Portugalia,  Relacje

Cabo da Roca: Na końcu Starego Świata

Planując wyjazd do Wietnamu obie mamy utyskiwały, po co wybieramy się na koniec świata. Przy wyprawie do Portugalii nie miały żadnych obiekcji, mimo że właśnie w tej podróży wybieraliśmy się na koniec świata. Przylądek Cabo da Roca jest najbardziej na zachód wysuniętą częścią Europy, a więc i Starego Kontynentu ergo Starego Świata. Tego jeszcze sprzed odkrycia Kolumba, który Portugalczykiem z dziada pradziada nie był. Mieszkanie tu widać nie stanowiło o jego portugalskości, gdyż pomników odkrywcy znaleźć tu niemal nie sposób. Przypisuje mu się włoskie, hiszpańskie, katalońskie, a także bardziej ekstremalnie – szkockie i polskie pochodzenie. Jeden z historyków pracujących na amerykańskim University Duke upatrywał w Kolumbie potomka polskiego króla Warneńczyka umarłego w 1444 pod Warną. Problem stanowi data urodzin odkrywcy Ameryki, przypadająca na rok 1451. W świetle amerykańskich rewelacji Warneńczyk nie zginął, co daje mu szansę na potomstwo. Teoria jednak nie wzbudziła wiarygodności na tyle,żeby rozbudzać z zasłużonego snu rzekomego dziada Kolumba, a mianowicie Władysława Jagiełły, w celu przeprowadzenia testów DNA.

Około 40 kilometrów od Lizbony znajduje się Cabo da Roca. Odległość nie odstrasza, ale bezpośredniego połączenia brak. Stację przesiadkową stanowi ekscentryczna i baśniowa Sintra, którą postanowiliśmy zgłębić w drodze powrotnej. Obok dworca kolejowego przycupięty przystanek wygląda niepozornie. Rzut oka na tablicę odjazdów. Mamy jeszcze 30 minut. Rzut oka po sobie.

– Śniadanie?- pyta Maciek.

– Sím. – odpowiadam niemal z automatu przerzucając się na portugalskie tak. Na wprost dworca znajduje się bliżej nieokreślonej kondycji tawerno-baro-restauracja, serwująca a jakże budyniowate ciasteczka pasteís. Portugalski przysmak dostępny w każdej kawiarni i cukierni. Dwie pepsi i dwa ciasteczka skutecznie zajmują czas do odjazdu. W drodze na przylądek oboje żałujemy trochę tej decyzji. Serpentyny drogi ciągnące się do Cabo da Roca powodują lekką niestabilność żołądkową. Nie dziwi mnie, że Portugalczycy byli dobrymi żeglarzami. Tu można choroby morskiej nabawić się na lądzie!

 
cabo2-min
 

Najdalej wysunięte na Zachód miejsce prezentuje się na pierwszy rzut oka mało imponująco. Niewielka latarnia morska. Kilka budynków, które dosłownie można policzyć na palcach jednej ręki. Na drugi rzut oka jest dużo lepiej. Stojąc na 144-metrowym klifie nawet w pogodny dzień czuć silny wiatr. Stojący tuż obok krzyż naznaczony jest słowami największego dzieła literatury portugalskiej i najsłynniejszego eposu, jakimi są Luiziady. Tutaj … gdzie kończy się ziemia a zaczyna morze… Most przerzucony w tym miejscu kończyłby się w stanie Delavre i miałby długość około 5500 km. Na szczęście takiego mostu tu nie ma i można podziwiać widok niekończącego się oceanu. Błękitu przechodzącego w błękit.

Wałęsając się po klifie odnajdujemy ścieżkę prowadzącą w dół. Błyskawicznie łączę ten fakt ze wzmianką z jednego z przewodników: W pobliżu przylądka znajduje się dzika plaża… W praktyce „w pobliżu” oznacza zejście w dół po skałach. Adidasy to absolutne minimum. Jako prawdziwa fanka górskich wertepów żałuję, że nie zostajemy tu na dłużej. Ciągnące się na horyzoncie wzniesienia, a wszystko to w malowniczej scenerii Parku Narodowego Sintra-Cascais, kuszą wędrówką. Obywam się smakiem. Na szczęście Plaża de Assentiz wypiera, jakby to ujęła babcia, zapach malizny. Prawdziwa dzika plaża! Wśród skał! Idealnie intymne miejsce.

Jesteśmy na plaży zupełnie sami. Duże kamienie po kilku krokach zmieniają się w miękki piach. Zdejmujemy buty i już po chwili maczam stopę w Oceanie najdalej na zachodzie Europy. Przechadzamy się wzdłuż na tyle, na ile pozwalają nam skały, strzegące zazdrośnie tajemnic klifu. Jest tu cicho. Przyjemnie. Świetne miejsce na film. Żal opuszczać. Z ociąganiem otrzepujemy stopy z piachu i wracamy na klif. Po ciszy pozostaje wspomnienie. Wycieczka Chińczyków bądź Koreańczyków opanowała całe wzniesienie. Ponoć Japończycy zawsze są elegancko ubrani, nawet podczas wakacji. Plotka ta może mieć w sobie odrobinę prawdy. Miałam okazję wybrać się na rejs z Japończykami podczas wakacji w Egipcie. Jakież było moje zaskoczenie, gdy na pokładzie dojrzałam dwudziestu mężczyzn w spodniach na kant i wykrochmalonych koszulach z płetwami i maskami do nurkowania. Dlatego śmiem nieśmiało twierdzić, że inwazja wycieczkowa na Cabo da Roca nie była proweniencji japońskiej.

 
cabo1-min

Odjazd już na horyzoncie, ale kilka chwil jeszcze na zakupy zostało. Od kilku lat gromadzimy, jak pewnie 3/4 populacji ludzkiej w podróży, magnesy. Szybki rekonesans po sklepie i w plecaku ląduje niewielka latarnia z napisem Cabo da Roca do przyczepienia na magnetyczną ścianę i certyfikat. A co! Byłam, zobaczyłam i wróciłam z najdalej na zachód wysuniętego miejsca Europy, to certyfikat mi się należy. Koszt 5€. Wrażenia z pobytu – bezcenne.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Cabo da Roca: Na końcu Starego Świata

0 Komentarzy

Pozostaw odpowiedź panna cotta Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *