Impresje

Inspiracje do podróży: jak wybrać kierunek podróży ?

Jeśli nie masz możliwości przeczytania artykułu możesz go posłuchać lub pobrać zupełnie za darmo i posłuchać w wolnej chwili. Wystarczy kliknąć!

Chcę posłuchać teraz! 😉 Chcę pobrać!

Zobaczyłam te stare żółte tramwaje w telewizji i przepadłam. Wiedziałam już, że muszę je zobaczyć na własne oczy. Zapragnęłam niemal natychmiastowo wsiąść do jednego z nich i jechać nie ważne gdzie. Ta wizja po prostu nie dawała mi spokoju i powoli zakorzeniała się w głowie na dobre, gdzieś między tym ośrodkiem mózgu odpowiedzialnym za wizualizację zakupów po wygranej 6 w totka a tym przypominającym o zbliżającym się  terminie zapłaty za ubezpieczenie mieszkania.

Zabytkowy żółty tramwaj w Lizbonie

I tak już się ten pomysł zakorzenił i sobie siedział dając od czasu do czasu znać, co przejawiało się okresową, wzmożoną aktywnością poszukiwania tanich lotów. Gdy wreszcie w gorączkowym transie przeglądania ofert, w którym byłabym gotowa zapłacić kozie dożywotnią rentę w workach trawy za podwózkę, znalazłam wreszcie bilety do Portugalii w sensownej cenie, zaklepałam bez chwili zastanowienia. A wszystko przez to, że w telewizji zobaczyłam przez 5 minut stary żółty tramwaj jadący po ulicach Lizbony.

Czemu poleciałam zobaczyć owce a ich tam nie było?

Inspiracje do podróży w tym a nie innym kierunku pojawiają się w mojej głowie pod wpływem impulsu. Bodźcem może być dosłownie wszystko, choć jak wiadomo cena czyni cuda i stanowi dla mnie wyznacznik w wyborze destynacji równie ważny co jawne czy podświadome pragnienia. Permanentnie odkładamy na wyjazdy z naszych wypłat, dlatego zawsze wiemy na czym stoimy i czy planując wyjazd patrzyć za ocean czy co najwyżej za miedzę. I szczerze to właśnie przez kalkulację polecieliśmy szukać owiec między wulkanami zamiast małp między wieżowcami.

Mieliśmy konkretny termin. To się rzadko zdarza. Z reguły nie mamy z góry ustalonych ram, w których musimy się zmieścić. Jednak tym razem było inaczej. Na urlop mieliśmy tydzień wolnego i musieliśmy go zmieścić w mało atrakcyjnym okresie między połową marca i połową kwietnia. Mieliśmy konkretny budżet, który przy dalszych lotach poszedłby za psami na same bilety lotnicze. Wtedy trafiłam na artykuł o Islandii. Pomyślałam:

Hmmm…dobry kierunek, w sumie wygląda na to, że bez względu na miesiąc pogoda może być beznadziejna, lodowca nie widziałam, gejzera nie widziałam, a do tego owiec mają więcej niż ludzi.

Taka była moja inspiracja do podróży na Islandię.  Na lodowcu stopę postawiłam, gejzer widziałam, ale spotkaliśmy zdecydowanie więcej ludzi niż owiec. Polecieliśmy na Islandię a nie do Hongkongu, bo za bilety do Azji zapłacilibyśmy wtedy tyle, co za prawie cały wyjazd na Islandię. A co sprawiało, że wzięliśmy po uwagę akurat te dwa miejsca wtedy? No jasne, że zdjęcia! 

Jak dotarłam na czarną plażę zamiast do Disneylandu?

Islandia spodobała mi się na zdjęciu. Hongkong też. Kraina Lodu i Ognia, jak nazywa się Islandię z uwagi na występowanie lodowców i wulkanów niemal obok siebie,  przyciągnęła mnie  po raz pierwszy zdjęciem w gazecie. To była czarna plaża z bazaltową ścianą, która przypominała czarne słupy ustawione jeden przy drugim. Potem dowiedziałam się , że leży w miejscowości Vìk na południu wyspy.

Nie sądziłam jednak, że minie w sumie tak niewiele czasu między oglądaniem czarnej plaży na zdjęciu a podziwianiem jej na żywo. Doświadczana namacalnie budziła jeszcze więcej emocji. Gdy poszukiwałam wówczas lotów na Islandię trafiłam na artykuł o Disneylandzie i trochę ożyły marzenia z dzieciństwa. Ze zwykłej ciekawości sprawdziłam, gdzie poza Paryżem znajdę jeszcze ten bajeczny park rozrywki.

Hongkong zadźwięczał w uszach bardzo egzotycznie, więc postanowiłam mu się przyjrzeć.  Gdy po wpisaniu w Google nazwy tego miasta ukazała mi się panorama wieżowców ze wzgórza Wiktorii poczułam, że bardzo pasowalibyśmy do tego miejsca, przecież kochamy miasta! Niestety cena lotów była zaporowa, stanęło wówczas na wyjeździe na Islandię. Gdy więc jedno marzenie spełniliśmy pojawiło się drugie. Chcemy lecieć do Hongkongu! Po 11 miesiącach od zakiełkowania w głowie tego pomysłu staliśmy już na Wzgórzu Wiktorii, dokładnie w miejscu, gdzie zrobiono zdjęcie, które sprawiło, że zapragnęłam zobaczyć to miasto, ten kraj. Nie wszystkie marzenia podróżnicze udało mi się jednak tak szybko spełnić.

Gdzie Rzym, a gdzie Krym….a gdzie jeszcze Ateny?

Właściwie z tą starożytnością poszło wszystko nie tak, choć wszystko wyszło ostatecznie jak pragnęłam, ale zajęło mi to mnóstwo czasu. O wyjeździe do Aten zamarzyłam na 1 roku studiów, podczas wykładów z historii starożytności. Profesor odmalował życie codzienne Aten w sposób tak żywy, że chciałam przekonać się na własne oczy. Chciałam przejść się tymi ulicami, co Platon i usiąść w miejscu, gdzie on dawniej stał i rozmawiał z każdym, kto chciał rozmawiać. Równocześnie miałam zajęcia o dziejach Rzymu, na których nie mniej ciekawie prezentowało się Forum Romanum czy Koloseum. 

Jednak pierwszy raz zetknęłam się z pozostałościami po starożytnej cywilizacji kultury zachodniej Europy na Krymie, odwiedzając Cherzones Tauryndzki.

Wyprawa na Krym była pomysłem Maćka. Znaliśmy się już ponad rok i mieliśmy za sobą jeden udany wypad w Tatry, podczas którego zdobyliśmy Rysy. Gdy zastanawialiśmy się, gdzie jechać na kolejne wakacje Maciek rzucił, że jego brat był na Krymie i mu się podobało. Tyle mi wystarczyło. Przewodnik kupiłam po tym, gdy już mieliśmy w kieszeniach bilety w jedną stronę, po które musieliśmy jechać do Warszawy na dworzec, bo nie było opcji zakupu internetowo, a cena za bilety lotnicze na Krym była kosmiczna.

W następnym roku odwiedziliśmy Turcję, potem Egipt, a potem…potem podróżować nie mogłam, bo nie mogłam się ruszyć, dosłownie. Te wymarzone Włochy i ta wymarzona Grecja  ciągle były jakoś nie po drodze i cholernie się oddalały, aż wreszcie przełamałam się i stwierdziłam, że przecież nie musimy lecieć na tydzień czy dwa. Wystarczy choćby pięć dni. Dokładnie tyle czasu za pierwszym razem spędzaliśmy w Rzymie. Potem wreszcie przyszedł idealny czas na Grecję i Ateny.

Choć marzyłam o nich od dawna, to zwiedziłam po bardzo długim czasie, tak jak Nowy Jork, który zobaczyłam dopiero w tym roku, a marzyłam o nim chyba od kiedy zobaczyłam „Przyjaciół” i „Kevina samego w Nowym Jorku”, czy Australię,  którą zobaczyliśmy dwa lata temu, o czym jeszcze 10 lat temu nawet nie marzyłam, bo wydawała mi się zbyt egzotyczna.

Czemu zamiast  tajskiego masażu jadłam sajgonki na dachu?

Od podróży poślubnej oczekuje się wiele prawda? Egzotycznych plaż, romantycznych zachodów słońca, hotelu w dobrym standardzie i najlepiej jednorożca , który co rano będzie serwował różową kawę z piankami na śniadanie na złotej tacy. My chcieliśmy czegoś bardziej egzotycznego niż znaliśmy, a znaliśmy głównie Europę, wiec myśli kierowały się jakoś naturalnie w stronę Azji. Inspiracją do podróży poślubnej było znalezienie miejsca, gdzie z jednej strony pokąpiemy się w ciepłej wodzie, a z drugiej strony absolutnie nie jesteśmy w stanie wysiedzieć na plaży i opalać się, więc szukaliśmy miejsca, w którym będziemy mogli jeszcze pozwiedzać. Początkowo myśleliśmy o Tajlandii, ale ostatecznie padło na Wietnam. Połowę wyjazdu spędziliśmy w niedużej miejscowości nad morzem, a potem ruszyliśmy do Ho Chi Minh, czyli do Sajgonu.

Wietnam pasował wtedy pod każdym  względem. Był tani, wiec mogliśmy pozwolić sobie na hotel w naprawdę fajnym standardzie bez zrujnowania portfeli. Był egzotyczny. Znajdowuje się tysiące kilometrów od Polski i panuje tam klimat tropikalny. Był atrakcyjny. Z jednej strony oferował możliwość kąpieli morskich, z drugiej pozwalał na zanurzenie się w morzu skuterów, ludzi, neonów. Przede wszystkim nie był popularny. Tajlandia już wtedy była oblegana, a przecież szukaliśmy czegoś na podróż poślubną, czegoś wyjątkowego. Nie jest to oczywisty kierunek i nie kojarzy się z ani jednym romantycznym filmem. Jednak śniadania na dachu w hotelowej restauracji,  wieczory spędzone na spacerach po plaży, a przede wszystkim przezywanie wspólnie pierwszej dalekiej podróży były tym, o co w podróży poślubnej chodzi. 

Nigdy o wyborze kierunku nie decyduje jeden bodziec. Decyzja jest zawsze sumą wielu czynników. Jednak to właśnie konkretny bodziec, szczególna inspiracja do podróży sprawia, że decydujemy sie kupić bilet w te konkretne miejsca. Zawsze interesuje nas historia kraju i regionu, do którego trafiamy. W miastach chodzimy ze szczękami opadającymi pod wpływem architektury, a gdzieś z dala od cywilizacji zbieramy te szczęki patrząc na góry, lasy, morza, oceany, wschody i zachody słońca. Pewnie  znalazłabym 999 miejsc i dwa razy tyle inspiracji do podróży, od kulturowych przez przyrodnicze po zupełnie abstrakcyjne i myślę, że to w podróżowaniu powoduje nienasycenie. Pomysły na to, gdzie jechać można czerpać z powietrza i faktycznie mam wrażenie, że czasem tak się u mnie dzieje. A gdzie jeszcze chcemy się wybrać i dlaczego?

  • Do Tokio –  żeby zobaczyć to słynne skrzyżowanie z pasami na skos
  • Na zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych – żeby poczuć się jak gwiazdy w Hollywood
  • Na zachód od Melbourne – żeby przejechać się Great Ocean Road
  • Do Chile – żeby postawić stopę na Pustyni Atakama
  • Do Kanady – żeby pochodzić po Górach Skalistych i odwiedzić Vancouver
  • Do Seulu – żeby nakupować koreańskich kosmetyków
  • Do Norwegii – żeby przejechać się  Drogą Atlantycką
  • Do Amsterdamu – żeby pojeździć rowerami nad kanałami
  • Na Sycylię – żeby spróbować najlepszych pomarańczy
  • Na Wyspy Owcze – żeby sprawdzić czy faktycznie tak tam pada i wieje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *