Grecja,  Relacje

Egina: Wyspa pistacją pachnąca

Smak. Zazwyczaj miejsca, które odwiedzam kojarzą mi się z konkretną muzyką,wyjątkowym widokiem, ulotnym zapachem i ze smakiem. Zazwyczaj nie jest to jednak jeden smak, a cała mieszanka. Staram się poznawać kuchnię regionu, w której zawsze odnajduję różne nuty, tony, intensywność. Nie zawsze chcę do nich wracać. Jednak na Eginę wybrałabym się raz jeszcze. Ta grecka wyspa zostanie w mojej pamięci jako cicha przystań z urokliwymi, wąskimi uliczkami i cudownymi, kamienistymi plażami, a przede wszystkim smakiem pistacji. Obłędnym słodko-słonym, gęstym, oblepiającym usta i podniebienie smakiem, pozostającym na dzień, na cały ten jeden dzień towarzyszem spacerów po Eginie.

Zalotne uliczki miasteczka

Nie da się zaprzeczyć, że Egina uwodzi. Miłośnicy wąskich i krętych uliczek znajdą tu ich kilometry. Całe miasteczko łączy sieć uliczek wijących się między niskimi budynkami. Zabudowa jest tak zwarta, że aż trudno złapać orientację. Dość wysokie wieże zegarowe bazyliki Agios Nikolaos nikną w gęstwinie budynków.

Krążymy wokół poddając się niewinnej zabawie w chowanego. Cóż z tego, że miasteczko z nami wygrywa co rusz, gdy w zamian otrzymujemy możliwość odkrywania jego zakątków, gdy co chwila horyzont się przesuwa i tam gdzie zdawało się, że jest już tylko ściana, dostrzegamy kolejny zakręt, kolejną uliczkę. Wreszcie udaje się dotrzeć do bazyliki.

Oryginalna bryła głównie za sprawą wieży zegarowej wyłoniła się nieśmiało, ale od razu w pełnej krasie. Sekrety wnętrza skryła przed nami, pozostawiając tajemnicę niezgłębioną. Nie byłam nawet rozczarowana zamkniętymi drzwiami świątyni. Bez słowa skargi, z przelotnym uśmiechem rzuconym murom świątyni na pożegnanie, wdałam się znów w zabawę z topografią miasta, której ścieżki zawiodły nas tym razem do wieży.

SONY DSC

Wysoka, samotna, odrapana, masywna. Była obietnicą niezwykłej legendy, czy romantycznej baśni. Oczekiwania poniekąd spełniła, gdyż krążą opowieści o tym, że miejsce zamieszkiwał jeden z rewolucjonistów w 1802 roku, inni twierdzą, że to część warownego domostwa z początku XVIII wieku, prawdą jest , że przez dwa lata, między 1826 a 1828 rokiem urzędował tu grecki rząd.

Prawda obdarła z piękna tajemniczości ten powabny budynek. Wolałam myśleć, że stacjonowali tu piraci jak początkowo podpowiadała mi rozbuchana wyobraźnia. Porzucając mrzonki o skarbach, rewolucjonistach i innych romantycznych uniesieniach fantazji nadmiernie podsycanej literaturą spod znaku płaszcza i szpady, skierowałam się w stronę promenady. Od frontu ustawiona do miasta dumnie witała wszystkich schodzących z pokładów promów. Tu przy głównej ulicy, względnie szerokiej można było znaleźć tawerny i restauracje, stragany z pamiątkami i sklepiki takie lokalne, często oferujące wyroby własnej produkcji.

 

Prawdziwy skarb Eginy

Przechadzając się tak w poszukiwaniu sensownego miejsca na obiad mijaliśmy stragany, z którego wielokrotnie nawoływała nas kobieta. Wreszcie się zdecydowaliśmy. W końcu i tak chcieliśmy przywieźć rodzinie najświeższe pistacje na świecie. To teraz już wiecie. Prawdziwym skarbem Eginy są pistacje.

SONY DSC

Widać to już po krótkim spacerze. Każdy niemal dom ma swoje drzewka pistacjowe, a gdy odejść nieco dalej od centrum można zauważyć całe ich rzędy, a jeszcze dalej-całe gaje. Kobieta, która nas zaczepiła z twardym akcentem zapytała skąd jesteśmy. Po usłyszeniu odpowiedzi wolno , dzieląc na sylaby rzekła My – Pro- Du-Ku-Je-My. Sylabizowanie miało raczej ułatwić wypowiedź kobiecie niż nam zrozumienie, ale doceniłam chwyt marketingowy i chwyciłam za łupinę, którą mi podała. Wnętrze kryło orzech o naprawdę zielonym kolorze. To nie mit ani fanaberia producentów lodów, pistacje są zielone. Jednak gdzież tym wszystkim pistacjom importowanym.

Prawdziwe świeże orzechy są pyszne, porównując je do skąpo pakowanych paczuszek dostępnych w polskich supermarketach, świeże pistacje mają w sobie pewną soczystość. Mają pełny smak, pozbawiony nuty goryczy, jaka towarzyszy spożywaniu przesuszonych marketowych orzeszków. W idealnej harmonii łączy się smak słodki i słony.

Kobieta skusiła nas na zakup dużych paczek orzeszków dla rodziny. Jedną zostawiliśmy dla siebie, na czarną godzinę, gdy za oknem zacznie się robić nieprzyjemnie w jesienne wieczory mieliśmy na pociechę ją zjeść. Okazało się, że każda okazja jest dobra. Nie trzeba było jesiennej słoty, by orzeszki zniknęły w przepastnych czeluściach naszych brzuchów zaledwie tydzień po powrocie z Grecji. A dzień był słoneczny wówczas i bezwietrzny.

dsc_6132

Nie była to na szczęście jedyna rzecz jaką zakupiliśmy od pistacjowego producenta. Trzeba powiedzieć, że kobieta umiała sprzedać towar. A jak? No cóż po prostu dając nam spróbować wszystkiego ze swojego straganu. Jako specjalność dla Polaków przedstawiła nam likier z pistacji. Ciemnozielony kolor, konsystencja syropu, przyjemny zapach i daliśmy się skusić. Wielkim znawcą alkoholu nie jestem ani też fanką jednak likier pistacjowy był smaczny. Nie palił jak czysta. Był dość łagodny, więc i jego zabraliśmy ze sobą z Eginy. Wybitnym pomysłem producenta było przygotowanie masła orzechowego. Po degustacji wiedzieliśmy, że obowiązkowo zabieramy ze sobą duży słoik tego rarytasu. Konsystencja specyfiku przypominała dokładnie tradycyjne masło orzechowe, wyczuwalne były delikatne grudki pistacji i miało obłędnie zielony kolor. Skończyło podobnie jak paczka orzeszków. Ale jakież przez to mieliśmy śniadania!

Zupełnie nie trafiło w moje gusta pesto pistacjowe. Zbyt wytrawne i nie miałam pomysłu na jego wykorzystanie w kuchni. Nie mogliśmy się oprzeć natomiast paście pistacjowej. Głównie z uwagi na kolor. Konsystencja klasycznej pasty. Trochę ciągnąca, delikatnie grudkowata i słodka. Ale jak! Po jednej łyżeczce miałam wrażenie, że cukier przewierca mi się przez szkliwo. Mimo tego kupiliśmy mały słoiczek. A co! Szarpnęlismy się 3 EUR. Jak nie zjemy będzie efektowna dekoracja kuchni, bo kolor iście nieziemski.

Gdy już wszystkiego spróbowaliśmy i niemal wszystko kupiliśmy pozostało tylko jedno do spróbowania. Lody! Za dzieciaka uwielbiałam lody o smaku pistacjowym. W jednej z kawiarni Eginy znaleźliśmy lody produkowane na miejscu. Znacie to uczucie, gdy odkrywacie ten prawdziwy smak?

W momencie gdy spróbowałam lodów pistacjowych niemal słyszałam jak rozpada się na kawałki wspomnienie z dzieciństwa. Odkryłam jak naprawdę powinny smakować.

Bogata konsystencja, taka zwarta, mięsista, ciągnąca się z kawałkami orzechów przeczyła gładkiej, skrzypiącej drobiazgami czystego lodu, pozbawionej głębi fakturze deserów lodowych z pistacji, które jadłam aż do tego momentu.
SONY DSC

 

Uwodzicielskie plaże wyspy

Grecja zachwyciła mnie plażami. Nie są to w większości rajskie piaszczyste laguny, a bardziej kamieniarste zatoczki. Jednak każda, bezwzględnie każda grecka plaża wodziła na pokuszenie, a te na Eginie w szczególności, głównie z uwagi na niewielką ilość osób, jakie z nich korzystały. Wędrując bez celu poza ścisłym centrum miasteczka dotarliśmy do cudownych zakątków, a że jest to wyspa, nie było problemem zawędrować nad morze.

Efektowna okazała się plaża Cape Paliopirgos oddalona od centrum miasta, na niewielkim cyplu. Nie miała w sobie nic z klasycznej urody piaszczystych plaż, na których szukać można by bursztynów. Na pierwszy rzut oka wygląda wręcz ubogo. Kilka niewysokich i nędznych dość palm, dwa kontenery na śmieci – taki widok wita z drogi. Nie ma się co zrażać. Idąc dalej odkrywa się płyciznę poznaczoną płaskimi formami skalnymi, po których można się przechadzać nurzając zaledwie stopy. Robiło to fenomenalne wrażenie, choć meandrować trzeba było ostrożnie, zważając na kryjące się w skalnych zagłębieniach jeżowce.

Tym co urzekło mnie najmocniej na tym cyplu, zdawało się zapomnianym przez mieszkańców, turystów i wszystkich starożytnych na Olimpie, był widok. Roztaczał się na otwarte morze i inne wyspy w oddali. Miałam wrażenie jakby czekały na horyzoncie kolejne lądy do odkrycia.

Ogromny wdzięk miała również oddalona o 2 km na północ plaża położona przy niewielkiej latarni morskiej. Już sama droga do tego miejsca była porywająca pod kątem widoków. Nawet się nie zorientowałam jak pokonaliśmy te 2000 metrów. Szliśmy przy drodze wzdłuż brzegu z głowami stałe zwróconymi w lewo , spoglądając na wybrzeże. Droga wznosiła się coraz bardziej ku górze, przez co brzeg wyglądać zaczynał jak klif. Dotarliśmy wreszcie do małego cypla z małą latarnią i małym kościołem. To był przeuroczy zakątek. W dole na niewielkiej plaży kilka osób wypoczywało, pewnie skorzystałabym z wdzięków tego miejsca i dała się porwać kąpieli morskiej, gdyby nie fakt, że już byliśmy po plażingu i mój kostium zapiaszczony i cały mokry spoczywał na dnie plecaka

dsc_6115

Na relaks wybraliśmy plażę w mieście, co dziwne blisko portu. To zaskakujące, bo woda była idealnie czysta, przepięknie lazurowa, po prostu cudowna. Nie wiem w czym tkwi sekret Grecji, ale morze ma tam piękny odcień nawet w najbardziej niepozornych miejscach. Było to najlepsze miejsce do wypoczynku. Po pierwsze była to jedyna piaszczysta plaża, gdzie nie miałam obaw stawiając kolejne kroki. Nie bałam się, że w moją stopę wybije się jeżowiec. Niestety doświadczenie z tymi potworami mam, choć kolce pozostały nie za moim a za Maćka paznokciem, to po egipskich doświadczeniach, po prostu mam się na baczności przed nimi. Po drugie płycizna utrzymywała się bardzo długo. Przez około 50 metrów poziom wody nie sięgał wyżej brzucha, a że zupełnie nie nadaję się na leżenie na plaży, to mogłam z błogością wyleżeć się w wodzie. Gdy odczuwałam już lekki chłód, a opuszki palców przypominać zaczynały rodzynki, wystawiałam się do połowy na prażące słońce. Jednak w nieskończoność tak nie sposób, więc trochę z ociąganiem opuściliśmy tę plażę.

 

Romans na statku

Tego dnia nie chciałam nigdzie się spieszyć. W barbarzyński sposób zignorowałam zabytki wyspy. Nie wypożyczyliśmy skutera, by ze zawieszonym językiem objechać najważniejsze atrakcje. Tym razem chciałam odetchnąć, trochę od gwaru Aten, trochę od brudu i smrodu ateńskich uliczek, które poza centrum usiane są kontenerami na śmieci i towarzyszy im zapach szczyn. Egina była od tego wolna, panował tu spokój, pachniało pistacjami i dobrym jedzeniem. Z pewnym uczuciem niedosytu wracałam na prom do Pireusu, gdzie znów czekała na nas gorączka miasta. Nim jednak zeszliśmy z pokładu odbyliśmy rejs, naprawdę pełen magii i romantyzmu.

dsc_6237

W październiku słońce chowa się dość wcześnie za horyzontem. Opuszczając Eginę o 18 liczyłam na spektakl.I się nie przeliczyłam. Wiatr przyjemnie owiewał twarz, a niebo zaczynało przybierać rdzawy kolor. W przewodnikach możecie przeczytać, że na Eginę z Pireusu dostaniecie się w 40 minut FlyDelphin.

Dla tych, którzy lubią rozkoszować się chwilą i rozpływać się w niej polecam zwykły prom, nie super szybki wodolot. Przeprawa trwa dwa razy dłużej, co oznacza dwa razy więcej czasu na delektowanie się widokami.

Z górnego pokładu można było oglądać oddalające się kształty wysp. Zarysy wydawały się ostrzejsze i bardziej wyraziste w promieniach zachodzącego słońca. Gdy zbliżaliśmy się do portu w Pireusie morze przypominało miasto na wodzie. Coraz gęściej usiane było wielkimi statkami i kontenerowcami, które zaczynały w zapadającym mroku błyszczeć lampkami. Żal było żegnać ten dzień. Wszystko, absolutnie wszystko było tego dnia udane. Pewnie stąd ogromny sentyment do Eginy, do pistacjowej wyspy na Morzu Egejskim.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Egina:Wyspa pistacją pachnąca

4 komentarze

Pozostaw odpowiedź agnieszkatrolese Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *