Hongkong,  Relacje

Hongkong Disneyland: W krainie dziecięcych marzeń

Pamiętam dokładnie wieczór letni w drodze z Soczewki do Płocka. Miałam osiem, może dziewięć lat. Wracaliśmy z peerelowskiej „daczy”, czyli z domku letniskowego na jednym z zakładowych obiektów rekreacyjnych w lesie pod miastem. Pamiętam, że stanęliśmy przed torami i chwilę to trwało nim znów wsiedliśmy do auta. Przez te kilka chwil widziałam z daleka podświetloną katedrę płocką i byłam głęboko przekonana, że tak na pewno wygląda Disneyland. Teraz mogę stwierdzić, że tak nie jest. Disneyowski park rozrywki w Hongkongu wygląda tysiąc razy lepiej. Byłam, zwiedziłam, wybawiłam się. Niby dla dzieci, niby brak atrakcji z mocną dawką adrenaliny…nic podobnego!

SONY DSC

Plan doskonały

Disneyland w Hongkongu zajmuje około 27 hektarów i to po prostu czuć w nogach. Gdy w emocjach biega się od jednej do drugiej, a od drugiej do kolejnej i następnej i następnej atrakcji, to pod koniec dnia nogi muszą dać o sobie znać. Oczywiście można jak cywilizowany człowiek ze spokojem podejść do tematu, ale byłam tak podekscytowana i spragniona obejrzenia każdej atrakcji, że przemieszczałam się z Maćkiem między kolejnymi błyskawicznie.

Hongkoński park rozrywki powstał na terenach rekultywowanych zatoki Penny Bay w na wyspie Lantau. Disneyland otwarto tu 12 września 2005 roku. Do tej pory teren zatoki nie był najlepiej zagospodarowany, znajdowała się tu jedynie stocznia. Park rozrywki miał nie tylko zapełnić pustą przestrzeń, ale też ożywić ruch turystyczny, który po epidemii SARS w 2003 roku znacznie osłabł. Od decyzji do otwarcia minęły zaledwie dwa lata! To naprawdę rekordowy czas budowy, tym bardziej, że brano tu pod uwagę zasady feng shui. W chwili otwarcia park rozrywki składał się z czterech klasycznych krain. Dziś jest ich prawie dwa razy więcej.

SONY DSC

Nie są to po prostu krainy z baśni, są to perfekcyjnie dopracowane światy tematyczne. W każdym z nich można się zanurzyć i poczuć jego fantastyczny klimat. Jak przystało na krainy cudów nie można tak po prostu do nich dojechać. Ze stacji metra o wdzięcznej nazwie „Sunny Bay” zabrała nas specjalną kolejka. Wagony miały okna w kształcie głowy Myszki Miki, a w środku można było popatrzeć na figurki baśniowych postaci. Podróż kończy się na efektownym dworcu, stylizowanym na dawne stacje kolejowe. Stąd tylko kilka kroków do pierwszej krainy Disneya.

Main Street U.S.A.

Jest to pierwsza kraina Disneya i w większości Disneylandów na całym świecie jest tuż przy wejściu do parku. Odzwierciedla główną ulicę, ale nie konkretnego miasta.

Dla mnie był to wzór najpiękniejszej ulicy głównej, jaka mogłaby istnieć w rzeczywistości.

Szeroki chodnik z dwóch stron otaczają idealnie dopracowane budynki. Różnią się wielkością, bryłą, kolorystyką elewacji, ale wszystkie zachowane są w tym samym stylu. We wnętrzach kryją się przede wszystkim sklepy, głównie z pamiątkami.

SONY DSC

Ale jakimi?! Spokojnie można tam zostawić majątek. Musiałam, po prostu musiałam kupić czapkę Goofiego, a do tego przeurocze kubki. Resztkami siły woli powstrzymałam się od innych zakupów. Ceny nie są niskie. W końcu wyszliśmy i ruszyliśmy dalej. Musieliśmy chwilę odczekać nim inne krainy uruchomiono. W tym czasie odbyło się uroczyste przecięcie wstęgi przez dwie małe dziewczynki, a potem…potem tłum ruszył. My odbiliśmy w lewo. Znaleźliśmy się w świecie prawdziwej przygody.

Adventureland

Należy do grupy pierwszych, klasycznych krain, które znajdują się we wszystkich parkach Disneya. To świat należący do dżungli. W Hongkongu znajduje się największa taka kraina ze wszystkich istniejących na świecie Disneylandów. Nie dziwi mnie to zupełnie, ponieważ problemów z roślinnością rodem z dżungli tu nie ma, a to właśnie dzikie zakątki dżungli, nietknięte cywilizacją mają odkrywać  odwiedzający w Adventureland. Wybraliśmy się na przeprawę łódką – Jungle River Cruise.

20170313_104136

Mijaliśmy słonie, hipopotamy, a nawet przyłapaliśmy rodzinę niedźwiedzi, buszującą w obozowisku jakiś eksploratorów dżungli. Były też manewry między skałami i ziejący z demonicznych otworów w skałach ogień. Szczęśliwie dotarliśmy do celu, by zgłębiać dalsze ostępy krainy przygód.

Już po kilku krokach trafiliśmy w kręg tajemniczych totemów – Liki Tikis.

Po chwili zaczęła buchać z totemów para, a miałam też wrażenie, że słyszę świst latających strzałek. Uciekliśmy przed siebie, by po chwili znaleźć się w krainie przyszłości.

Tomorrowland

Należy do pierwszych krain Diesneya i występuje we wszystkich jego parkach rozrywki na całym świecie. Oczywiście różnią się one między sobą, ale mają wspólną wizję. Tworzone są bowiem z myślą o ukazaniu optymistycznej przyszłości. Walt Disney znany był za swoich poglądów na przyszłość, które znalazły odzwierciedlenie właśnie w Tomorrowlandzie.

Pierwsza atrakcja – Orbition, którą odwiedziliśmy w tej krainie była dość klasyczna. Wsiedliśmy do pojazdów kosmicznych na długich ramionach, które nieśpiesznie przesuwały się do przodu. Maciek regulował wysokość, by uatrakcyjnić przejażdżkę. Nie przyprawia o wysoki poziom adrenaliny, ale przyjemny powiew wiatru we włosach czuć.

SONY DSC

Prawdziwie nieoczekiwaną atrakcją okazała się Space Mountain. Kosmiczna góra to super szybki rollercoaster w ciemnościach! Z uwagi na popularność ostatniej części Gwiezdnych Wojen motyw przewodni atrakcji był właśnie z nią związany. Nie spodziewałam się takiego pędu!

Wyjechaliśmy w zupełnie ciemności, a po chwili byliśmy już w dzikim pędzie uciekając przed nawałnicą pocisków laserowych i osiągając prędkość światła. Tempo jazdy było tak duże, że niemal uwierzyłam w to, że znajdujemy się w przestrzeni kosmicznej i Han Solo wrzucił hiperszybki napęd.

W Tomorrowlandzie mieliśmy też okazję uratować Hongkong przed Hydrą. Oczywiście z pomocą Tony’ego Starka w Iron Man Experience. To symulator, w którym ma się wyrażenie uczestniczenia w walce o miasto. Naprawdę! Osadzone na platformie fotele poruszają się dokładnie tak jak wymaga tego fabuła tej niezwykłej przygody. Wobec tego: owszem czułam, że ruszam właśnie do startu, że spadam z wieżowca, że w mój pojazd strzelił mechaniczny stwór.Poczułam się jak prawdziwy pomocnik Iron Mana.

SONY DSC

Walczyliśmy też z potworami w Buzz Lightyear Astro Blaster. Wsiedliśmy do kosmicznego pojazdu i co chwila strzelaliśmy do potworów. Maciek wygrywał aż tu przy samej mecie… bach!…Nie mam pojęcia co ustrzeliłam, ale było warte 2mln punktów! Ooo yeah! Ruszyliśmy wreszcie do ostatniej tradycyjnej krainy Disneya, prawdziwej krainy baśni i fantazji.

Fantasyland

Jest ostatnią z klasycznych krain Disneyowskich. Najważniejszą jego część według mnie stanowi zamek. Sleeping Beauty Castle w każdym Disneylandzie właśnie w Fantasylandzie można znaleźć charakterystyczny pałac widniejący na początku każdego filmu z wytwórni Disneya.

SONY DSC

Jego wygląd inspirowany jest architekturą austriackiego zamku Neuschwanstein. Musiałam mieć z nim zdjęcie. Skoro już napatrzyłam się na wymarzony pałac, ruszyliśmy dalej.

Fantasyland ma najspokojniejsze atrakcje ze wszystkich krain i największe nagromadzenie księżniczek poniżej 120cm.

Po raz pierwszy przejechałam się tu najbardziej klasyczną karuzelą – Cinderella Carousel – z pięknie pomalowanymi końmi. Dałam się też oczarować baśniowemu ogrodowi – Fantasy Gardens, gdzie między równo przyciętymi żywopłotami ukryte były sceny z najpiękniejszych „księżniczkowych” opowieści. W zaułkach można było odkryć także najbardziej malownicze zamki, między innymi Arielki z Małej Syrenki, Belli z Pięknej i Bestii.

Najbardziej niezwykły w tej części parku rozrywki był pokaz. Nie wiem czy odbywa się raz dziennie, czy też kilka. W pewnym momencie zobaczyliśmy biegnące w jednym kierunku dzieci, za nimi truchtali rodzice, a ich tempo wkrótce zamieniło się w pęd. No to musieliśmy sprawdzić o co chodzi. Poszliśmy początkowo wolno, by po chwili truchtać, a po dwóch minutach biec. Uwierzcie warto! Trafiliśmy bowiem na pokaz, w którym aktorzy przebrani za postacie Disneya śpiewali najpopularniejsze utwory z baśni. Wszytko było przygotowane i dopracowane perfekcyjnie. Na mnie zrobiło ogromne wrażenie. Show trwało 30 minut, a chciałam by nigdy się nie kończyło. Scenografia i kostiumy świetnie dopracowane wraz z tańcem i śpiewem tworzyły malowniczy spektakl, którego dopełnieniem była opowieść o zagubionym Olafie. Tak, tym bałwanku z Krainy Lodu. Miki i Goofie pomagali mu odnaleźć jego baśń, odsłaniając kolejne karty z opowieściami, a każda z nich była kolejną sceną i mini występem. Wyszłam urzeczona.

20170313_163650

W zdecydowanie bardziej humorystycznym tonie był inny show – Mickey’s PhilharMagic. Kaczor Donald był jego główną postacią. Fabuła filmu opierała się na przygotowaniach Myszki Miki do dyrygowania wielką orkiestrą instrumentów, rodem z Ucznia Czarnoksiężnika, krótkiego filmu Disneya z 1940 roku. Podczas show można zobaczyć jak do tego występu wdziera się chaos, spowodowany utratą kapelusza czarnoksiężnika przez Kaczora Donalda.

Wpadłam razem z pierzastym fajtłapą w wir przedziwnych przypadków, w których uczestniczyli też inni bohaterowie Disneya.

Najfajniejsze było to, że w trakcie całego filmu nagranego w technologii 3D towarzyszyły mi zapachy, podmuchy wiatru, czy delikatne krople wody zgrane idealnie z fabułą.

Przyjemną atrakcją w Fantasylandzie, choć wybitnie dziecięcą jest „it’s a small world”, czyli powolny rejs łódką po małym świecie.

SONY DSC

Przepływając z jednego do drugiego kontynentu odkrywać można po kolei Azję, Europę, Bliski Wschód, obie Ameryki, Australię, a nawet podwodny świat. Ten mały świat ukryty jest w niezwykłym miejscu, który przypomina z zewnątrz domek z kart rodem z Alicji w Krainie Czarów. Ten niezwykły klimat utrzymuje się także w magicznym punkcie.

Mystic Point

Ta kraina należy do nowych obszarów tematycznych Disneylandu w Hongkongu i działa od 2013 roku. Kraina jest jeszcze niewielka, a jej główną atrakcję stanowi Mystic Manor. Mój faworyt! Zrezygnowałam ze zdjęcia z Myszką Miki, żeby jeszcze raz odbyć podróż po tym magicznym świecie. A magii jest tam bez liku, dzięki zastosowaniu najnowszych technologii.

SONY DSC

Budynek przypomina wystawny dom angielskiego arystokraty-odkrywcy, który gromadzi niezwykłe przedmioty z podróży. Już z zewnątrz budynek prezentuje się obiecująco. Wnętrze to prawdziwy rarytas!

Wyprawa rozpoczyna się niewinnie. Weszliśmy do pokoju, gdzie stary Lord Mystic opowiedział o swojej wyprawie i pewnej niezwykłej skrzynce.

W trakcie tej opowieści poznaliśmy też małpkę o imieniu Albert, która była towarzyszem wyprawy lorda. W pewnym momencie opowieść się urwała i musieliśmy przejść korytarzami do wygodnych, stylowych wagoników. Gdy ruszyły, zaczęła się prawdziwa magia. W pierwszym pokoju urwana opowieść została podjęta na nowo. Oto bowiem nieposłuszna małpka dotknęła magicznej skrzyni i wywołała lawinę zdarzeń. Przedmioty w Mystic Manor ożyły. Naprawdę! Ruszające się zbroje, ogromna rosiczka, walka postaci namalowanych na wazie…cudów było naprawdę wiele, a ja mogłam je podziwiać z bliska, ba! uczestniczyć w nich niemal. Myślę, że i po dziesiątym razie by mi się nie znudziła. Równie atrakcyjny był dla mnie świat niedźwiedzi.

Grizzly Gunch

Jest to jedna z nowych krain Disneya, a właściwie niewielka część Frontierlandu, który w innych parkach prezentuje się okazalej. Dla mnie w zupełności wystarczyła kolejka górska Big Grizzly Mountain Runaway Mine Cars. Tę atrakcję też powtórzyliśmy dwa razy. Wagonik osiąga dużą szybkość, wjeżdża w zakręty, podjeżdża powoli pod górę, by za chwilę z pełną prędkością ruszyć w tył. Bawiliśmy się naprawdę niesamowicie.

SONY DSC

Cały obszar jest stworzony w klimacie górskim z nutą kopalnianych wrażeń. Jest saloon, jest areszt i armatki wodne, na które strzelałam się z Maćkiem, a także ściana z poszukiwanymi – Wild West Photo Fun. Są też imitacje gejzerów – Geyser Gulch. Ta część ma ogromny potencjał i mam nadzieję, że będzie on jeszcze wykorzystany. Równie niezagospodarowany jest świat zabawek z Toy Story.

Toy Story Land

Stanowi jedną z nowszych krain tematycznych w Disneylandach i w Hongkongu działa od 2011 roku, a już znalazła się tam najstraszniejsza w całym parku rozrywki atrakcja. Przynajmniej dla mnie. RC Race , czyli olbrzymia wyścigówka, która jeździe raz w przód, raz w tył po półkolistym, pionowym torze.

20170313_132239

Im wyżej wyjeżdżałam, tym bardziej zaciskałam ręce na poręczach. Momenty bezwładności były najgorsze. To uczucie, gdy nie panuje się nad własnym ciałem jest okropne. Dla ukojenia moich nerwów udaliśmy się na najnudniejszą atrakcję. Slinky Dog Spin to najbardziej klasyczna karuzela, kręcąca się powolutku i delikatnie opadająca, to znów podnosząca się ku górze. Jej atutem był tak naprawdę wygląd, świetnie imitujący jamnika-zabawkę z filmu animowanego Toy Story.

Nie zdążyliśmy przejechać się ciuchcią wokół parku. Nie zrobiłam sobie zdjęcia z Myszką Miki. Nie załapałam się na żadną fotografię z księżniczką Disneya. Za mało czasu! To tylko pretekst, żeby wrócić jeszcze raz do Disneylandu, a na całym świecie jest ich sześć – w tym 3 w Azji! Nie sądziłam, że tak trudno będzie mi opuścić tę radosną krainę, a jednak gdy powoli zaczynali zamykać poszczególne atrakcje to poczułam ukłucie smutku. Jak to już? Teraz? Chcę jeszcze?! Nie było zmiłuj i pokornie udałam się do wyjścia, by wyjechać z krainy baśni. Na szczęście czekał do odkrycia cały Hongkong, więc szybko się pozbierałam.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Hongkong Disneyland: W krainie dziecięcych marzeń 

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *