Relacje,  Wietnam

Ho Chi Minh: Jak odkryłam czym jest prawdziwy sajgon?

Staję i nie wierzę. To absolutnie niemożliwe! Jak oni to robią? – kłębi się z tyłu głowy pierwsze pytanie. Za nim zaraz pojawia się jeszcze groźniejsza myśl: Jak ja to zrobię?! Z podziwem patrzę na Wietnamczyków przechodzących przez tłoczne rondo koło Ben Thanh Market. Nie ma tu świateł. O dziwo wypadków też nie. Na moich oczach żaden z pieszych nie został potrącony. Podejmuję wezwanie. Z duszą na ramieniu i wczepiona ręką w dłoń Maćka wkraczam na jezdnię. Wchłania nas morze skuterów. Omijają nas, nie zwalniając przy tym zanadto. Przechodzimy cali i zdrowi z lekko podniesionym poziomem adrenaliny. Każde kolejne przejście powszednieje. Przywykam do skuterów, do trąbienia, do spalin. Ostatniego dnia pobytu bez stresu przechodzę przez kolejne ciągi komunikacyjne lekko uśmiechając się na widok wmurowanych w chodnik pieszych z wielkimi plecakami, kombinującymi jak dostać się na drugą stronę. Głęboki oddech i wio! – myślę, ale pozostawiam to dla siebie. I tak nie przekrzyczę klaksonów.

Po pobycie w Ho Chi Minh na nowo zdefiniowałam znaczenie porzekadła Ale Sajgon! To nie jest bałagan, to raczej mieszanka. W dziewięciomilionowym mieście to nic dziwnego. Po kilku dniach mogę stwierdzić, że tą metropolią rządzi nawet pewien porządek. Bliżej mi nie znany, ale dostrzegalny. Pomimo tak ogromnej liczby mieszkańców i dodatkowych dziesiątków tysięcy turystów wszystko jakoś w końcu działa.Czemu więc po opuszczeniu lotniskowego busa w Pierwszym Dystrykcie ogarnia człowieka poczucie, że właśnie przeskoczył niczym Alicja na drugą stronę lustra?

dsc_5147

Po pierwsze: Wszechobecny ruch

Człowiek trafia w środek epicentrum ruchu. Dystrykt Pierwszy w Sajgonie to centrum głównie turystyczne. Jest tu tłoczno. Ściśnięte budynki, wąskie uliczki,pękające w szwach targi i hordy przyjezdnych przeplatające się z lokalsami to może skołować. Przede wszystkim uderza jednak ruch uliczny. Samochód ciężko tu dostrzec. Przeważają skutery. Małe, zwinne i poobijane lepiej radzą sobie w tym tumulcie niż auta. Mają też mniej drogiej karoserii, której nie sposób tu nie zniszczyć. Zadziwiają na drogach, ale najbardziej na parkingu. Wyobraźcie sobie cały parking wypełniony skuterami…jeden przy drugim. Sajgon tętni życiem bez względu na porę dnia i nocy. A życie dyktują powolne kroki mnichów, żwawe tempo turystów z mapami, czy nieustannie przemieszczające się skutery.

dsc_5087

Po drugie: Życie przy ulicy

Wietnamczycy żyją przy ulicy i to prawie dosłownie. Chodniki są niezwykle wąskie, za to jezdnie szerokie. Ciężko tu przejść, łatwiej przejechać. Podział na jezdnię i chodnik jest raczej symboliczny. Umownie pośrodku ciągu komunikacyjnego przemieszczają się pojazdy, bokami chodzą piesi. Przechodząc tymi bokami zagląda się do sklepów, czego można niemal nie zauważyć mijając przechodniów. W bocznych uliczkach sprawa wygląda podobnie. Różnica polega na tym, że można komuś wejść do domu albo zakładu pracy. Przechadzając się uliczkami można zaobserwować dzieci, młodych rodziców i starców przesiadujących w ubraniach przypominających piżamy na progu swoich domów, których drzwi, czasem przypominające rolety, otwarte są na oścież. Dzieci przy ulicy bawią się i grają w przerwach lekcyjnych, przy ulicy można zjeść, kupić pamiątki, zapisać się na masaż, a nawet postawić sobie bańki na plecach. Dość nieśmiała natura Wietnamczyków, przynajmniej z mojej perspektywy, nie pasuje trochę do tego obrazu życia przy ulicy. Pomyślałam, że powodem może być trudność wytrzymania w domach. Fasady budynków prezentują się żałośnie, jeśli wnętrza przedstawiają ten sam poziom to dla mnie sytuacja staje się jasna.

SONY DSC

Po trzecie: Dżungla kabli

Przewody elektryczne przerzucone są nad, wzdłuż, na skos i w wielu innych konfiguracjach nad ulicami i chodnikami. Tak właśnie nad ziemią. To wpływa na poczucie chaosu u wszystkich przybyszów z innych stron świata, gdzie przewody od dawien dawna wkopywane są w ziemię. Jednak jest to inwestycja droższa niż pociągnięcie przewodów nad głowami obywateli i wymaga inwentaryzacji, czyli za dużo pieniędzy i za dużo zachodu. Dlatego kable w Sajgonie tworzą gęstą sieć, w której nie sposób się połapać nawet pracownikom służb energetycznych.

dsc_5750

Naprawa splątanych i prowadzących donikąd kabli jest jednak łatwa. Nie opiera się bowiem na poszukiwaniu przyczyny awarii. Jest to chyba niemożliwe, gdy na jednym słupie podczepione są bez ładu kable energetyczne i telekomunikacyjne, prawdziwa zmora i zgroza dla europejskiego inżyniera. Naprawa polega na dorzuceniu do tej plątaniny kolejnej nitki. Tak po prostu. Jedną z takich interwencji podglądaliśmy podczas popołudniowego powrotu do hotelu. Jeden z pracowników wszedł na bambusową drabinkę, która alarmująco skrzypiała. Podtrzymywały ją jedynie dwie pary dłoni towarzyszy niedoli, którzy przesuwali to wątpliwe stanowisko pracy razem z naprawiającym, zależnie od potrzeb trochę w prawo, parę kroków w lewo. Zasady BHP stanowiły dla całej trójki zbiór legend i baśni. Pomijam już fakt braku odzieży roboczej, ale ze znanych mi zasad drabina służy dotarciu do miejsca roboczego a nie jako stanowisko pracy! Ale jakoś to działa wszystko, więc nic mi do tego.

DSC_6194.JPG

Po czwarte: Piekielna pogoda

Sajgon leży na południu Wietnamu w związku z czym łapie się do klimatycznej strefy monsunowej równikowej. Prawdziwe tropiki panują tu całym rokiem. Niewielkie ochłodzenie można ponoć poczuć od listopada do stycznia. Przy 30 stopniach na plusie w grudniu nie odczułam tego ochłodzenia, choć wielu Wietnamczyków chodziło w długich spodniach, a niektórzy nawet w kurtkach jeansowych. Od grudnia do kwietnia panuje tu pora sucha. Nie jest to jednak susza powodującą spękanie gleby. Zdarzyły nam się dwa epizody deszczowe. Trwały co prawda kilka chwil. Śmiało mogę stwierdzić, że jak na suchą porę to odczuwałam i tak nadmiar wilgoci w powietrzu. Koło południa trzeba było się kryć w klimatyzowanych pomieszczeniach, bo klimat dawał się we znaki.

 

Po piąte: extremalne jedzenie

Czujesz?– pytam Maćka, gdy wchodzimy do hotelowej restauracji. Tak w Wietnamie mogliśmy pozwoli sobie na nocleg w 4-gwiazdkowym hotelu ze śniadaniami, gdyż: a. jest tam tanio, b. wybraliśmy się tam w podróż poślubną, c. no czasem na luksus można sobie pozwolić – Pachnie rosołem.

Okazało się, że kluseczki z bulionem z nerek są całkiem normalnym posiłkiem na śniadanie. Nie przekonały mnie. Nie żebym nie próbowała. Mój europejski żołądek się po prostu zbuntował. Uspokoił się dopiero po omlecie, który jedliśmy tylko my. Przemiła obsługa widząc konsterncję na naszych twarzach zaproponowała nam właśnie bliższe naszym sercom i brzuchom potrawy jajeczne. Obiady jedliśmy na mieście lub bardziej na ulicy. Pierożki i prawdopodobnie warzywa w tempurze były jak loteria. Na pięć tajemniczych kuleczek dwie w porywach do trzech były zjadliwe. Reszta była niesmaczna lub ohydna. Pragnąc skosztować normalności udaliśmy się do KFC. Czarny prawie kurczak i ryż zamiast frytek skłoniły nas do kapitulacji. Nie ma szans na nic względnie zbliżonego naszym kubkom smakowym.

SONY DSC

Skoro nie było to postanowiliśmy nie walczyć. Ruszyliśmy wprost w wir gastronomicznego szaleństwa. W sobotę na skwerze przy Ben Than Market późnym wieczorem uczestniczyliśmy w prawdziwej fieście. Były tańczące pierwszoklasistki tańczące w synchronicznym układzie, był wielki artysta, był ring ze sztukami walki, a był i olbrzymi wybór jedzenia. Skosztowaliśmy ślimaków. Lekko pikantne, obsmażone, gumiaste i z wyraźną nutą szlamu. Nie w moim guście. Na dokładkę wzięliśmy ośmiornicę. Gryzłam, męłłam i za żadne skarby nie dało się skonsumować.

SONY DSC

Ogromnym rozczarowaniem były sajgonki. W Sajgonie no obowiązkowe. Nie pomógł nawet kufelek na odwagę. Jakież to było okropne! Odkryłam, że nie lubię kolendry. To najgorsze na świecie, gdy dowiadujesz się w tej właśnie chwili, że czegoś organicznie nie cierpisz, a masz przed sobą pełen talerz z zwiniętą bombą smakową w cieście. Ohydniejszy był tylko japoński przysmak. Natrafiliśmy na niego w galerii handlowej. Piękny wymuskany deser wodził na pokuszenie. Za idealnie czystą szklaną ladą leżały okrągłe poduszeczki. Niektóre były przekrojone, by ukazać wnętrze. Zdawało się, że jest to ogromna pralina nadziana aksamitną czekoladą ż pusztysta do pianka w środku. Gdzież tam! Był to ohydny glut i do tego drogi. Pralina okazała się galaretowatym ciałem trzęsącym się z oślizgłą powłoczką, płynnym, lekko żelatynowyn środkiem i nadzieniem z serka. Serio? Serek biały w deserze? No nie! Na pudle wśród ohydztw wietnamskich znalazł się też owoc Duriana, ale o tym już było we wcześniejszym wpisie z Vung Tau.

Przypadło mi do gustu różowe Pomelo. Smoczy owoc, którym tak wielu się zachwyca jest dla mnie trochę bez wyrazu. Konsystencja jak kiwi, miąższ jak kiwi , tylko biały, za to mniej kwaśny, ba! mdły. Szczerym uczuciem zapałałam do napoju z trzciny. Był idealny na tę porę, zaś tak popularna woda z kokosa jest znośna, ale dużo efektowniej wygląda niż smakuje.

Dla mojego podniebienia kuchnia wietnamska okazała się prawdziwym sajgonem. Chaos całkowiecie opracowujący kubki smakowe w połaczeniu z całkowitą zmianą jadłospisu i przyzwyczajeń żywieniowych okazał się rewolucyjnych przeżyciem. Nie powiem jednak bym tęskniła, no może za herbatą jaśminową i cudownie aksamitnym sernikiem z marakuji. Do tych smaków mogłabym wrócić.

Po szóste: Boże Narodzenie w upale

Szokującym dozniem był dla mnie wygląd Sajgonu, który właśnie stroił się w na Boże Narodzenie. W pełne słońca, parne dni właściciele sklepów, hoteli, wszyscy, którzy zaczynali czuć świąteczny nastrój stoili swój kawałek miasta. Efekt momentami był komiczny, aczkolwiek starania o zaaranżowanie w tropikach zimy wzbudzało we mnie poniekąd wzruszenie. Bo jak tu imitować śnieg? W ruch poszła wata i styropian, ba! znaleźli się i amatorzy folii aluminiowej. Taki śnieg to utrzyma się i miesiąc. Mało tego zawitał  tam też Mikołaj. To był najchudszy Mikołaj jakiego widziałam. Niestety zapomniał wkładanego brzucha, a na widok brody przypomniał mi się Mikołaja z przedszkoli. Nie dziwilo mnie, że na niejednym zdjęciu z takim smutnym Gwaizdorem płaczę. Ku mojemu zdumieniu dzieciaki w Sajgonie były zachwycone.

dsc_5699

Status Bożego Narodzenia jest niezwykle ważny w Wietnamie, co jest zaskakujące, gdyż chrześcijaństwo jest tu religią mniejszości. W kraju, gdzie dominuje buddyzm Boże Narodzenie to święto jednodniowe. Tak naprawdę ucztuje się tylko 24 grudnia. Gdy my w Polsce zasiadamy do stołów z rodzinami w pierwszy i drugi dzień świąt, w Wietnamie wszystko wraca do normy, mieszkańcy idą o pracy, dzieci do szkoły, a sznur skuterów i uliczny tłum gęstnieje jak co dnia.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Ho Chi Minh: Jak odkryłam czym jest prawdziwy sajgon?

0 Komentarzy

Pozostaw odpowiedź Patrycja Jaskot Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *