku i od tego czasu wracają tu do zdrowia chore i poturbowane przez los osobniki. Ponadto celem tej placówki było pierwotnie uchronienie tego ikonicznego dla Australii gatunku przed wyginięciem, gdyż koale były odławiane na…futra!

Samo wejście kosztuje 36 dolarów australijskich od osoby, a za zdjęcie z koalą na rękach dopłaca się jeszcze 25. Dużo, ale po przebyciu takiej drogi i w obliczu takiego przeżycia jakoś wysoka kwota straciła znaczenie…poza tym pieniądze idą na utrzymanie sanktuarium koali, więc… czy mogła być lepsza inwestycja tych 61 dolców?! Mało tego zdjęcie z koalą zrobił sobie papież Jan Paweł II, Ed Sheeran, Cher, Taylor Swift, Luciano Pavarotti, Michaił Gorbaczow, a też Marilyn Manson (tak mi też było trudno w to uwierzyć).

Gdy wreszcie stanęłam na miejscu wyznaczonym do przytulania, opiekunka podała koali liście eukaliptusa, które misiek smakował jak prawdziwy kulinarny kustosz. Po chwili usadziła puchate ciałko torbacza na moich rękach, a jego dłonie zaczepiła na moich ramionach. Misiek spojrzał na mnie po czym nieznacznie się przytulił i odwrócił głowę. Zdjęcia zrobione, a ja mogłabym trzymać tak zwierzaka cały dzień, ale to trwa chwilę, a gdy misiek jest niechętny odnoszą go na jego drzewko, gdzie zapada w sen.

 

przytulanie koali
Najważniejszy punkty wizyty w Lone Pine Koala Sanctuary

 

Doświadczenie niesamowite i godne polecenia każdemu, kto lubi kontakt ze zwierzętami, a tego nie brakowało w parku. Można tu karmić kangury. Doradzam przyjechać z rana, gdy jeszcze chętnie gromadzą się przy każdym, kto wystawia rękę z nasypanym pokarmem. Są w tym bezczelnie urocze. Z minami nicponi dopraszają się więcej i więcej, a nawet ciągną za rękę i wsuwają pyszczki w papierowe torebki, w których sprzedawane są (za 3 dolary) porcje ich przysmaków. Z oporem pewnym pożegnałam się z tymi zwierzakami, by podejrzeć inne.

 

Karmienie wolno biegających kangurów
Karmienie kangurów i ich mniejszych krewniaków – walabi

 

Obejrzeliśmy dziobaka, niesamowicie zwinnego w wodzie, i diabła tasmańskiego, niesamowicie brzydkiego w każdym warunkach naturalnych. Podejrzeliśmy wombaty, z których jeden przydybany na pieńku stał nieruchomo i patrzył, a jego koledzy w podziemnych tunelach leżeli do góry brzuchem…dosłownie. Obejrzeliśmy też krokodyle, kolejną ikonę Australii i udaliśmy się na pokaz zaganiania owiec w towarzystwie psów.

Szoł wypadło świetnie. Odkryłam przy tym ciekawego psa. Kelpie to typowo australijska rasa psa, bardzo odpornego na wysokie temperatury, a przy tym chętnego do współpracy z człowiekiem. Popisy Dastiego (tak nazywał się jeden z psów-showdogów tego pokazu) były imponujące. Jedno skinienie, jedno spojrzenie starszego mężczyzny a pies gnał już w odpowiednim kierunku, a przy tym wyglądał na ogromnie podekscytowanego i przeszczęśliwego. Na koniec pokazu można było podejść i pogłaskać głównych bohaterów wystąpienia.

Z uwagi, że gonił nas czas zajrzeliśmy po pokazie psów tylko na chwilę jeszcze do kangurów. Leżały już w cieniu, leniwie chroniąc się przed słońcem, a do tego objedzone i w pogardzie mające już pokarm z rąk turystów. Gdy wychodziliśmy z wybiegu kangurów, natknęliśmy się na opiekunkę chodzącą na smyczy z …dingo. To też ikona Australii, choć przybył na ten ląd z Tasmanii. Opiekunka powiedziała, że można go pogłaskać, ale nie po głowie. Z pełnym respektem dla dingo, który ze spokojem upoluje kangura, więc czym byłaby dla niego blondynka 157 cm wzrostu, podeszłam do niego i przyznam, że jego sierść jest przyjemna w dotyku.

 

Spacer z dingo
Dingo na smyczy wyglądał niemal jak domowy pies, ale w pamięci miałam, że to dzikie zwierzę.

 

Zatrzasnęliśmy drzwi białej Toyoty Camry grubo po południu, tym prostym aktem zostawiając za sobą Brisbane. Miasto odkryte, ale nieprzedeptane. Pod skórą oboje czuliśmy niedosyt i cierpki smak Australii, która wymaga nieprzebłaganych kompromisów, gdzie pół godziny w jednym miejscu oznacza godzinę krócej w innym lub całkowitą rezygnację z niektórych atrakcji. Brisbane zostawiło w nas jak drobny ci

erń – pozostałość piękna, którym nie mieliśmy czasu się nacieszyć. Mam nadzieję, że jeszcze będziemy mieć okazję powrotu i wydeptania tam własnych ścieżek, choć w obliczu prawie całego nieodkrytego kontynentu wydaje się to pobożną mrzonką.

autor: Magdalena Drajkowska

 

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Brisbane: sprintem po stolicy Queensland

 
ZapiszZapisz

4 komentarze

Pozostaw odpowiedź Magdalena Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *