Hongkong,  Relacje

Hongkong: Jedna wielka galeria handlowa!

Pierwsze skojarzenie z Hongkongiem? Galeria handlowa. Zadziwiające? Tak. Byłam zaskoczona liczbą galerii handlowych w tym chińskim mieście, wśród których zginęła prawdziwa Azja… lub moje o niej wyobrażenie. Hongkong okazał się jednak specyficzny. Stanowi autonomiczny region, wydzielony z Chin, będący dawną kolonią brytyjską. Być może stąd też nagromadzenie sklepów i to bardzo luksusowych jest zatrważające, ale też poniekąd zrozumiałe. Sklepów Chanel w tym mieście jest chyba więcej niż w całej Polsce. Wzdłuż Canton Road ciągną się sklepy marek tak ekskluzywnych, że aż przyprawia to o zawrót głowy. Obok tego splendoru i przepychu w wąskich alejach, jak i na szerokich ulicach rozkładają się zaś najdziwniejsze targi. Wrażenie tego kontrastu pozostanie na zawsze ze mną jako trwałe wspomnienie z Hongkongu.

Opływając w luksusach

Kolejki do Chanel? Butik Louboutin wyciśnięty w boczną uliczkę? Zamiłowanie do największych i najbardziej prestiżowych marek po prostu wyczuwa się w powietrzu w Hongkongu. Najdroższa jest galeria ifc mall znajdująca się w dzielnicy Central. Leica, Miu Miu, Kiko Milano, Jimmy Choo, w sumie ponad 200 markowych sklepów po prostu robi wrażenie. Największe…chyba jednak wywarł na mnie sklep Apple. Ma fenomenalny widok.

DSC_7719

Gigantyczne okna wychodzą na rzekę i długą kładkę dla pieszych, ciągnącą się od przystani promów Star Ferry do strefy biznesowej z wieżowcami. Na gładkiej, przezroczystej tafli widnieje ogromny znaczek nadgryzionego jabłka. Na drugi poziom można dostać się po szklanych, spiralnych schodach. Minimalizm świetnie pasuje do tego nowoczesnego wnętrza galerii, która jak na warunki Hongkongu jest bardzo przestronna. A ta przestrzeń?! To chyba najlepszy wyznacznik luksusu.

W mieście, gdzie na km2 przypada 6603 mieszkańców tak duże i puste przestrzenie jak w ifc mall, mówią wiele, a konkretnie: że właśnie jest się w krainie luksusu, bo przestrzeń w Hongkongu to ogromny luksus.

Bardziej przystępny cenowo jest Landmark na Pedder Street 1, wybudowany już w 1983 roku. Nie oznacza to, że znajdują się tam tanie sklepy. Absolutnie nie! W dalszym ciągu obcuje się tu z takimi markami jak Balenciaga, Dior czy Fendi. Jednak nic to przy Canton Road w dzielnicy Tsim Sha Tsu. Wszystkie te przyprawiające o zawrót głowy marki ścielą się wzdłuż ulicy. Jeden butik przy drugim w finezyjnych budynkach, niczym drogocenne puzderka w toaletce próżnej arystokratki. Tu po prostu widać przepych i blichtr, a witryny prezentują najdziwniejsze kreacje największych projektantów mody.

SONY DSC

Ciekawym zjawiskiem jest też nagromadzenie sklepów Rolexa w Hongkongu. Jest ich tu tak wiele, że po kilku dniach miałam wrażenie ogólnej powszechności występowania tych luksusowych sklepów z zegarkami. Co ciekawe nie przeszkadza to zupełnie szemranym „dżentelmenom” szeptać do przechodniów niczym zaklęcie przynoszące bogactwo watches…copy watches…

Dopełnieniem markowych ciuchów i lanserskich „sikorów” są oczywiście samochody. Niemal powszechne są Tesle, a przy blokach przy Victoria Peak stoją Bentley’e. Przechadzając się zaś po dzielnicy Central i Caseway Bay natknęliśmy się na salon Rolls Royce. Ferrari, Lamborgini zapełniały hongkońskie ulice, wzbudzając zdziwienie chyba tylko turystów, a może tylko nas. Oczywiście stare auta ekonomiczne też można było zobaczyć, jednak odsetek tych luksusowych był tak duży, że aż zastanawiający. Fakt, że w ogóle głównym środkiem komunikacji były samochody i metro, nie zaś skutery – jak w Wietnamie – sporo mówi o statusie ekonomicznym tego miasta. Miałam wrażenie, że właśnie tu, do Hongkongu przyjeżdżają bogacze z Azji, żeby obkupić się.

20170314_180317

Przechodząc targowym ulicami

Nie samymi Diorami czy Chanelami Hongkong stoi. Mieszkają tu przecież też zwykli ludzie, którzy żyją skromnie, żeby utrzymać się przy tych nie najniższych cenach w mieście. Jak funkcjonują w tym świecie luksusu? Stworzyli własny świat, nie mniej ciekawy, a z pewnością bardziej barwny i gwarny. To świat ulicznych targów z niezwykłymi straganami.

Najbardziej popularny jest targ nocny, znany pod nazwą Temple Street Night Market. Do południa ulica wydaje się niepozorna, może nawet nudna. Jednak już od 14 zaczynają się tu rozkładać ze straganami, a późnym wieczorem nie sposób spokojnie przejść tędy. Jest tu wszystko… co niezbędne do życia turystom. Magnesy, koszulki, parasolki, kable do iphonów. Nocny targ jest typowo nastawiony na turystów i trzeba się uzbroić w cierpliwość zarówno przedzierając się wąskim przejściem, jak i przy targowaniu się o cenę. Reguły nie ma. Ten sam magnes można tu kupić w najrozmaitszych cenach, nawet tego samego wieczora u tego samego sprzedawcy.

DSC_8292

Podobny charakter ma Ladies Market na Tung Chai Street. Specjalizuje się co prawda w ubraniach dla kobiet, ale znaleźć tu można również „suweniry” dla siebie i uwielbiających bezużyteczne pierdoły znajomych. Osobiście wolę przewozić rodzinie lokalne przysmaki. To chyba najlepszy sposób, by choć trochę zasmakowali w miejscu, o którym im opowiadam. Choć nie powiem, ciągnący się prawie przez kilometr rząd straganów po dwóch stronach ulicy hipnotyzuje kolorami i kusi do zakupów. Jest tu wszystko…od majtek i skarpetek z księżniczkami Disneya po sznurówki z gumy na plastikowe zatrzaski. Zdecydowanie bardziej oryginalnym jest Goldfish Market w pobliżu stacji metra Mong Kok.

To miejsce, w którym mieszkańcy kupują szczęście i pomyślność dla siebie i swoich domów, czyli złote rybki. Hodowanie ich jest nie tylko zgodne z feng shui. Jest również stary zwyczaj, który wprowadzony został za cesarzy dynastii Tang, którzy w stawach mieli złociste karasie, symbolizujące dobrobyt.

W okolicy Mong Kok mieści się także Flower Market przy Flower Market Road, gdzie po prostu kwiaty eksplodują. Jest tu tak wiele tak fantastycznych odmian roślin domowych i ogrodowych, że szczerze pozazdrościłam mieszkańcom Hongkongu takiej obfitości. Najbardziej spodobały mi się storczyki i drzewka bonsai. Z tego kwiatowego targu warto przy końcu ulicy wejść po schodach, by przejść pod starym, efektownym łukiem. Tak wkracza się do ptasiego ogrodu, przy akompaniamencie pięknej papugi kakadu, witającej od wejścia dźwięcznym „hey”.

Bird Garden to prawdziwa osobliwość miasta. Starsi mężczyźni przychodzą tu z klatkami z ptakami, które wieszają na drzewach. Sami siadają na ławeczkach i prowadzą rozmowy, podczas gdy ich pupile mogą cieszyć się towarzystwem ptasich kolegów i zaczerpnąć świeżego powietrza.

Część ogrodu zajmują sprzedawcy, oferujący przepiękne drewniane klatki w starym stylu, a także porcelanowe poidełka oraz tysiące zabawek oraz odmian karmy dla małych i dużych pierzastych. Oczywiście można też kupić tu ptaka.

DSC_8268

Zatracając się w smakach

Po owoce i warzywa mieszkańcy udają się najczęściej na Yau Ma Tei Market. Rynek istnieje przy zbiegu ulic Reclamation Street i Waterloo Road od 1913 roku, gdy to został ustanowiony przez władze lokalne jako miejsce handlu owocami. W latach 30-tych zezwolono na sprzedaż ryb. Ten układ zachował się do dziś i jest to idealne miejsce, żeby próbować ciekawych owoców.

DSC_7884

Występują tu bowiem wszystkim znane jabłka, smocze owoce, czy kiwi, jednak można też się zaskoczyć. Pomelo wyglądające jak olbrzymia cytryna zachęca wyglądem, ale smak pozostawia wiele do życzenia. Dużo bardziej zaskoczył mnie salak.

Twarda i łuskowata łupina przypomina smoczą skórę, wnętrze jest natomiast dość twarde, białe, chrupiące. Smak – osobliwy, cytrusowy. Przypomina w pewnym momencie ananasa, ale pozostawia specyficzny, sfermentowany posmak.

Prawdziwym szokiem był jednak smak bananów. Próbowałam wielokrotnie bananów w tzw. ciepłych krajach i byłam przekonana, że wszędzie smakują tak samo. Myślałam, że już nie znajdę tego mitycznego banana o słodkim smaku, tego świętego, niepastewnego, Graala. Znalazłam! Baby Banana, czyli malutkie banany z cienką skórą i idealnym miąższem pożerałam w Hongkongu niemal codziennie. Naprawdę smak ich różni się od polskich hipermarketowych owoców. Jest dużo słodszy i nie ma tego mącznego posmaku. Po prostu: pycha!

SONY DSC

To tylko przedsmak! W Hongkongu je się na ulicy. Przydrożne lokale i stragany oblepiają wręcz ulice miasta. Na ogromnych patelniach smaży się makaron z kurczakiem, pędem bambusa i kolendrą. Tuż obok można wziąć pulchne dim sumy w postaci dużych pierogów z różnorodnym nadzieniem – z reguły mięsnym. Podawane są w okrągłych koszykach – jak sądzę z bambusa.

Najlepszy smażony makaron jadłam na nocnym targu w lokalu przy skrzyżowaniu alei targowej z jedną z poprzecznych uliczek. Niewielkie stoliki i krzesełka, plastikowe talerze i kubki były niepozornym występem do prawdziwej gry smaków. Połączenie cienkiego, delikatnego makaronu z soczystym mięsem i świeżymi przyprawami zakropione paroma łykami lokalnego piwa Tsingtao było miłym zwieńczeniem dnia.

Trudno wyobrazić sobie milszy kulinarny początek dnia od wizyty w restauracji nagrodzonej gwiazdką Michelin. Hongkong słynie z bardzo dużej liczby gastronomii utytułowanych tym honorem, a mimo to przed lokalami stoją kolejki. Dzięki temu, że potrzebowaliśmy stolika tylko na 2 osoby, nie dołączyliśmy do oczekujących w ogonku przed drzwiami, a od razu weszliśmy do środka.

Zamówienie składa się tu zaznaczając krzyżykiem na karteczce pozycje, które chce się skosztować. Po chwili w Tim Ho Wan w galerii Olympian City miałam przed nosem okrągłe nieduże bułeczki. Były idealnie chrupiące, a wnętrze skrywało pyszną i uroczystą wołowinę w sosie bbq. Ponoć za same te bułeczki restauracja została nagrodzona prestiżową gwiazdką. Po chwili pojawiły się na stole vermivcelli również z wołowiną i sosem bbq. Wyglądały trochę jak naleśniki, jednak ciasto miało dużo gładszą strukturę, lekko gumowatą. Tej konsystencji pozbawione były krewetki, a właśnie z gumowatymi  embrionami je kojarzyłam zawsze. W Tim Ho Wan stanowiły farsz małych pierożków. Po raz pierwszy tak bardzo smakowały mi owoce morza, których staram się raczej unikać. Pomyślałam jednak, że gdzie indziej jak nie w restauracji z gwiazdką Michelin przekonam się do nich. Nawet się udało. Ostatnim dniem była rzepa. Właściwie ciasto z rzepy. Trzy kawałeczki idealnie podsmażone podano z piekielnie ostrym sosem. Ciasto było delikatne, ale zadziwiające w smaku. Do złudzenia przypominało rybę!

SONY DSC

Jednak smak, który zabrałam ze sobą z Hongkongu jest smak zielonej herbaty, a właściwie cudownej matcha. Nie myślę jednak o naparze. Przyznam, że prawdziwy czaj, podawany w małych miseczkach był paskudny. Zdecydowaliśmy się na spróbowanie prawdziwej, tradycyjnej herbaty ziołowej. Wiem, już sama nazwa nosi pewne znamiona bluźnierstwa. No bo jak: herbata ziołowa? Może więc lepiej napar z ziół, choć podawana była w tradycyjnej herbaciarni. Wzięliśmy na wynos. Mocna jak espresso. Podła jak kawa z automatu, choć i tu mówienie o kawie to przesada. W automatach są bowiem jedynie napoje o kolorze kawy.

SONY DSC

Wracając do sedna…zakochałam się w ciasteczkach i cukierkach o smaku matcha. Zielone markizy zagryzałam niby-krówkami o tym samym smaku. W moim ulubionym sklepie spożywczym przy Nathan Road cały dział poświęcony był tym skakał. Faworyt? Chyba jednak KitKat. Próbowałam też Pringelsów o smaku słonego karmelu, soko-żelek melonowych, jagodowej czekolady z fabryki Willi’ego Wonka. Jednak to właśnie delikatny smak matcha w każdym rarytasie będę zawsze kojarzyła z tą częścią Azji.

 *    *     *

Hongkong można postrzegać jako jedną wielką galerię handlową z rozległą strefą odzieżową, gastronomiczną, rozrywkową. Różnorodność daje szansę każdemu do poczucia radości z zakupu – zarówno za horrendalną cenę w prestiżowym butiku, jak i za wytargowany osi grosz na bazarze. Przyznam jednak, że tak duży konsumpcjonizm jest wręcz przytłaczający. Po kilku dniach trochę się obojętnie patrząc i na te galerie, i na te stragany. Dokładnie wtedy najlepiej zacząć kupować, gdy wyraz podekscytowania nowymi doznaniami na twarzy nieco przyblednie, wówczas jest szansa, że nie zatraci się człowiek w „kolonijnym” szale kupowania pamiątek bez-sensu.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Hongkong: Jedna wielka galeria handlowa!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *