Hongkong,  Relacje

Hongkong – duchowe oblicze miasta

Sięgające nieba nowoczesne wieżowce w Hongkongu kładą się cieniem na zabytki tego miasta, z których wiele stanowią dawne świątynie. To w nich kryje się duchowe oblicze tego miasta z całą gamą cieni i półtonów, tworzących niezwykłą mozaikę, mozaikę, w której przez nowoczesną tkankę jednej z największych metropolii świata przebija dym kadzideł z buddyjskich świątyń.

Man Mo Temple

Wnętrze ukryte było w półmroku, rozświetlonym delikatnie przez drobne płomienie świec. Stałam w środku przebijając wzrokiem warstwy dymu unoszącego się nad modlitwami wiernych, którzy przyszli tu złożyć obietnice czy też prośbę. Świątynia Man Mo stanowi bowiem hołd złożony bogu literatury (Man) oraz bogu wojny (Mo), ponoć szczególnie czczonym przez ambitnych studentów pragnących odnieść sukcesy w tzw. cywilnych egzaminach imperialnych Chin. Ich poziom jest szczególnie rygorystyczny, ponieważ mają na celu znalezienie najlepszych urzędników administracyjnych dla państwa. 

Świątynia została wybudowana w 1847 roku i mam wrażenie, że niewiele zmieniła się od tamtego momentu, mało tego – w otoczeniu współczesnego miasta wydaje się jeszcze starsza. Gdyby ktoś mi powiedział, że pamięta czasy piratów, to z pewnością stojąc pod ogromnymi kadzidłami we wnętrzu bym uwierzyła. Budynek został w 1908 roku powierzony Grupie SzpitaliTung Wah (największej i najstarszej w Hongkongu organizacji charytatywnej). Od 2009 roku świątynia uznana jest za budynek zabytkowy I klasy i wprowadzona została na listę Declared Monument, na której znajdują się historyczne miejsca chronione jakotzw. Deklarowane Pomniki.

Cmentarz na wzgórzu Po Fook i klasztor Dziesięciu Tysięcy Buddów

Nie śpieszyliśmy się tego dnia. Nad Hongkongiem zawisły ołowiane chmury i zaczął mżyć deszcz, co przy dusznym i parnym powietrzu sprawiło, że nie było mi zimno. Jednocześnie nie chciałam moknąć, więc założyłam kurtkę przeciwdeszczową czując jak z każdym krokiem robi mi się gorąco. Postanowiliśmy nie przejmować się szczególnie tą wybredną pogodą i odwiedzić jedno z najbardziej niezwykłych miejsc miasta – klasztor Dziesięciu Tysięcy Buddów. Nazwa jest tu wyjątkowo myląca, ponieważ ani żaden to klasztor (obiekt nie zamieszkują mnisi, a o jego utrzymanie dbają świeckie osoby), ani nie ma w nim 10 000 Buddów (jest ich 13 tys.!)

Unikatowy charakter miejsca można odkryć zanim się do niego dotrze, ponieważ drogi prowadzącej do klasztoru strzegą pozłacane posągi Buddów. Pokonując wolno 431 schodów, prowadzących na górę, można obejrzeć dokładnie każdy z nich – postacie znajdują się w innych pozycjach i mają inny wyraz twarzy. Klasztor pochodzi z połowy XX wieku. Jego budowa rozpoczęła się w 1951 roku i zakończyła 6 lat później. Prowadzona była pod okiem czcigodnego Yueta Kai, który przybył tu z Chin kontynentalnych, aby nawracać ludność na naukę buddyzmu. Jego ciało po śmierci pozostało ponoć nienaruszone i znajduje się na terenie kompleksu.

Wracając z klasztoru Dziesięciu Tysięcy Buddów zaintrygował nas zespół budynków układających się piętrowo na zboczu wzgórza Po Fook. Dopiero po przejściu bramy i zagłębieniu się w ciasne alejki zobaczyliśmy, że jest to cmentarz. W potężnych blokach skalnych wykute są nisze na prochy zmarłych. Jest to ponoć cmentarz „specjalny”, gdzie płaci się niebagatelne kwoty za możliwość złożenia bliskich, bo od 5000 do 80 000 USD. Nie wiem czy we wszystkich odmianach buddyzmu jest to zwyczajem, ale na cmentarz Po Fook bliscy odwiedzający swoich zmarłych zabierali ze sobą jedzenie. Być może  to właśnie powoduje, że na cmentarzu widzieliśmy małpy na dachach. 

Na samą górę wzgórza można wjechać bezpłatną kolejką jednak meandrowanie między „uliczkami” tego miasta zmarłych dostarcza dużo więcej doznań, natomiast widok z samej góry na okolicę jest z jednej strony imponujący, ale też niepokojący.

Widok z najwyższego poziomu cmentarza

Tsuen Wan Chinese Permanent Cemetery

Czułam się trochę przytłoczona, ale wśród emocji dominowało zdecydowanie zdziwienie. Cmentarz Tsuen Wan Chinese Permanent – istniejący od 1941 roku – jest olbrzymi, zdecydowanie większy niż mi się wydawało. Wrażenie potęgują piętrowo układające się tarasy z nagrobkami oraz kolumbriami, czyli budowalmi cmentarnymi z niszami, w których chowa się prochy zmałych. Otoczony jest z jednej strony przez wysokie wzniesienie i nowoczesne osiedla wieżowców, z drugiej zaś przez zatokę.

Z najwyższego punktu można odnieść wrażenie jakby oglądało się upiorny amfiteatr z jedną jedyną sztuką do wystawienia. Miejsce to faktycznie było scenerią dla sztuk, a konkretnie obrazów filmowych. Nagrywano tu sceny między innymi do „Dragon: The Bruce Lee Story“ (1993, reż. Rob Cohen); „Contagion“ (2011, reż. Steven Soderbergh); „Ghost in the Shell“ (2017, reż. Rupert Sanders). Panująca tu osobliwa atmosfera ma w sobie nieco z surrealizmu – niby te tysiące grobów są na wyciągnięcie ręki, ale aż trudno uwierzyć w ich liczbę oraz całą architektuę tego miejsca. 

Zdaje się, że ten piętrowy układ podyktowany jest nie tylko uwarunkowaniem terenu, ale także problemami natury społecznej i urbanistycznej. Hongkong jest jednym z najgęściej zaludnionych miast świata. Przekłada się to nie tylko na niewielką przestrzeń do życia, ale i niewiele miejsca na prochy po śmierci. W 2010 roku proponowano rozwiązać problem przeciążenia cmentarzy nową koncepcją pochówku na morzu. Projekt koncepcyjny budynku obejmował pływające kolumbaria, gdzie można będzie chować zmarłych. Podczas naszego pobytu w Hongkongu nie widziałam takiego rozwiązania, co nie oznacza, że nie jest w trakcie realizacji, choć równie dobrze mogła być to tylko chwilowa „nowinka“.

Faktem jest, że przebywając tu można poczuć dreszcze przebiegające po plecach, ponieważ monumentalizm tego miejsca jest niemal niespotykany.

The Tin Hau Temple Complex

Zwisające z sufitu lampiony w kształcie kwiatów mnie hipnotyzowały. Przyczepione do nig długie czerwone karteczki z chińskimi znakami powiewały bardzo delikatnie w rytm ludzkich oddechów, przemykających po wnętrzu w takt modlitw. Znajdowaliśmy się w jednej ze świątyń The Tin Hau Temple Complex znajdującego się w dzielnicy Yau Ma Tei. W tym miejscu pierwotnie wzniesiona została światynia w 1864 roku, jednak obecny kompleks nie posiada już tej oryginalnej budowli, która została przeniesiona. 

Miejsce nie imponuje wyglądem z zewnątrz, nie jest też położona w malowniczym otoczeniu i właściwie zdecydowaliśmy się odwiedzić przez przypadek. Jednak po wejściu do wnętrza od razu poczułam niesamowity klimat, w którym świetlistość lampionów współgrała z tajemniczym półmrokiem. Zupełnie nie umiem zdefiniować czemu akurat ta zapadła mi najbardziej w pamięć. Może przez ruch, obceność wieu osób nadawała temu wnętrzu bardziej autentycznego charakteru, świątynia przestawała być tylko miejscem zabytkowym, była żywą przestrzenią kultu religijnego, pulsującą zróżnicowanym tętnem.

Klasztor Po Lin na wyspie Lantau

Po pokonaniu drogi pełnej serpentyn wreszcie mały autobus stanął. Czułam rozczarowanie, gdy okazało się, że podniebna kolejka do klasztoru Po Lin na wyspie Lantau jest remontowana. Czekała nas ponad godzinna podróż lądem po krętych drogach i na samą myśl czułam się nieszczególnie dobrze. Praktyka potwierdziła przeczucia, po opuszczeniu busa byliśmy niemal tak zieloni jak okolica klasztoru. Na szczęście bajeczne otoczenie zrekompensowało tę koszmarną drogę.

Staliśmy przy buddyjskim klasztorze Po Lin, położonym malowniczo na wzniesieniu Ngong Ping, dzięki czemu widoki, jakie mogliśmy podziwiać na długo zapadły nam w pamięć. Klasztor utworzono w 1906 roku, a jego założycielami byli trzej mnisi przybywający tu z prowincji Jingsau. Z czasem stał on się miejscem kultu i pielgrzymek wielu praktykujących buddyzm z całego Hongkongu, a nawet z Chin. W przeciwieństwie do klasztoru Dziecięciu Tysięcy Buddów w klasztorze Po Lin żyją i praktykują nauki Buddy mnisi. Do najciekawszych elementów architektonicznych kompleksu należy sala główna z trzema wielkimi posągami Buddy, a także dzwonnica, sala medytacji, sala jadalna. Wszystkie budynki łączą się w sposób uporządkowany tworząc harmonijny zespół klasztorny. 

Tym, co przyciąga największą uwagę jest wielki posąg Buddy Tian Tan. Jego budowa rozpoczęła się w 1981 roku a zakończyła w 1993 roku. Znalazłam informację, iż jest to największy na świecie posąg Buddy z mosiądzu. Ma wysokość 34 metrów i masę 250 ton, a żeby przyjrzeć mu się z bliska trzeba pokonać 268 schodów. Można wówczas zobaczyć ogromną twarz skierowaną w północną stronę, spoglądającą na Chińczyków z wyrazem błogosławieństwa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *