Islandia,  Relacje

Islandia: Co widać, gdy Reykjavík znika z horyzontu?

Za 300 metrów wjedź na rondo i wybierz drugi zjazd. Komunikat powtarza się trzeci raz. Nawigacja wcale się nie zepsuła. Po raz trzeci wypluwa z siebie ten sam komunikat. Nie jej wina, że budowniczowie drogi nr 1 na wyjeździe z Reykjaviku postanowili irytować kierowców wprowadzają co chwilę rondo. -Jeśli jeszcze raz powie, że mamy na rondzie wjechać na drugi zjazd, to zacznę podejrzewać, że robi nam na złość – powiedziałam do Maćka, skupiając się jednocześnie na porównaniu komunikatów nawigacji z niezawodną mapą papierową. Wszystko się zgadzało, ale aż się wierzyć w to nie chciało, gdy po raz kolejny słychać ten sam nakaz jazdy prosto. Wreszcie nastąpiła zmiana. Skręcamy na drogę nr 36 w kierunku Þingvellir. Obowiązkowego miejsca, do którego podążają wszystkie wycieczki z Reykjaviku. Warto tu zajrzeć bez względu czy pobyt trwać będzie dwa dni, czy tydzień. Pomijając fakt, że należy do osławionego Złotego Kręgu, na który składają się trzy wybitnie popularne atrakcje, to jest tu po prostu ładnie.

Zaklęci w Złotym Kręgu

Þingvellir to równina. Leży około 40 km na wschód od stolicy. I zapewne odwiedzana byłaby przez turystów z uwagi na walory krajobrazowe, ale nie tak tłumnie. O randze wyjątkowej atrakcji turystycznej zadecydowała wyjątkowa historia tego miejsca. Nim Polska na dobre wpisała się w historię Europy, przyjmując chrzest w 966 roku, na Islandii już zapanowała demokracja. Niby nie ma ona porównania z dziejami demokracji ateńskiej, ale stanowiła ówcześnie ewenement. W 930 roku to właśnie na obszarze Þingvellir zgromadził się po raz pierwszy parlament, Althing.

Na zgromadzenie przybywali mężczyźni, aby wspólnie obradować nad teraźniejszością i przyszłością swojego kraju, a także osądzać wspólnie o winie skazańców. Zgromadzenie zbierało się na kilka dni w roku. Sprawiedliwie wybrano teren dogodny dla wszystkich. W X wieku Islandia była zamieszkana głównie w okolicach Reykjaviku. Þingvellir znajdowało się w samym środku tej zamieszkanej strefy. Ponadto było tu dość miejsca, aby pomieścić konie oraz dość wody, aby je napoić. Równina z uwagi na zgromadzenia parlamentu była miejscem, gdzie podejmowano najważniejsze decyzje dla całego kraju. Podjęto tu decyzję o przyjęciu chrześcijaństwa w 1000 roku, proklamowano niepodległość Islandii w 1944 roku. Pod koniec XX wieku uznano chyba, że tak rozległa równina to lekka przesada i przeniesiono miejsce obrad Althingu do stolicy.

Zostawiliśmy auto na jednym z pierwszych parkingów. Chcieliśmy jak najszybciej to wszystko zobaczyć. I widzieliśmy. Fascynujący wąwóz Almanagjá. Na jego dnie poprowadzona jest ścieżka, którą pokonujemy, otoczeni z dwóch stron bazaltowymi ścianami o wysokości 40 metrów. Minęliśmy miejsce z masztem z łopoczącą flagą, przy którym ustawiono niewielkie trybuny. To stąd przemawiał przewodniczący oraz głosiciel prawa. Nie wybrano bynajmniej tego miejsca z uwagi na walory estetyczne. Ponoć panuje tu tak dobra akustyka, że tysiące zgromadzonych na równinie idealnie słyszały każde słowo wypowiedziane przez mówcę stojącego właśnie na tej skale.

Zarówno z tego miejsca, jak i z tarasu widokowego nieco dalej i nieco wyżej doskonale widać kościół. Zważywszy na fakt, iż Þingvellir to równina, gdzie brak właściwie zabudowań, nie dziwi mnie, że ten mały kościołek widać zewsząd. Znajduje się w nim najstarsza Biblia islandzka oraz dzwon islandzki, podarowany przez króla Norwegii Olafa w 1018 r.  Tuż obok stoi dom pastora, obecnie siedziba dyrektora parku.

DSC_9664

Z Þingvellir kierowaliśmy się zgodnie z niepisaną trasą Złotego Kręgu w kierunku gejzerów. A konkretnie tego największego, tego od którego swoją nazwę zaczerpnęły wszystkie inne. Geysir to dziś sporych rozmiarów oczko wodne, które od czasu do czasu lekko wrze. Nie to co dawniej! Ponoć za czasów swojej największej aktywności potrafił wyrzucić wodę na wysokość 80 metrów. To dopiero musiał być spektakl! W latach 60-tych ubiegłego wieku jednak zamilkł. I milczy tak do dziś. Parę razy przebudził się w tym czasie, ale nie wykazując przy tym regularności.

Co innego Strokkur. To mniejszy gejzer położony na tym samym polu geotermalnym. Łatwo go rozpoznać po wianuszku turystów, wyczekujących wybuchu, który następuje z regularnością co 5-10 minut. Stanęliśmy razem z nimi. I czekaliśmy. Patrzyliśmy na powierzchnię falującej wody, która w pewnym momencie delikatnie się wybrzuszyła. Chwilę po tym w górę wyleciał potężny strumień wody. Ponoć może sięgać nawet 35 metrów. Ten, który widziałam aż tak duży mi się nie wydawał. Moje wątpliwości podzielił też Maciek. Nie mniej był to mój pierwszy wybuch gejzera i naprawdę zrobił na mnie wrażenie. Z otwartymi ustami i wyrazem zdumienia wpatrywałam się w słup wody.

Obejrzymy jeszcze raz? – spytałam Maćka, nie odrywając oczu od tego niezwykłego zjawiska.

Dobra – odpowiedział Maciek, wnioskując z tonu głosu równie zaintrygowany gejzerem. Poczekaliśmy kilka minut i znów zaskoczyła nas siła z jaką woda wystrzeliła z ziemi.

DSC_9782

Pewnie stalibyśmy tam i godzinę, ale świadomość, że to nie ostatnia atrakcja, zmotywowała nas do ruszenia się z miejsca. Z ociąganiem opuściliśmy pola geotermalne, żeby wsiąść do auta i pomknęliśmy w stronę Gullfoss, Złotego Wodospadu będącego ostatnią atrakcją Złotego Kręgu.

Kilka minut jazdy i ponownie wysiadamy. Tak jeszcze nie podróżowaliśmy. To pierwsza nasza wyprawa, w której postanowiliśmy w tydzień objechać wyspę. Wiąże się to z częstym wsiadaniem i wysiadaniem, zakładaniem i zdejmowaniem kurtek,  w innych okolicznościach może by mnie to irytowało, ale nie gdy mam urlop, nie gdy jestem na Islandii. Rządna kolejnych wrażeń zapierających dech w piersiach wyskoczyłam z auta.

Po części drewnianą, po części błotnistą drogą kierowaliśmy się w stronę kaskad, opadających ponoć z 44 metrów w dół. Złoty Wodospad zaimponował mi swoją rozległością. Na szerokości 100 metrów, wody rzeki Hvity spadają najpierw z jednego progu – o wysokości około 5 metrów, by zaraz potem opaść ponownie z kolejnego progu. Chciałam znaleźć się jeszcze bliżej. Podeszliśmy do sznurków wyznaczających granicę zdrowego rozsądku. Dłonią osłoniłam obiektyw aparatu. Drobne kropelki, wzbijające się w górę tworzyły obłoki lekkiej mgiełki, która w promieniach słońca przybierała złoty kolor. Ponoć właśnie dzięki tej ułudzie wodospad zyskał miano Złotego.

Nie jestem zapewne pierwszą ani ostatnią osobą, którą zauroczył Gullfoss. Byli już chętni na jego zakup. Pewien bogacz z zagranicy zaproponował właścicielowi  Brattholt pokaźną sumkę za jego zakup, ale dumny Islandczyk nie przystał na propozycję. Kolejną głośną klęską (na szczęście!) zakończyła się próba zakupu wodospadu przez zagraniczną firmę od okolicznych chłopów. Nie przystała na to dumna Islandka, a jej protest miałbym niewesoły finał. Wszem i wobec głosiła, że popełni samobójstwo rzucając się ze szczytu wodospadu, jeśli zostanie on sprzedany i przeznaczony pod elektrownię wodną.   Ani angielska firma zainteresowana zakupem Gullfoss, ani grupa okolicznych chłopów zainteresowana jego sprzedażą, ani ojciec dziewczyny, zapewne zainteresowany życiem córki, należący do grona wspomnianych chłopów, nikt nie chciał okryć się złą sławą. Wodospad ocalał i stanowi jedną z najczęściej uwiecznianych na zdjęciach turystów atrakcji zwiedzanych w pobliżu Reykjaviku.

DSC_9869

Droga naokoło

Opuściliśmy Złoty Krąg. Uparłam się, żeby jeszcze w ten i tak nadmiernie napchany harmonogram dnia włączyć gorącą rzekę w okolicach Hveragerði. Po drodze zatrzymaliśmy się przy wygasłym kraterze Grímsnes, w którym znajduje się jezioro Kerið. Była to jedyna, w trakcie całej wyprawy islandzkiej, atrakcja przyrodnicza, za którą musieliśmy zapłacić. Znajduje się na prywatnym terenie i właściciel pobiera za wstęp opłatę w wysokości 400 koron islandzkich. Widoki warte swojej ceny. W dole, w otoczeniu skalistych brzegów o czerwonym odcieniu fenomenalnie prezentuje się turkusowy kolor wody. Obeszliśmy krater wokół, krawędzią, po czym pomknęliśmy dalej w stronę Hveragerði. Tego dnia starczyło nam czasu tylko, aby zanurzyć stopy w gorącej rzece. Postanowiliśmy jednak tu wrócić ostatniego dnia i wówczas nacieszyć się tym niezwykłym miejscem, wobec tego o wrażeniach, jakie wywołała na mnie ta okolica przeczytacie w kolejnym islandzkim poście.

Gdy opuszczaliśmy najbliższe okolice Reykjavíku i Złotego Kręgu wpadłam na kolejny “genialny pomysł”, choć było już grubo po południu. W jednym z przewodników wyczytałam, że warto zobaczyć wodospad Glymur. Jednak aby się tam znaleźć trzeba zrezygnować z wygodnego i szybkiego połączenia tunelem. Trasa naokoło, tuż przy linii brzegowej wydawała mi się i tak bardziej atrakcyjna więc z ochotą na to przystałam. Z tego powodu zboczyliśmy z „jedynki” i odbiliśmy na drogę 47.

Malownicza trasa wznosi się i opada uwodząc podróżnych widokami. W punkcie, w którym wody Oceanu Atlantyckiego szczególnie silnie wdzierają się w linię brzegową Islandii skręciliśmy. Z równej asfaltowej droga zmieniła się na nierówną asfaltową. Z nierównej asfaltowej po kilku kilometrach droga zmieniła się w nierówną gruntową. Z nierównej gruntowej po kolejnych kilku kilometrach droga zamieniła się w  pasmo dziur. Na szczęście po chwili się kończyła, tuż przy bramie.

Podjechaliśmy pod nią. Teren prywatny, ale szlak do wodospadu jest. Widniała też informacja, że iść nim można. Tuż obok tablicy z zakazem strzelania do gęsi. A że Polacy nie gęsi, więc poszliśmy. Szwędając się po cudzym terenie czułam się nieswojo, trochę z obawą zerkałam za siebie. Nie chciałam w końcu wylądować ze śrutem w pośladkach. Wdrapaliśmy się na niewielkie wzniesienie. Wodospad był daleko, a słońce zbyt już nisko. Zrezygnowaliśmy. Wróciliśmy do auta i w promieniach zachodzącego słońca pokonywaliśmy ostatnie kilometry dzielące nas od celu.

DSC_0051

Miasteczko na cyplu

Noc spędziliśmy w hostelu, który lata swojej świetności miał na pewno za sobą. Nie mogliśmy jednak narzekać. Pokój był przestronny. Na środku stało łóżko z miękkim, grubym materacem. Kaloryfery grzały na całego. Musieliśmy je przykręcić, żeby opanować tropikalną temperaturę jaka zaczęła się kształtować w całym pokoju. Jedynym mankamentem była woda.

Z uwagi na dużą obecność wód termalnych w ziemi, gorąca woda w kranach ma właśnie takie podziemne pochodzenie. Podobnie jest z zimną, również czerpana jest spod gruntu. Islandczycy szczycą się tym, że u nich wodę można pić z kranu bez obaw. Faktycznie. Robiona na bazie islandzkiej kranówki herbata miała cudowną przejrzystość, co wskazywało na niskie pH. Dobre dla cery oraz ogólnego samopoczucia. Wstrząsające dla zmysłu węchu.

W 1997 roku przebywałam w Rymanowie Zdroju na zimowiskach. Przez bity miesiąc poili nas tam wodą cud o nazwie  Zuber. O jak ja cierpiałam. Była to woda siarkowa, więc śmierdziała na potęgę zgniłymi jajkami. Jako mała dziewczyna w głębokim poważaniu miałam to jakie ma walory zdrowotne. Ale na opiekuna nie było mocnych. Wszyscy bez wyjątku musieli żłopać literatki z Zubrem na śniadanie i kolację. Jakież było moje zaskoczenie, gdy w Borgarnes ze słuchawki prysznica poleciał na mnie gorący Zuber.

DSC_0075

Samo miasteczko wyglądało jak wymarłe. Rankiem następnego dnia, przeszliśmy się po okolicy. Z sąsiedztwa ratusza wnioskowałam, że prawdopodobnie znajdujemy się w samym centrum. Nie było imponujące. Jak to miasteczko, którego liczba mieszkańców oscyluje koło 2000. Z hostelu zabraliśmy ulotkę z mapką okolicy. Maciek wypatrzył miejsca oznaczone serduszkami. – To chodź na randkę w romantyczny zakątek. – kierowaliśmy się w stronę nabrzeża. Borgarnes znajduje się na cyplu, więc wnioskowałam, że gdzieś tam będzie owo romantyczne miejsce. Ale nie! Droga zawiodła nas do niewielkiego portu, okrążyliśmy niewielki pagórek z dziwną rzeźbą i dopiero wówczas ujrzeliśmy owo romantyczne miejsce. Przejmujący chłód poranka skłonił nas jednak do powrotu do auta. Czekał nas kolejny dzień w podróży.

autor: Magdalena Drajkowska

O tym co można zobaczyć, w stolicy Islandii przeczytacie TU, a o innych atrakcjach wyspy na kolejnych postach na blogu o Północy, Wschodzie, Południu.

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Islandia: Co widać, gdy Reykjavík znika z horyzontu?

 

5 komentarzy

Pozostaw odpowiedź mssweet Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *