Islandia,  Relacje

Islandia: mapa skarbów Południa

​Cisza sprawiła, że niemal słyszałam jak wielkie bryły lodu przesuwają się o  tysięczne milimetra. Stałam u stóp lodowca Svínafellsjökull i wpatrywałam się w jego mroźne oblicze naznaczone przez czas głębokimi bruzdami. Ciemne pęknięcia na krystalicznym tle tworzyły sieć, w którą dałam się złapać, bezwiednie, bez opamiętania, beznadziejnie zatracona w tym widoku. Lodowy pejzaż hipnotyzuje i pozostawia w bezruchu na długie minuty. Zaklęte w twardej i zimnej skorupie piękno jest dla mnie kwintesencją surowego uroku Islandii.

W lodowym kręgu

Lodowiec Svínafellsjökull, któremu przyglądałam się z takim zachwytem stanowi część większej formacji lodowej, a mianowicie Vatnajokull. Najbardziej znany w tym obszarze jest jednak lodowiec Skaftafell. Jednak my postanowiliśmy iść nieco pod prąd powszechnego nurtu i zrezygnowaliśmy z odwiedzin popularnego wśród turystów lodowca na rzecz mniej znanego jego brata. Nie można jednak nazwać Svínafellsjökull nieznanym, choć nierozpoznanym już owszem. Ponoć na nim właśnie kręcono sceny serialu Gra o Tron, czy filmu Interstellar.

Jęzor lodu wylewający się ze wzniesień ociekał błotną śliną.  Wielkie brył lodu na styku lodowca i ziemi nurzały  się w ciemnej brei i paradoksalnie ten właśnie kontrast kolorów – czystego, jasnego śniegu i brudnej, ciemnej ziemi – dodawał osobliwego uroku temu miejscu. Świadomość nieprzyzwoicie długiego czasu poświęconego na ten jeden cud natury wyrwała nas z miejsca rzucając w okowy innej lodowej piękności.

Laguna Jökulsárlón znajduje się nieopodal lodowca Vatnajökull i powstała w wyniku jego cofania około 1930 roku. W świetle opinii geofizyków bardzo prawdopodobne jest, że ta laguna będzie się jeszcze powiększać z uwagi na narastające topnienie lodowca. Kry unoszą się w wodzie laguny są to właśnie jego kawałki, które bezpowrotnie oderwały się od monolitu i dryfują po wodzie aż nie stopią się w niej całkowicie. Efekt jest imponujący, można odnieść wrażenie zupełnej nierealności tego miejsca. Gdyby  nie foki beztrosko pływające w wodzie i grupki osób spacerujące przy brzegu, gotowa bym była pomyśleć, że oglądam inny świat.

Większość osób, odwiedzających lodową lagunę ogranicza się do podziwiania tylko i wyłącznie jej piękna,  pomija przez to leżące tuż obok plaże. Po obu stronach przesmyku łączącego lagunę z morzem rozciągają się plażę z wulkanicznym piaskiem. Na ich brzegi woda wyrzuca lodowe „okruchy”, które skarżą się w słońcu niczym prawdziwe diamenty, stąd jedna z plaż nazywana bywa diamentową. Nawet pięć minut spędzonych w tym miejscu, zapada w pamięć, a my urządziliśmy sobie prawdziwy spacer z ochami  i achami  średnio co kilkanaście kroków. Może i daleko tej czarnej, zimnej plaży do rajskich, żółtych płacht gdzieś na Bali czy Okinawie, ale posępna aura wulkanicznych plaż potrafi nie mniej oczarować. A prawdziwe perełki kryły się dalej.

Z dala od rajskich plaż

Bazaltowe skały tworzą naturalne stopnie o nierównej wielkości. Oglądając je z dołu można dokładnie przyjrzeć się ich unikalnym formom, jakby wyciosanym mocnymi, rytmicznymi ruchami. Kolumny  Gardar to pięknie odsłonięte słupy bazaltowe, które powstały w wyniku seryjnych, o pewnej regularności, spękań, tworzących się w związku ze stygnięciem zakrzepłej lawy. Ta zastygając kurczyła się i pękała pozostawiając słupy prostopadłe do powierzchni stygnięcia. W efekcie naturalnych procesów na brzegu morza, w pobliżu malutkiej miejscowość Vík i Mýdral, powstała niezwykła formacja, którą przyjeżdżają podziwiać turyści z całej Islandii, ba! nawet z całego świata.

FB_IMG_1502171993219

Emocje towarzyszące oglądaniu tego cudu natury porównać można do słuchania orkiestry symfonicznej lub oglądania nocą rozgwieżdżonego nieba. Mieszanka poczucia patosu,  obcowania z monumentalizmem i zachwytu mrowi się pod skórą, przyprawiają o ciarki ekscytacji. Posępne piękno plaży spotęgowała mroczna, pochmurna pogoda. Czarne bazaltowe kolumny, czarny piach i szare chmury tworzyły pejzaż rodem z niespokojnych płócien romantyzmu, pełnych ekspresji, niepokoju i mroku. W atmosferę tą wpisuje się doskonale miejscowe legendy, według których wielkie skały Reynisdrangar, wystające z morza to szpony czarownicy lub trolle, zastygłe pod wpływem słońca, gdy stworzenia nie zdołały wyjść przed wschodem słońca z wody ciągnąć statek.

Nieopodal czarnej plaży Reynisfjara znajduje się druga prawdziwą piękność – Kirkjufjara. Znaleźć tu można prawdziwą esencję islandzkości – piękno i surowy charakter łączą się ze sobą w idealnych proporcjach. Można podziwiać majestatyczne cypel z wysokimi klifami, sięgającymi miejscami na wysokość 120 metrów. Charakterystyczny w krajobrazie Kirkjufjara jest natomiast otwór  monumentalny łuk skalny przylądka Dyrhólaey. Ponoć jego wielkość jest wystarczająca, aby mógł tędy przepłynąć statek, a nawet przelecieć samolot.

Osobliwą urodę Kirkjufjara można podziwiać z dwóch perspektyw. Z góry, z wysokości klifu roztacza się cudowny widok na ocean i plażę. Stąpając po skalistym klifie szczególnie obudziła moją wyobraźnię forma skalna, najprawdopodobniej powstała w wyniku erozji i ciągłej walki skał z falami. W powierzchni, po której bezpiecznie i bez obaw stawiałam kolejne kroki, dostrzegłam ogromny otwór. W kostropatych skałach wyglądał jak prawdziwe wrota piekieł, co potęgowała wzburzona woda kotłująca się w dole. Stojąc na łuku dzielącym mnie o ponad sto metrów od czeluści morskich patrzyłam na ciągnący się w dal brzeg, niemal obietnicę nieskończonej doskonałości. Ta kusząca perspektywa skłoniła mnie do zejścia.

DSC_2568

Plażę Kirkjufjara można też podziwiać po prostu stąpając po jej czarnym piachu. Do jego  ciemnego koloru idealnie pasowała pochmurna aura dnia. Krok za krokiem pokonywaliśmy kolejne metry osłonięci od silnego wiatru i mgiełki wodnej ciepłymi bluzami i kurtkami. Bo jednego jestem pewna, w tych wodach Islandczycy nie mogą się kąpać. Po pierwsze fale są tu zbyt zdradliwe, po drugie- temperatura wody jest zabójcza, choć słyszałam, że coraz więcej śmiałków że świata surfing wybiera tą nietypową destynację, aby próbować swych sił w walce z falami.

Dużo łagodniejszy charakter ma plaża w pobliżu Hjörleifshöfði, góry wulkanicznego oddalonej od miejscowości Vík i Mýrdal o około 15 km. Powstała z tufu wulkanicznego i ma wysokość 221 m n.p.m, co przy absolutnie pustym i nizinnym terenie wokół wydaje się niezwykłe imponującą wielkością. Można wejść  na górę i podziwiać z pewnością wyjątkową panoramę okolicy. My jednak zdecydowaliśmy się najpierw zgłębić niedużą jaskinię. Wejście do jej wnętrza przypomina postać poprawnego Wikinga w hełmów z charakterystycznymi rogami. Być może moje pierwsze skojarzenie nie było tak zupełnie pozbawione sensu. Ponoć nazwa góry wywodzi się od Wikinga – Hjörleifura Hróðmarssonura – przybranego brata Ingolfa Arnarsona, ponoć pierwszego osadnika Islandii.

FB_IMG_1502171983278

Po wyjściu z jaskini kusi bardzo plaża, majacząca gdzieś ma horyzoncie. Warto podjechać autem, ale przy braku auta 4×4 trzeba mocno uważać, żeby nie zakopać się. Gdy jechaliśmy po wyjeżdżonych śladach terenówek myślałam, że nie dotrzemy do brzegu. Linia wody stale się przesuwała, mamiąc nas bliskim końcem podróży. Naprawdę duży kawał piachu trzeba pokonać, żeby stanąć na krańcu wyspy. Brakuje tu skalistych klifów, nie ma posępnych głazów, jest tylko piach. Ciemny piach i ciemna woda. Pięknie komponują się, dając ułudę niemal idyllicznej rajskiej plaży w nieco przyciemnionych tonach. Dogoniwszy tę osobliwą fatamorganę napawałam się jej rzeczywistym pięknem i przestrzenią tak dużą, że aż zniewalającą, gdy tylko niebo pochmurne nade mną, poseł mną piach wulkaniczny.

Trekking w parze

Skęciliśmy z One Road wciskając się nieco tylko bardziej w Interior. Zgodnie ze wskazówkami, jakie udało mi się zdobyć w miejscu poprzedniego noclegu tak właśnie mieliśmy zrobić.  W ten sposób dotarliśmy do nowego basenu leżącego nieopodal czynnego wulkanu Eyjafjallajökull, dokładnie tego samego, który wybuchł w 2010 roku, wrzucając w powietrze tony pyłu, wywołując gigantyczne straty przewoźników lotniczych i wprawiając w zakłopotanie prezenterów telewizyjnych, którzy łamali sobie na tej nazwie język. Jednak nowy basen nas nie interesował, chcieliśmy zobaczyć stary, a właściwie najstarszy.

FB_IMG_1502255941122

Seljavallalaug  wybudowany został w 1923 roku i działa do dziś. Stworzony został z myślą o nauce pływania, a za jego projekt odpowiedzialny był Bjorn Andresson. Jedną ze ścian akwenu tworzą naturalne skały, a pozostałe zostały wybetonowane. Zasilany jest gorącą wodą termalną, co pozwala zażywać kąpieli przez cały rok. Na pierwszy rzut oka wydaje się nieco upiorny. Opuszczony basen w samotnej dolinie w pobliżu wulkanu. Sceneria idealna do gęstego thrillera z gatunku tych przyprawiających o dreszcze na plecach. Jednak, gdy już wejdzie się do ciepłej wody i spojrzy na majestatyczną okolicę upiorne oblicze ustępuje, odsłaniając czyste piękno natury. Przyznaję, że basen z takim widokiem to prawdziwe rozpasanie zmysłu wzroku. I nie tylko. Kąpiel w ciepłe wodzie przy temperaturze bliskiej zera ma w sobie coś błogi relaksującego.

Z prawdziwym ociąganiem i dygocząc z zimna po wyjściu z basenu ruszyliśmy dalej. To prawdziwe przekleństwo Islandii. Można by tu w każdym miejscu spędzić długie godziny, a nawet dni.  Całe szczęście, że blisko była kolejna atrakcja.

FB_IMG_1502255929510

Widzieliśmy jak na dłoni prawdziwy cud przyrody jadąc drogą numer 1. Wystarczyło skręcić i po chwili byliśmy na miejsc. Ponad 60-meteowy wodospad Seljalandsfoss spada z klifu, stanowiącego dawną linię brzegową, robiąc przy tym wiele hałasu, ale też wprawiając w zakłopotanie swoją potęgę. Naprawdę można ją jednak poczuć zbliżając się do tej ogromnej masy wody spadając z impetem z klifu. Osobliwością Seljalandsfoss jest możliwość naprawdę bliskiego kontaktu, ponieważ za wodospadem prowadzi ścieżka. Stojąc za ścianą wody poczułam się jak jednym z filmów przygodowych. Brakowało tylko drzew, liany i pościgu. Z uwagi na dużą liczbę chętnych i goniący nas nieubłaganie czas nie spędziliśmy wiele czasu na spacerach wokół wodospadu. Widok ciężkich mas  wody opadających tuż przede mną pozostanie na długo w mojej pamięci.

Okraszeni wodą bryzgającą z dużą siłą wsiedliśmy ostrożnie do auta. Czekała nas jeszcze jedna niebanalna atrakcja – gorące źródła, a w szczególności gorąca rzeka w dolinie Reykjadalur, która leży godzinę drogi od miasteczka Hveragerði. Dobrze przyglądając się znakom bez większych trudności można trafić na niewielki parking u wrót Parującej Doliny. Dalej trzeba iść pieszo, trasa nie jest szczególnie męcząca ani trudna, a do tego cały czas można podziwiać wspaniałe widoki. Najciekawiej robi się niemal tuż u celu, gdy jak okiem sięgnąć  co kilka metrów pojawiają się wystające z ziemi kominy pary.

FB_IMG_1502255935856

Trekking w parze można zakończyć przy gorącej rzece lub wybrać szlaki prowadzące dalej. Jest też możliwość wybrania się tu konno. Konie islandzkie pomimo niepozornego wzrostu są bardzo silne i wytrzymałe. Zdecydowaliśmy się na gorącą rzekę, jednak że kostiumy leżały mokre, zawinięte w foliową reklamówkę w walizce, więc nasza kąpiel ograniczyła się do nurzania stóp w bardzo ciepłej wodzie i odpoczywają na drewnianej kładce. Islandczycy umiejętnie stworzyli tu pewne udogodnienia dla turystów, jednocześnie nie niszcząc malowniczego krajobrazu. Niewielkie przebieralnie i kładki z drewnianych desek są ukłonem w kierunku tych wszystkich, którzy zdecydowali się na ponad 4 kilometrowy spacer pod górę. Relaks z takimi widokami sądzę jest wystarczającą nagrodą za trud trekkingu.

Zabierałam ze  sobą ostatnie wspomnienie z Islandii owiane ciepłą parą. Wsiadła do samolotu z ciężkim sercem, jednocześnie czując spełnienie i niedosyt. Zrobiliśmy maksimum na jakie starczyło nam sił i czasu. Jednocześnie w wielu miejscach chciałabym zostać na dłużej i mocniej się nimi nasycić. Cieszyłam się, że momentami zwalnialiśmy, jak na plaży w Vík czy podczas kąpieli w gorących bałam niedaleko Höfn. Dzięki temu poczułam Islandię a nie tylko ją zobaczyłam. Wiem już, że tam wrócę. Jeszcze cały Interior.

autor: Magdalena Drajkowska

O tym co można zobaczyć, w stolicy Islandii przeczytacie TU, a o innych atrakcjach wyspy na kolejnych postach na blogu o Złotym Kręgu, Północy, Wschodzie.

Więcej na Funpage Zza Grubych Szkieł w albumie Islandia: mapa skarbów Południa

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *