Portugalia,  Relacje

Coimbra: oddech historii i powiew akademickiej tradycji Portugalii

Zaskoczenie przerodziło się w irytację, gdy ze wszystkimi bagażami na plecach szliśmy pod górę. – Dasz wiarę? – zagadałam do Maćka, który niósł na plecach duży plecak z większością naszych rzeczy – Jak to możliwe, że w trzecim co do wielkości mieście w kraju nie ma przechowalni bagażu na dworcu? Byłam poirytowany, bo chodzenie z tymi wszystkimi tobołami do wieczora, kiedy mieliśmy pociąg do Lizbony, nie uśmiechało mi się. – No teraz dam. I w tym stwierdzeniu kryła się esencja naszego pierwszego odczucia związanego z Coimbrą, dawną stolicą Portugalii, miastem o bogatej i żywej tradycji akademickiej. Odczucia zmęczenia pomieszanego z zawodem, które jednak z czasem zbladło.

Uniwersytet górujący nad miastem

Plan wydawał się genialny. Mieliśmy w drodze z Porto do Lizbony zatrzymać się na cały dzień w Coimbrze. Bagaże miały wylądować w przechowalni na dworcu. W końcu musi być – pomyślałam, skoro to trzecie co do wielkości miasto w kraju.  Na dworcu szybko sprowadzono nas na ziemię. Przechowalni nie ma. Pani w kasie biletowej podpowiedziała nam, że w pobliskim kiosku można zostawić bagaż. Przyjechaliśmy jednak za wcześnie, więc kiosk był zamknięty. W pobliskich hotelach nawet za opłatą nie chciano przyjąć naszych bagaży choć na kilka godzin. Stanęliśmy przed kiepskim scenariuszem, w którym czekało nas wchodzenie na wzniesienie z całym dobytkiem, jaki mieliśmy przy sobie.

Nie tak wyobrażaliśmy sobie spacer po mieście, ale jednej rzeczy byłam pewna. Nigdy, przenigdy, never ever nie wypuścili mnie do biblioteki z plecakiem, ba! nawet z torebką. Dlatego miałam jeszcze nadzieję, że zostawimy bagaże w szatni uniwersyteckiej, bo powodem, dla którego w ogóle chciałam zatrzymać się w Coimbrze była właśnie biblioteka… i to nie byle jaka!

Złota Biblioteka Joanina, zalicza się do najpiękniejszych na świecie ze zbiorem kilkudziesięciu tysięcy książek z okresu nowożytności. Została ufundowana przez króla Jana V ( nie bez powodu nazywa się Joanina) i miała ukazywać portugalskie bogactwo. Ponoć oprócz cennego księgozbioru – przynajmniej tak twierdzą pracownicy biblioteki – w jej murach rozgościła się kolonia nietoperzy, które ponoć dzięki apetytowi na wszelkie owady chronią cenne księgi przed zniszczeniem. Na ile to prawda? Nie wiem, ale w tym miejscu uwierzyłabym w nie jedną dziwną opowieść.

 

Złota Biblioteka w Coimbrze
Wnętrze Złotej Biblioteki Joanina jest niewyobrażalnie piękne

Żeby dostać się do biblioteki, musieliśmy wejść na kompleks starego uniwersytetu, gdzie wreszcie mogliśmy zostawić bagaże i oddać się w pełni zwiedzaniu tego fantastycznego miejsca, bo już teraz mogę zdradzić, że uniwersytet zrobił na mnie ogromne wrażenie. Gdy tylko pozbyliśmy się ciężaru jak na skrzydłach biegłam do potężnych drzwi strzegących wejścia do biblioteki i nie byłoby przesadą porównanie ich do wrót średniowiecznej warowni. Otwierały się co 20 minut wpuszczając kolejne grupy turystów.

W kolejce przestępowałam z nogi na nogę nie mogąc już doczekać się wejścia  i pewnie gdybym bardziej skupiła się na tym, co mówią pracownicy nie popełniłabym gafy. Jak już przyszła nasza kolej w podekscytowaniu wyjęłam jak gdyby nigdy nic Canona. Wycelowałam obiektyw. Dźwięk migawki przedarł moment ciszy. Dostrzegłam gromy rzucane we mnie oczami i wtedy dojrzałam  napis „No photo”. Dobrze, że panował we wnętrzu półmrok, bo czułam jak piekły mnie ze wstydu policzki i pewnie miały kolor dojrzałego buraka.

Potulnie schowałam aparat i oddałam się w pełni delektowaniu cudownego wnętrza. Można odnieść wrażenie, że książki wypełniają każde pomieszczenie aż po sufit, ale efekt ten powodują bogato zdobione sklepienia, które komponują się z pozłacanymi grzbietami woluminów zalegających na regałach.

Po opuszczeniu biblioteki zwiedziliśmy pozostałą zabudowę starego uniwersytetu, który powstał w XIII wieku, ale na stałe jego zabudowania znalazły się w Coimbrze w XVI wieku. Zajrzeliśmy do kaplicy św. Michała z XVI wieku, a przemierzając zakątki uniwersytetu i napawając się niesamowitym klimatem tego miejsca dotarliśmy do tarasu z nieziemskim…dosłownie…widokiem. W dole rozciągał się obszerny dziedziniec, na którym widać było młodych ludzi w czarnych pelerynach, prawdopodobnie z obsługi bądź zabłąkanych studentów. Oboje zgodnie przyznaliśmy, że te płacze to świetna tradycja akademicka.

 

Widok z tarasu uniwersytetu w Coimbrze
Czerwone dachy i stara zabudowa Coimbry widziane z tarasu widokowego kompleksu uniwersyteckiego tworzą obłędny widok.

Historyczne  oblicze miasta

Pomimo, iż uniwersytet dominuje nad całym miastem, to nie jest jedynym miejscem, które warto zobaczyć w Coimbrze. Odwiedziliśmy więc znajdującą się w pobliżu nową katedrę. Sé Nova jednak wcale taka nowa nie jest, bowiem wybudowana została na przełomie XVI i XVII wieku przez jezuitów, którzy osiedli w mieście w 1541 roku. Gdy ich wygnano z Portugalii w połowie XVIII stulecia, markiz Pombal uczynił  z tego kościoła katedrę. Czterech świętych jezuitów zdobi fasadę nowej katedry, która najbardziej przypadła mi do gustu z całej budowli. Jest prosta, ale stwarza wrażenie monumentalnej. Wnętrze tworzy jedna nawa z bocznymi kapliczkami. Wysokie sklepienie sprawia, że ma się odczucie otoczenia ogromem. Jednak nie porwało mnie ono. Dużo bardziej ciekawsza wydała mi się stara katedra, do której powoli przeszliśmy wąskimi uliczkami równie starej zabudowy.

Stara Katedra w Coimbrze jest jednym z najbardziej znamienitych zabytków romańskiej architektury Portugalii, a wybudowana została w 1162 roku. Unikalny charakter budowla zawdzięcza niemal nienaruszonej formie od czasów budowy. Jest jednym z tych zabytków rekonkwisty, który przetrwał do dziś we względnie oryginalnym stanie. Z zewnątrz budynek bardziej przypomina mały zamek niż świątynię. Wysokie mury zwieńczone blankami i niewielkie okna przypominają raczej warownię, ale są charakterystycznym znakiem katedr romańskich, co tłumaczone jest krwawymi czasami rekonkwisty.

 

Katedra w Coimbrze
Stara katedra w Coimbrze przypomina nieduży zamek z tymi blankami.

Zaliczyliśmy jeszcze spacer po górnej części miasta, który zakończyliśmy w miejscu, gdzie zostawiliśmy bagaże. Poproszono nas na samym początku, żebyśmy ich nie zostawili tu na cały dzień, więc po czterech  godzinach zwiedzania zabraliśmy plecaki i ruszyliśmy dalej.

Do kompleksu uniwersyteckiego przylega przepiękny ogród botaniczny – Jardim Botânico da Universidade de Coimbra. Wizyta tu ma w sobie coś z podróżowania po świecie. W niezliczonych zakątkach ogrodu można podziwiać rośliny spotykane w naturze w różnych długościach i szerokościach geograficznych. Ogród powstał w 1772 roku z inicjatywy ówczesnego premiera, markiza Pombala. Było to podyktowane poniekąd ówczesną modą europejską na tego rodzaju zielone kompleksy w miastach, ale też miało na celu uzupełnienie zbiorów Historii Naturalnej i Studiów Leczniczych. Ogród posiada bank nasion i wypuścił powiązany z nim katalog nasion, opublikowany po raz pierwszy w 1868 r. (uaktualniany corocznie do dziś). Zawiera kilka portugalskich i egzotycznych odmian, dzięki którym udało się zachować część zagrożonych gatunków. W ten sposób ogród odegrał ważną rolę w ochronie przyrody.

Po przedeptaniu ścieżek i podejrzeniu niezliczonych gatunków roślin przysiedliśmy na jednej z ławek. Dosłownie jakby nam siły odjęło. Pięć intensywnie wykorzystanych dni w Porto i pobudka nocą, żeby wsiąść w poranny pociąg do Coimbry dały nam się trochę we znaki. Ogród uniwersytecki w Coimbrze idealnie nadawał się na chwilę odpoczynku. Cień chronił przed ostrymi, choć wcale nie takimi ciepłymi promieniami słońca. Stwierdziliśmy, że zrobimy sobie tu chwilę dłuższego odpoczynku. Ja wyciągnęłam książkę, Maciek wyciągnął nogi na ławce i jak gdyby nigdy nic zasnął. Tak, zrobiliśmy się w tym całkiem nieźli. Potrafimy zasnąć w najdziwniejszych miejscach, jeżeli jest okazja na chwilę regeneracji. Ja zanurzyłam się w opowieści kryminalnej i tak minęły nam dwie godziny, w czasie których zebraliśmy sił na dalsze zwiedzanie miasta z plecakami. Poza tym czuliśmy przemawiający przez nas głód.

 

Coimbra -akwedukt
Jeżeli akwedukty kojarzą Wam się tylko ze starożytną Grecją i Rzymem, to ten wybudowany w Coimbrze może Was nieco zaskoczyć.

Opuściliśmy ogród wyjściem przy Alameda dr Júlio Henriques i skierowaliśmy się ku górze, a niemal zaraz po opuszczeniu zielonej oazy natknęliśmy się na prawdziwą niespodziankę. Najprawdziwszy akwedukt! Prawdopodobnie powstał na bazie pozostałości po starożytnej budowli łączącej górna i dolną część miasta. Dzisiejszy akwedukt zbudowany został pod koniec XVI wieku za panowania Sebastiana łącząc wzniesienia, na których znajdował  klasztor oraz zamek. Budowle tworzyło 21 łuków. Wygląda to obłędnie wpisane w architekturę miasta, którego rytm bije zgodnie, łącząc przeszłość z teraźniejszością.

Obeszliśmy wreszcie ogrody i dotarliśmy do Escadas Monumentais przy Rua de Oliveira Matos. To monumentalne schody (dokładnie mające 150 stopni), które łączą miasto z kompleksem uniwersyteckim, znanym jako Alta Universitária. Stanowią element prac, które w okresie tzw. Estado Novo, czyli „Nowej Portugalii” Salazara miały na celu koncentrację wszystkich terenów należących do Uniwersytetu w Coimbra w górnej części miasta. Miało to miejsce w latach 50-tych ubiegłego wieku i przeciągnęło się aż do lat 60-tych, kiedy to został otwarty ostatni z charakterystycznych obiektów – Departament Matematyki, 17 kwietnia 1969 r.

Działania skupiające całe uniwersyteckie życie w jednym miejscu niestety doprowadził do zniszczenia znacznej części historycznego centrum Coimbry. W tym procesie zniknął między innymi budynek rządu cywilnego, biblioteka ogólna, część murów średniowiecznego zamku, kościołów i innych historycznych miejsc. Wszystkie miejskie reorganizacje miały na celu zwiększenie koncentracji studentów, zmniejszenie ich obiegu w mieście i umożliwienie lepszej kontroli ich działalności.

 

Escadas Monumentais w Coimbrze
Schody – ze 150 stopniami – łączą część uniwersytecką z miastem i są jedną z ikon Coimbry.

Po wejściu na szczyt schodów chwilę odsapnęliśmy przy jednym z globusów wieńczących po obu stronach budowlę. Legenda uniwersytecka głosi, że jeżeli mury tego szacownego przybytku opuści dziewica globusy potoczą się w dół po schodach. Nabieram przekonania, że studenci niezależni od szerokości geograficznej mają to samo poczucie humoru. Słyszałam już wiele podobnych legend między innymi o toruńskim UMK,  warszawskiej Politechnice, czy Poznańskim AWF.

Gdyby nie doskwierający głód może jeszcze byśmy się pokręcili po miasteczku uniwersyteckim, ale że już jego zabytkową część widzieliśmy, to przeszliśmy tylko przez owalny plac z pomnikiem króla D. Denisa, uważnego za prawdziwego reformatora średniowiecznej Portugalii i fundatora pierwszego uniwersytetu w Coimbrze. Szliśmy prosto aż do Porta Férrea i skręciliśmy na schody, skąd powoli zaczęliśmy wdzierać się do miasta.

Mijając stare i wąskie uliczki nawet nie zauważyliśmy jak dotarliśmy do serca tętniącego życiem miasta. Wyszliśmy przy pięknym, monumentalny kościele i klasztorze św. Krzyża. Byliśmy i głodni, i chciało nam się pić, ale nie mogliśmy przejść obojętnie. Przyznam, że nie chciałam czekać aż znajdziemy knajpkę, zjemy i dopiero potem odwiedzimy to miejsce. Wobec czego przełknęliśmy ślinę, popatrzyliśmy na siebie i weszliśmy do środka. Owionął nas półmrok. Wnętrze zamykało się nad nami imponującymi sklepieniami żeber i barokowymi płytkami.

 

Kościół i klasztor św. Krzyża w Coimbrze
Wyjątkowo efektowny kościół i klasztor św. Krzyża w Coimbrze urzekł mnie swoją fasadą, a także krużgankami.

Igreja de Santa Cruz był budowany od 1131 roku poza murami obronnymi ówczesnego miasta, przy czym uroczyście poświęcono kościół dopiero w 1228 roku. Należał do zakonników regularnych „Cónegos Regrantes de Santo Agostinho” i był jednym z najważniejszych domów zakonnych w Portugalii w tamtym okresie. Stanowił ważne miejsce kulturowe i gromadził wokół siebie ówczesnych intelektualistów. W kościele klasztornym spoczywają dwaj pierwsi władcy Portugalii D. Afonso Henriques i jego syn. Być może dzięki temu obiekt doczekał się renowacji, gdy w 1507 roku zobowiązał się do tego ówczesny władca Manuel I Szczęśliwy. To z tego okresu pochodzi monumentalna fasada, która na mnie zrobiła ogromne wrażenie. Zauroczyły mnie także krużganki, tworzące zacienione aleje wokół perfekcyjnie zielonego kwadratu trawy w sercu dziedzińca. Gdzie spędziliśmy kilka chwil, oddając się urokowi tego miejsca.

Prawdziwym odkryciem dla mnie był Claustra da Manga. To niezwykła fontanna, która mieści się tuż za klasztorem św. Krzyża. My ją dostrzegliśmy wspinając się rankiem pod górę, by zwiedzić miasteczko uniwersyteckie. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że byliśmy tak blisko głównej, turystycznej części miasta wówczas.

Fontanna znajduje się w ogrodzie. Dominuje w jej formie jeden budynek z centralną kopułą, który połączony jest z czterema mniejszymi budynkami, otoczonymi małymi, prostokątnymi zbiornikami z wodą. W ich wnętrzach wyróżniają się trzy małe ołtarze, bardzo okaleczone, przypisywane João de Rouão. Pierwotnie było ich cztery. Wedle miejscowej tradycji, pewnego dnia, gdy król Portugalii João III odwiedził klasztor, zwrócił uwagę na niewykorzystaną dużą przestrzenią, wówczas nakreślił na rękawie swej szaty krużganek i otaczający ogród, który kazał później wykonać. W 1934 roku obiekt stał się pomnikiem narodowym.

 

Fontanna w Coimbrze
Claustra da Manga – czyli bardzo nietypowa budowla w Coimbrze łącząca elementy religijne z formą fontanny.

 

Nauczka dla głodnego

Po opuszczeniu już kościoła i klasztora św. Krzyża ruszyliśmy szukać czegoś do zjedzenia. Zagłębiliśmy się w malownicze ulice i uliczki prowadzące nas bez planu po starym mieście.

Wreszcie zatrzymaliśmy się przy jednej z restauracji, gdzie nim spojrzałam dobrze w kartę zapytałam – Mają Państwo frytki i burgery? Nie wiem, czy ktoś z Was właśnie westchnął z zażenowaniem i z myślą – Serio? To oni byli w Portugalii i jedli burgery z frytkami? Dla uspokojenia i rozgrzeszenia: smakowaliśmy też dorszy (bacalhau), zupy caldo verde, pysznych pasteis i wielu innych dań. W Coimbrze jednak bardzo liczyłam na coś sycącego i pewnego. Dzień wcześniej próbowaliśmy francesinhy. We dwójkę… Na pół… Jedną… Nie daliśmy rady. Po dwóch kęsach błagalnie patrzyłam na Maćka, żeby mi pomógł. To było po prostu niesmaczne. Niby wszystkie składniki lubię – a więc chleb, szynka, stek, ser, sos pomidorowy. Jednak efekt przerósł moje oczekiwania. Dostałam na talerzu, gigantycznego tosta ociekającego tłuszczem i sosem pomidorowym. Właśnie dlatego nie chciałam już eksperymentować w Coimbrze.

Po złożeniu zamówienia rozsiedliśmy się, czekając z niecierpliwością na pyszną bułkę z chrupiącymi frytkami. Po chwili podszedł do nas kelner i spytał, czy jednak możemy mu wskazać w menu tego burgera. Już to powinno być sygnałem, że chyba coś nie tak jest, ale głód nas omamił. Przejrzeliśmy kartę dań i wskazaliśmy pozycję, która jak z nazwy wynikało miała być burgerem i frytkami. Facet popatrzył na nas i odszedł. Potem wyszedł właściciel i zapytał czy jesteśmy katolikami. Kiwnęliśmy głowami, a ten bez słowa odszedł. Finalnie na talerzu dostaliśmy frytki, ale z burgera to tylko sam kotlet wieprzowy, a do tego przykryty jajkiem sadzonym. Zerknęłam jeszcze raz w menu. Wytężyłam wszystkie zmysły doszukując się, gdzie mogliśmy popełnić błąd. Na samej górze widniał napis „econômico”. Zaczęliśmy się śmiać, to był najbardziej ekonomiczny burger jakiego jedliśmy – bez bułki, bez sosu, bez sałaty i bez innych dodatków. Samo mięso i…jajko.

Najedzeni chwilę porozmawialiśmy z właścicielem lokalu o tym, czy nam smakowało (gorsza była francesinha, więc przytaknęliśmy), jak piękna w jego oczach jest Coimbra i czy na pewno nam się podoba. Potem zabraliśmy plecaki i ruszyliśmy dalej.

*     *     *

Późnym popołudniem dotarliśmy do rzeki Mondego i mostu Ponte de Santa Clara. Do pociągu do Lizbony mieliśmy jeszcze cztery godzin, więc przeszliśmy się wzdłuż nabrzeża podziwiając malowniczą panoramę z wybijającą się bryłą uniwersytetu na wzniesieniu. Przeszliśmy ponownie na drugą stronę przez kładkę dla pieszych Ponte Pedonal Pedro e Inês. W popołudniowym słońcu światło efektownie operowało na osłonach balustrad, które powstały ze szkła zabarwionego na żółto, niebiesko, zielono i różowo. Po drugiej stronie, nieco z boku rozciągał się zadbany park, gdzie jeszcze chwilę posiedzieliśmy wpatrując się w przechodniów, dając jednocześnie odpocząć plecom, które dawały się we znaki po całym dniu noszenia plecaków wąskimi uliczkami Coimbry.

Słońce powoli zaczynało chylić się ku horyzontowi, gdy opuszczaliśmy parkowe alejki z poczuciem kolejnego spełnionego dnia. Kierując się ku dworcowi zostawialiśmy za sobą miasto pełne uroku, nasycone historią z urzekającą wręcz aurą akademickiego centrum kraju.

autor: Magdalena Drajkowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *