Islandia,  Relacje

Islandia: Na Wschodzie bez zmian?

Wschód jest z reguły zły. Na Wschodzie nie dzieje się nic lub dzieje się źle. To pokłosie czasów powojennych, gdy Winston Churchill słowami o żelaznej kurtynie streścił porządek pojałtańskiego świata. Dotychczasowy kontrast między bogatą Północą a biednym Południem został wyparty przez cywilizowany Zachód i zacofany Wschód. Ukształtowana linia demarkacyjna cywilizacji ciągnie się za nami kilkadziesiąt lat, a w krew weszło nam to już tak bardzo, że nie tylko Europę, ale i poszczególne kraje dzielimy na Zachód, postępowy i Wschód, gdzie nic się nie dzieje. Stagnacja nie musi mieć pejoratywnego wydźwięku. Nietknięta przez wieki cywilizacyjną naleciałością natura jest przecież zjawiskiem powszechnie budzącym zachwyt. Okazję do odkrycia dobrej strony „zacofanego” Wschodu dała mi Islandia. Niby nic się tam nie dzieje, a zatraciłam się w tych fiordach bez reszty.

DSC_1356

Wschód Islandii według mnie

Ten kierunek na mapie wyspy wydaje się banalny do określenia. To po prostu prawa część, gdy się patrzy na mapę tak po prostu, z góry. Ja jednak w swoim postrzeganiu Islandii zupełnie wyłączam interior. Środek wyspy jest przez część roku nieprzejezdny i niedostępny. Rządzi się własnymi prawami. Jeszcze ich nie poznałam, ale mam nadzieję to nadrobić. W mojej topografii zostaje więc do rozpatrzenia otoczka interioru, czyli szeroki pas ziemi wokół drogi numer 1.

Północ zaczyna się według mnie gdzieś od Blönduós i ciągnie się przez całą górę wyspy, gdzieś do jeziora Mývatn. W jego regionie zaczyna być cieplej, a to właśnie zimno kojarzy mi się najmocniej z Północną. Gdy droga między śniegami zaczyna łagodność, Północ można pożegnać. Drugi biegun to Południe. Zajmuje dół wyspy, najeżony jest łatwo dostępnymi dla turystów atrakcjami. Według mojej topografii wyspy Południe rozciąga się od Reykjavíku do Höfn. Ma dobrą drogę, przyjemną pogodę i infrastrukturę doskonale przygotowaną na odwiedzających.

Patrząc z wysokości 157 cm wzrostu na mapę Islandii na lewo jest Zachód. Właściwie to Złoty Krąg i Fiordy Zachodnie, które najlepiej definiują to, co po tej lewej stronie mapy jest istotne. A po prawej?

Nie znajdziecie zaznaczonych atrakcji turystycznych, ciężko nawet o miasteczka, a linię brzegu znaczą żółte latarnie. Między Egilsstaðir a Höfn nie ma nic. Jest Wschód, a na Wschodzie jak to na Wschodzie dzieje się źle albo nie dzieje się nic.

Początek niczego

Egilsstađir jest jednym z większych miast wschodniej części wyspy. Ponad 2000 mieszkańców to gęstość zaludnienia optymalna jak na metropolitalne warunki Islandii. W tym mieście zaczyna się mój Wschód wyspy. Zatrzymaliśmy się w sterylnie czystym, porażającym bielą i jasnym wystrojem hostelu. Właścicielka przekonująco zachęcała nas do przejażdżki wokół jeziora Lagarfljót. Z uwagi, że zbiornik wydawał się być sporej wielkości, a czas wydawał się nam przyzwoity poszliśmy za radą sympatycznej, starszej pani. Tym, co szczególnie zachowalała w okolicy były drzewa, a właściwie kompleks leśny Hallormsstaðursskogar.

DSC_1284

Na Islandii drzew jest niewiele. Być może gdyby Pierwszy Osadnik wraz ze swoją drużyną i rodziną nie zapoczątkował tak intensywnej ich eksploatacji, wyspa byłaby porośnięta sosnami, świerkami lub innymi gatunkami. Jednak nie dziwię się, że przybywszy na nowy ląd, gdzie warunki klimatyczne były wymagające, zdecydował się na najprostsze rozwiązanie. Do budowy wybrał drzewo. Drzewo wybierali także następni. Dziś teren Islandii pod kątem znalesienia przypomina prawdziwą pustynię z oazą wokół jeziora Lagarfljót. Wierzę, że jest to atrakcja dla Islandczyków, ale nie dla Polaków i już na pewno nie w kwietniu, gdy gałęzie raziły bezlistną nagością. Mimo wszystko zdecydowaliśmy zapuścić się nad jezioro. Obserwując ilość campingów jakie znajdują się na tym terenie można stwierdzić, że to faktycznie jedno z ulubionych miejsc wypoczynkowych Islandczyków. W kwietniu jednak zionęło pustką.

Kto rozsądny będzie jechał do ogołoconego z zieleni lasu nad jeziorem, gdy nawet stopy w wodzie nie da się zanurzyć? Pierwsza opcja: ktoś kto objeżdża wyspę dookoła i poszukuje sensownej bazy noclegowej na Wschodzie. Druga opcja: poszukiwacz potworów. Jezioro Lagarfljót podobnie jak Loch Ness posiada mitycznego mieszkańca.

Według legendy, powtarzanej niegrzecznym dzieciom i łatwowiernymi dorosłym od wieków, potwór Lagarfljótsormurinn to wielki robak albo wielki ślimak. Legenda jest tak absurdalna, że nie wiem czy nawet ziarno prawdy można w niej znaleźć. Zaczyna się od…

Dawno, dawno temu żyła sobie kobiet w gospodarstwie Hérađ nad jeziorem Lagarfljót. Miała ona córkę, której w prezencie podarowała złoty pierścień. Dziewczyna pragnąc dobrze wykorzystać pierścień zapytała matki, co zrobić, by zyskać najwięcej z tego złota. Rodzicielka poradziła jej umieścić pierścień pod robakiem vel. ślimakiem.

DSC_1288

I tu już mi się sypie cała legenda. Trudno mi wyobrazić sobie równie nieprawdopodobną poradę, ale może takie sposoby na pomnażania kapitału i dywersyfikację portfela inwestycyjnego były w średniowieczu, choć nic mi o tym nie wiadomo. Kontynuując…

Dziewczę skorzystało z porady matki. Zdobyło robaka. Umieściło pod nim pierścień i schowało w szkatułce. Po kilku dniach, gdy ciekawość nie dawała spokoju, dziewczyna otworzyła szkatułkę i zobaczyła, że robak tak bardzo urósł, iż nie mieści się w puzderku. Przestraszona takim tempem wzrostu wyrzuciła i szkatułkę, i robaka do jeziora, gdzie rósł dalej, osiągając wreszcie rozmiary potwora.

Nawet nie będę ironizować już tego fragmentu. W końcu to legenda, część historii i kultury islandzkiej, my też mamy Dratewkę i smoka, bazyliszka i stosy nieprawdopodobnych historii, więc nie mi oceniać wierzenia bałamutne dawnych Islandczyków. Po prostu legenda jest naciągana, jak to legenda.

Jednak są amatorzy, którzy w wielkiego ślimaka czy robaka wierzą. Mało tego są przekazy historyczne, w których świadkowie dowodzą, iż na własne oczy widzieli potwora. Ja nie zaobserwowałam nic podejrzanego, żadnego łuskowatego grzbietu ani długiego ogona. Nic. Cisza i spokój. Tylko spokojna tafla wody pięknie położonego jeziora lekko falowała przede mną.

Długa kręta nić

To co dziś oglądamy? – spytał Maciek, gdy zbieraliśmy rankiem ze stołu filiżanki po kawie i herbacie.

Długo, długo nic.– odpowiedziałam, wstawiając umyte naczynia do szafki w hostelowej kuchni.

Ale jak to? – dopytywał Maciek, patrząc trochę z niedowierzaniem, bo zawsze mam plany awaryjne planów awaryjnych, żeby coś ciekawego zobaczyć.

Do Höfn, do popołudnia nie mamy żadnych planów. Na mapie żadnej atrakcji. Oprócz fiordów.– powiedziałam zgodnie prawdą.

DSC_1787

Po godzinie zostawiliśmy za sobą nawiedzone przez potwora jezioro i zanurzyliśmy się w tej nicości Wschodu. Urokliwy charakter fiordów zdradza już pierwsze miasteczko. Reyðarfjörður leżące nad fordem o tej samej nazwie rozciąga się wzdłuż ulicy. Właściwie przejechaliśmy przez nie, zatrzymując się tylko na chwilę zauroczeni pięknem rzeźby terenu. Niewielkie miasteczko tylko dodało całemu otoczeniu przyrody wdzięku. Na szczęście odległości między miejscowościami były nieduże i tak wdzięczne osiedla ludzkie mijaliśmy na całej długości fiordów wschodnich. Mogliśmy zatrzymywać się. Mogliśmy po prostu stanąć i patrzeć chwilę lub dwie.

Przemierzając fiordy wschodnie Islandii zrozumiałam znaczenie niezrozumiałej dla mnie sentencji, poczułam wręcz, że droga może być celem podróży. Taka droga na pewno. Była niesamowita. Meandrowała między brzegiem a wodą raz wysoko, innym razem nisko niemal płynnie przechodząc w czarne piaski plaż.

Najcudowniejsze były momenty , gdy strome zbocza z jednej kontrastowały z urwistymi brzegami, urywającymi się przy klifach. Linia brzegowa poprzetykana żółtymi latarniami raz się przybliżała, po chwili oddalała. Pozwała zrozumieć jak nigdzie indziej filozofię żywiołu wody, kapryśnego, niepokornego, władczego. W jego tafli jak w lustrze odbijały się klify tak wysokie i surowe, że zdawały się wszechwładnymi herosami tej zapomnianej przez Thora i turystów krainy.

DSC_1745

Na granicy Wschodu i Południa

Tu mamy nocleg? – spytał Maciek, zmieniając ustawienia w nawigacji, gdy zatrzymaliśmy się na parkingu w Höfn nieopodal wybrzeża.

Nie. Trochę dalej. Poczekaj. – wygrzebałam z plecaka rezerwację. – Seljavellir Guesthouse. Wpisz adres z rezerwacji.  – podałam kartkę, jednocześnie poprawiając stosy pozostałych arkuszy, które zawsze wożę ze sobą. Teczki pełne rezerwacji, wskazówek dojazdów, zdjęć wydrukowanych z Google Street, wszystko, żeby jak najszybciej dostać się do miejsca noclegu, bez błądzenia. Planować wyjazdy uwielbiam, ale mimo to często zdarza się jeszcze iść na żywioł w podróży.

Nawigacja nie widzi tego adresu. – zawyrokował Maciek. – Będziemy jechać na czuja.

Dobra. – dla potwierdzenia słów skinęłam głową. – To chodź zobaczymy co jest w tym Höfn.

Zaparkowaliśmy blisko wybrzeża. Po krótkim spacerze byliśmy już nad rozlewiskiem. Rozległy obszar był podmokły, porośnięty trawą. Przygotowana została nawet ścieżka spacerowa z elementami edukacyjnymi.

DSC_1805

Pokręciliśmy się chwilę po tym cyplu wystającym na południowy-wschód, zajrzeliśmy do miasteczku po zakupy i… jak to na wschodzie, spokój. Nieciekawa, nieskoordynowana zabudowa nie zachęcała do spacerowania.

Wreszcie zdecydowaliśmy się pojechać i zameldować, bo strasznie chciałam jeszcze powygrzewać się w balach z gorącą wodą. Dowiedzieliśmy się o nich od Marka pracującego na jednej ze stacji benzynowych, gdy opuszczaliśmy Akureyi, który na kartce w kratę, ołówkiem nakreślił kilka linii i punktów, obrazujących schemat dojazdu.

Najpierw jednak hotel. Przeszedł moje oczekiwania. Zupełnie nowy obiekt, świeży, pachnący jeszcze magazynem z materiałami budowlanymi. Podbił moje serce. Na mojej niespisanej liście najlepszych obiektów, gdzie spałam, Seljavellir Guesthouse jest z pewnością w pierwszej piątce. Żywica na podłodze, beton, drewno. Czerń, pomarańcz, biel. Brak dekoracji. Proste linie. Dokładnie to, co uwielbiam. Minimalizm. A do tego widok na lodowiec majaczący w oddali. Zachód słońca oglądany niemal z łóżka przez ogromne, przeszklone drzwi tarasowe był jedną z tych chwil, które głęboko zapadają w człowieka. Wwiercają się przez tkanki, kości, tłuszcz i zostają na zawsze. Urzeczona tak bardzo nie uwieczniłam tego widoku na zdjęciu. Ale w głowie…do dziś pamiętam kąt padania każdego promienia na drewniane deski przed drzwiami. Niby Wschód a jednak coś zaczyna się dziać.

Nie mamy w zwyczaju przesiadywać długo w hotelach, więc ledwo się zameldowaliśmy, zachłysnęliśmy wyglądem hotelu, a już gnom niecierpliwości gnał nas dalej i dalej.

W pożądliwości skorzystania z termalnych źródeł zawitaliśmy na zapomnianą przez wszystkich farmę. Pustkowie. Przy niewielkim wzniesieniu stały ustawione plastikowe bale. Obok zwisła niepewnie trzymająca się tabliczka z napisem „Wrzuć pieniądze do rury”.

Wrzuciliśmy i już mogliśmy korzystać z czterech okrągłych bali o różnej temperaturze wody. W tempie błyskawicy przy 2 stopniach ciepła zdejmowałam ubrania, by po chwili zanurzyć się w rozkosznie ciepłej wodzie. W każdej bali woda miała inną temperaturę, pozwalając stopniowo przygotować się do prawdziwie gorącej kąpieli. Zaczęliśmy od poziomu trzeciego zbyt zmarznięci by czekać dać organizmowi chwilę na przyswojenie temperatury. Błogość. Zanurzona po szyję w gorącej wodzie na wschodnich krańcach Krainy Lodu czułam błogość. Stan ten cechuje jednak ulotność. Po pięciu minutach czułam uderzające gorąco. Intensywność ciepła wymusiła przeniesienie się do nieco chłodniejsze wody, a potem do jeszcze chłodniejsze i z powrotem do gorącej. Przyjemność wygrzewania się trwała tak długo, że nawet nie zwróciłam uwagi jak opuszki palców marszczą się aż wreszcie zaczynają przypominać wysuszone rodzynki. Ten stan zawsze alarmuje mnie, że pora wyjść. Bez gęsiej skórki, w samym kostiumie, powolnym krokiem zmierzałam by się ubrać, a wokół temperatura zaczynała zniżać się do zera.

DSC_1840

Z gorących źródeł wybraliśmy się do miejsca mroźnego, skutego warstwami zamarzniętej ziemi. Lodowiec Hoffellsjökull jest mniej popularny niż Langjökull czy Eyjafjallajökull. Bliska odległość od Höfn zachęciła nas jednak do przyjrzenia mu się nieco bliżej. Prowadzi do niego droga szrutowa, co po prostu czuć pod wolno kręcącymi się kołami. Lodowiec prezentuje się wyjątkowo. Ściany lodu piętrzą się w górę, a czarne, błotniste otoczenie sprawia, że rozgrywa się tu najbardziej hipnotyzujące zjawisko. Krystalicznie czysta, przejrzysta tafla lodu zalewa się z ciemną ziemią wulkaniczną. Ogromne bryły lodu wyglądają przez to jakby właśnie wynurzały się z błotnej kąpieli. Hoffellsjökull tak jak pozostałe lodowce, stanowiące aż 11% powierzchni Islandii, nadaje wyspie jej unikalnego charakteru. Sprawia, że tak bardzo różni się od reszty świata.

DSC_1874

  *     *    *

Na Wschodzie Islandii nic się nie dzieje. Trawę na fiordach smaga wiatr. O skały odbijają się fale. Niekiedy błyśnie w dali żółty kolor niewielkiej latarni. Czasem w oddali widać stado reniferów powoli i bez obaw przemierzających te pustkowia. W tej nudzie i nicości Wschodu kryje się prawdziwy charakter wyspy. Jeszcze nieosławiony, nieodwiedzany skraj Islandii. Esencja klimatu sennej wyspy zamknięta między Egilsstađir a Höfn pozwala docenić piękno tak oczywiste, że aż przytłaczająca. Droga przez fiordy wschodnie jest przeżyciem, emocją, żywym płótnem romantyków. Tuż za Höfn Islandia traci ciszę. Pojawiają się lodowce, wulkany, gorące źródła, atrakcje, na które się czeka, po które jedzie się na Islandię. Warto czasem wybrać drogę niezwykłą, dlatego nie rezygnujcie ze Wschodu wyspy.

O tym co można zobaczyć, w stolicy Islandii przeczytacie TU, a o innych atrakcjach wyspy na kolejnych postach na blogu o Złotym Kręgu, Północy,  Południu.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej na Funpage Zza Grubych Szkieł w albumie Islandia: Na Wschodzie bez zmian?

3 komentarze

Pozostaw odpowiedź Ewelina Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *