Islandia,  Relacje

Islandia: Wiem, gdzie Zima mieszka w kwietniu!

Opuściliśmy Borgarnes zimnym rankiem i zgodnie z planem mieliśmy dotrzeć na Północ. Droga nabrała tak naprawdę rumieńców, gdy zjechaliśmy z „jedynki”, głównej drogi okrążającej wyspę. Po drodze chcieliśmy zboczyć do Húsafell, kuszącego z kart przewodników eksploracją jaskiń. Ale jak to z przewodnikami bywa, potrafią omamić ciekawym opisem, intrygującą atrakcją, by innym razem przemilczeć naprawdę niezwykłe miejsca. Dlatego nigdy nie zdaję się na łaskę jednej książki. Przekopuję Internet i namiętnie czytam literaturę podróżniczą. Chętnie też sięgam po eseje lokalnych autorów.

 

W drodze na Północ

Dziwnym zrządzeniem losu nic nie przygotowało mnie na taki widok. Wodospady Hraunfossar i Barnafoss nie pojawiły się w  tych wszystkich opracowaniach, relacjach na blogach, opisach podróży. Jakby objęto je zmową milczenia. A to dziwne, bo wyglądały bardzo efektownie. Dotarliśmy do nich dzięki Islandczykom, który wpadli na pomysł, żeby zakomunikować jadącym obcokrajowcom obecność cudowności różnego rodzaju w bliskiej odległości od drogi. Oznaczenie ma formę tablicy z  symbolem przedstawiającym kwadrat z kółeczkami w rogach.

Oba  wodospady – Hraunfossar i Barnafoss – są fantastycznie przystosowane do zwiedzania. Szczególnie ciekawie prezentują się oglądane z poziomu pomostu drewnianego, przerzuconego między dwoma ścianami wąwozu, do którego wpadają wody Hraunfossar i Barnafoss. Stojąc na wysokości doskonale widać z jaką siła woda Barnafoss spada, jak kotłuje się w dole, jak meandruje i buntuje się przeciw swojemu nieuniknionemu losowi. Zupełnie odmiennie wygląda Hraunfossar. Stanowi całkowite przeciwieństwo swojego sąsiada. Właściwie to ciężko tu mówić o jednym wodospadzie. Jest to ogromna ilość cienkich strumyczków, które wartkim strumieniem wypływają ze skały i spadają na dół, tworząc na ścianie wąwozu malowniczą plątaninę wodnych strug.

dsc_0092

Z radością powitałam Húsafell. Miał być to teren rekreacji i niezwykły obszar zieleni, gdzie rzesze Islandczyków ściągają w sezonie wakacyjnym. A tu nic! Liczyłam się z tym, że zieleni w kwietniu to jeszcze nie zobaczę, ale te  osławione pola lawowe, zrobiły na mnie wrażenie postapokaliptycznej pustyni. Do jaskiń tak rozwlekle opisanych w przewodniku nie dotarliśmy. Osobowe auto nie miało szans. Pewnie nawet kiepska terenówka by się poddała. Utwierdził mnie w tym przekonaniu wygląd auta, które mijaliśmy wycofując się z Húsafell. Gigant miał koła wielkości mojego wzrostu!  Tak, byłam trochę rozczarowana,  ale nauczyłam się już jakiś czas temu, że podróży nigdy nie da się zaplanować we wszystkich szczegółach i w moim odczuciu to nawet lepiej.

W aucie rzuciłam okiem na trasę. Na papierowej mapie zaznaczone były warte uwagi miejsca. Do Blönduós ilość dostępnych atrakcji raczej nie powalała. Wyruszając trochę niepocieszona z Húsafell bardzo liczyłam na jakiś cud…natury. I jak na życzenie po 60 km przejechanej drogi stanęliśmy u stóp krateru Grábrók o wysokości 170 metrów. W pobliżu znajdowały się jeszcze dwa inne kratery, z których 3400 lat temu strumieniami wypływała lawa. To jednak Grábrók jest z nich największy – nie na tyle żeby się zmęczyć  wchodząc po drewnianych stopniach schodów, ale na tyle by zainteresować i skłonić do kilku chwil przerwy. Warto podziwiać jego okolicę.

dsc_0217

Kratery znajdują się w paśmie górskim Ljósufjöll i w bezpośrednim sąsiedztwie pola lawy. Cały teren jest świetnie przystosowany do zwiedzania. Ścieżka zrobiona z drewnianych deseczek prowadzi od podnóża ku górze. Na krawędzi można napawać się widokiem pustkowia, którego ziemia przysypana została zastygłą lawą i kamieniami. Zwiedzających to miejsce było jak na lekarstwo. Gdy my wchodziliśmy po schodkach, akurat starsza para opuszczała to miejsce. Idealne warunki do zdjęć. Żadnych mistrzów drugiego planu. Tylko my! Na Północy czekały na nas nie tylko magiczne krajobrazy, ale też magiczne miasta.

Miasta Północy

Jestem głodna – poinformowałam Maćka dopijając colę z butelki. Byliśmy u wrót Północy. Do Hvammstangi zostało nam kilkanaście kilometrów. Ustaliliśmy, że zatrzymamy się tam na chwilę i zjemy. Dopiero po czasie dowiedzieliśmy się, że jest to „stolica” fok. Zwierzaki ponoć chętnie wylegują się w tej okolicy, nie robiąc sobie nic z przypatrujących im się gapiów. Na te informację trafiłam jednak dużo później.

Ja też – odpowiedział Maciek – Za kilka minut będziemy. I jak rzekł, tak i się stało. Po kilku chwilach znaleźliśmy się w mieście. Uznawane jest za jedno z bardziej zamieszkanych w tym regionie. Nie powinno więc nikogo dziwić moje zdziwienie, gdy je zobaczyłam. W Hvammstangi mieszka około 600 osób, które utrzymują się z rybołówstwa i wydobycia krewetek. W  tak niewielkim miasteczku mogliśmy liczyć co najwyżej na bistro na stacji benzynowej. Mogę śmiało powiedzieć, że jadłam w najlepszej restauracji w mieście…bo jedynej. Z apetytem pochłonęłam hamburgera i frytki, które naprawdę dobrze smakowały jak na stację benzynową.

dsc_0280

Z Hvammstangi został tylko kawałek drogi do Blönduós, a dzień był jeszcze młody. Postanowiliśmy więc się  pokręcić jeszcze po okolicy. Ruszyliśmy w kierunku Skagaströnd równie niewielkiej miejscowości wysuniętej jeszcze bardziej na Północ. W miasteczku znajduje się malowniczy obszar Spakonufellshofdi, zamieszkany przez wiele różnych gatunków ptaków. W oddali majaczyło wzniesienie Spákonufell. Nie ciągnęło nas tam jednak. Tak naprawdę chciałam już pojechać do pensjonatu i przejść się po okolicy. Niezwykle spodobało mi się Blönduós.

Nocleg zarezerwowałam w Kiljan Guesthouse. Świetne miejsce! Kameralny obiekt położony jest tuż obok rzeki Blanda, a właściwie obok ujścia rzeki do Oceanu. Przywitała nas ciepło i z uśmiechem sympatyczna młoda kobieta. Już po chwili okazało się, że Paulina jest Polką i od miesiąca przebywa w Islandii. Ściągnęła ją tu mama, która pracowała już rok w tym miejscu. W całym domu unosił się zapach pieczonej szarlotki. Nie powiem ślinka pociekła mi, ale hamburger dopiero się trawił i nie miałam w żołądku jeszcze wolnego miejsca na kawałek jabłecznika. Obeszłam się smakiem. Postanowiliśmy przejść się w kierunku wzniesienia.

Odcinek do pokonania okazał się zbyt mały dla nas, więc postanowiliśmy pokręcić się trochę po miasteczku. Wyglądało jak z serialu „Przystanek Alaska”. Życie towarzyskie na pierwszy rzut oka koncentrowało się na stacji benzynowej. Trudno mi określić czy to reguła w 700-osobowym miasteczku, czy po prostu trafiliśmy na weekendową dziurę czasową, w związku z czym być może tylko stacja i supermarket działały. W całej tej miasteczkowej scenerii najefektowniejsza wydała mi się jednak plaża przy rzece Blanda. To naprawdę sporych rozmiarów rzeka przecinająca miasto. Swoje źródło ma w południowo-zachodniej części lodowca Hofsjökull, a bieg kończy w zatoce Húnaflói, tuż obok pensjonatu, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg.

dsc_0341

Podążając w kierunku Kiljan Guesthouse minęliśmy Paulinę w dużym terenowym aucie. Przystanęła na chwilę i zachęciła nas do eksploracji brzegu, gdyż potrafią wylegiwać się na nim foki. Jednak nie to sprawiło, że aż zapiałam z zachwytu.

Widzieliście zorzę? – spytała nas Paulina.

Nie. A to nie tylko zimą? – odparłam nieco zaskoczona. Nie wiem czemu ubzdurałam sobie, że zorze polarne upolować można na Islandii tylko w okresie zimowym.

–  To musicie koniecznie zobaczyć dziś!

O której?  Gdzie? – poziom mojego podekscytowania osiągnął stopień wrzenia.

Zorza idzie z gór i kończy się na naszym domu, więc możecie ją zobaczyć nawet z okna. Koło północy, ale właściwie to możecie wyglądać już o 23.

Paulina po rozmowie pojechała do miasteczka, a my jeszcze poszliśmy szukać fok na brzegu. I znów nie dojrzeliśmy żadnej.  2:0 dla nich. Ale na tym nie koniec naszych foczych poszukiwań na Islandii!

Postanowiliśmy czekać do 23. Ja zanurzyłam się lekturze „Krocząc w Ciemnościach” Leonie Swann, a Maciek buszował po necie. Finał był taki sam. Oczy nam się zamknęły i przespaliśmy dwie bite godziny. Przezornie budziki ustawiliśmy na 23. Brzęczący dźwięk wyrwał nas z głębokiego snu. Z półprzymkniętymi oczami ubierałam się. Wyszliśmy. Ona już czekała. Zielone wstęgi najpierw nieśmiało, potem trochę odważniej wysuwały się na grant nieba. Na horyzoncie jeszcze widać było jaśniejsze pasmo. Słońce ponoć nigdy tu nie zachodzi latem, a wiosną niemal o północy jeszcze widać  ostatnie jego promienie. Staliśmy jeszcze parę chwil napawając się pięknem w najczystszej postaci.

dsc_0427

Kilkanaście godzin później byliśmy już w drodze do stolicy Północy. Zatrzymaliśmy się na chwilę na farmie Glaumbær w miejscowości Skagafjörður. To właściwie obowiązkowy przystanek, pozwalający poznać nieco historię Islandii. Kompleks 13 domków powstał na przestrzeni XVIII-XIX wieku.  Zgodnie z tradycją powstały z torfu, ba! jeszcze do niedawna Islandczycy mieszkali w torfowych domach. Dziś to już przeszłość, a takie urocze domki są już reliktami przeszłości – przez jednych porzuconych z wielką chęcią na rzecz wygodnych, współczesnych budynków z centralnym ogrzewaniem, przez innych z nostalgią wspominanych. Kolejny przystanek to Akureyri – stolica Północy.  W warunkach polskich nie zostałoby nazwane stolicą czegokolwiek. Jednak w tych warunkach 18 tys. mieszkańców trzeba uznać za wyznacznik sporej aglomeracji. Znaleźliśmy tu nawet centrum handlowe. No cóż stolica Północy uchodzi za nieco snobistyczną i zarozumiałą. Postanowiliśmy wybrać się do jądra tego burżujskiego miasta.

dsc_0510

Główna i najstarsza część miast, rozpoczyna się przy głównym placu. Miejsce to od zawsze tętniło życiem. Przyznam, że mnie zabudowa tej przestrzeni nie zauroczyła, co innego budynki przy Hafnarstræti. Mieści się tu kawiarnia. Granatowy budynek powstał w 1913 roku i wyróżnia się bajeczną architekturą. Dwie baszty ze spiczastymi dachami przywodzą na myśl kreskówkowe zamki. Tuż obok mieści się zielony budynek hotelu, po przeciwnej stronie księgarnia, a trochę dalej sklepy z pamiątkami. Mniej więcej w połowie ulicy łypią wzrokiem na przechodniów trolle. A to akurat rzadkość, bo spotkać je można raczej na pustkowiach i między skałami w górach. To dość szpetne istoty, które stanowią jeden z najpopularniejszych „towarów” eksportowych Islandii. Jeszcze do niedawna w ogólnych statystykach można było zaobserwować, że Islandczycy wierzą w tajemne moce oraz istoty nie z tego świata. Dziś już nie straszy się dzieci trollami, ale ich obecność na trwałe wpisała się w kulturę narodową.

W połowie Hafnarstræti nie sposób nie dostrzec widniejącego na wzniesieniu kościoła. Akureyrarkirkja, zaprojektowanego tą samą ręką co słynna, „bazaltowa” świątynia w Reykjavíku. Prowadzą do niej długie, rozległe schody. Nie jest to budowla imponująca i monumentalna, ale z pewnością efektowna. Do wnętrza tylko zajrzeliśmy. Prosta forma dominowała również tu. Dekoracyjności dodawały witraże. Jednak to nie kościół na wzniesieniu, nie urokliwa uliczka w najstarszej części miasta, nic z tych rzeczy nie zrobiło na mnie tak dużego wrażenia jak widok samolotów lądujących na wodzie. Lokalne lotnisko posiada pas startowy na wodzie. Podchodzące do lądowania samoloty majestatycznie zawieszają się nad wodami zatoki. Stojąc na wąskiej drodze Pjodvegur można podziwiać ten spektakl podniebny. Według mnie stąd też rozciąga się najbardziej malowniczy widok na wzniesienia otaczające stolicę Północy, a najdalej na Północ dotarliśmy do Husavíku.

dsc_0663

Miasto położone jest nieopodal koła podbiegunowego przez co latem praktycznie przez 24 godziny można cieszyć się słońcem. Trafiliśmy na kilka dni przed sezonem. Od połowy kwietnia bowiem miasteczko zrzuca zimową kołdrę spokoju i ruch turystyczny gęstnieje.  Jest to – według lokalnych twierdzeń – najpewniejsze miejsce na morską wyprawę w poszukiwaniu wielorybów. I tu uwaga dla eksperymentatorów kulinarnych. W Husavík na pewno nie skosztujecie setka wieloryba. Przynajmniej według oficjalnych informacji. Nieoficjalnie – pływają daleko od wyspy kutry, które poławiają wieloryby, konkretnie jeden gatunek nieobjęty ochroną. Z rozmów z lokalnymi mieszkańcami i pracownikami portowych tawern uzyskałam jasny komunikat: My tu nie jemy wielorybów, my je chronimy. Nijak mają się do tego opisy, które znajdowałam na stronach internetowych, przedstawiające kuchnię islandzką. Zjedzenie wieloryba nie było dla mnie priorytetem. Zdaje się to mądre i dostojnie zwierzę, żal by go było. Nie poszukiwałam dalej. Przyjęłam do wiadomości i zasmakowałam w lokalnej rybie. Solony dorsz z grzybowym risotto zaspokoiły głód. Ze spokojem mogłam potem przyglądać się portowym łajbom. Trochę na uboczu remontowano żaglowiec. Prawdziwa dama mórz! Mocne burty i zszargany takielunek kryły zapewne nie jedną porywającą historię.

Podmuch zimy wiosną

Biało. Wszędzie biało. To kwiecień.  W Polsce nie widziałam takiej ilości śniegu od dawna. Nie wiem czy kiedykolwiek w nadwiślanskim kraju widziałam tyle śniegu nawet w najsroższą zimę.  Jestem przekonana, że właśnie tu, na północy Islandii zima spędza wiosnę. Nie wiem czy istnieją granice, wyraźnie oddzielające południe i północ w tym małym kraju. Dla mnie było nią miasteczko Blönduós – od tego miejsca rozciągała się dla mnie Północ. Temperatura minusowa i mroźne powietrze szczypiące w policzki jakby zwiastowały to, co czekało nas na trasie. Biały całun spowijał okolicę. Jedynym wyrazistym punktem była czarna nitka drogi prowadząca nas wzniesieniami i zakrętami coraz dalej i dalej na północ. Wyjeżdżając między ośnieżone wzniesienia w głowie brzmiały słowa już chyba klasyki… Winter is coming. Prawda jest jednak taka, że Zima już tu jest i wydaje mi się, że tu spędza całą wiosnę. Z jednej strony czułam ogromną ekscytację, przemierzając tę białą krainę, z drugiej niepokoiłam się, czy pod tym puchem uda mi się dojrzeć naturę Północy, jej przyrodę i jej popisowe dzieła. Gdy zostawiliśmy za sobą Akureyri kierując się w stronę Jeziora Mývtan śnieg jakby zależał, ale w dalszym ciągu pokrywał połacie wulkanicznej ziemi. Na szczęście rwące potoki wody Skjalfandafjolt tworzące malowniczy wodospad Godafoss były dobrym zwiastunem, oznaczało to, że pomimo pokrywy śnieżnej na pewno coś zobaczymy.

dsc_0798

Godafoss, czyli Wodospad Bogów, jest piękny. Wydaje mi się, że wrażenie to osiągnął dzięki swojej dzikości. Spokojna rzeka spada gwałtownie, kaskadami w dół z wysokości, miejscami nawet 15 metrów. Strumienie spektakularnie uderzają o skały w dole, z hukiem objawiając nieugiętą moc natury. Prezentuje się to naprawdę efektownie. Mało kto będący pod jego urokiem zastanawia się nad jego nazwą, która  kryje w sobie tajemnice ogromnego znaczenia tego miejsca dla kultury Wikingów. Do tego właśnie wodospadu wrzucone zostały posążki pogańskich bożków na znak ostatecznego zerwania z dawną religią, gdy Islandia przyjęła chrześcijaństwo.

Nie sposób nie zauważyć, a nawet nie usłyszeć Godafoss, gdy jedzie się drogą nr 1. Kierując się nią dalej na wschód dotarliśmy do wyjątkowego jeziora Mývatn. Jego malownicze wody były tylko częściowo skute lodem, a w tych miejscach, które lód opuścił rozgościły się nawet dzikie ptaki. Jednak to, co zaskakuje najbardziej to nagromadzenie kraterów. Nie ma na Islandii drugiego takiego miejsca. Mnie ujęły Mroczne Zamki, zwane Dimmuborgir. To zastygłe przed wiekami formacje skalne, które przyjęły posępne kształty tworząc mroczny labirynt. Nie sposób odmówić im pewnej upiornej urody. Historia mrocznych wież i kominów nie ma w sobie niestety nic z porządnych thrillerów czy horrorów. Powstały jak przystało na Islandię w wyniku oddziaływania lawy. Jeszcze nim na tym terenie powstało jezioro Mývatn, obszar zajęty był przez mniejsze jezioro lawowe.  Przedostająca się z tutejszych kraterów ława utworzyła właśnie te przedziwne formacje. Patrząc na ten krajobraz miałam wrażenie, że byłoby to idealne miejsce na królestwo trolli.

dsc_0869

Tym, co przyciąga turystów w te okolice jest nie tylko piękne, rozległe jezioro Mývatn z urokliwymi wysepkami, nie tylko kratery, nie tylko niecodzienne formacje skalne. Całe wycieczki ciągną do lokalnego kąpieliska. Infrastruktura wskazywała na dobrze przygotowany akwen. Dotarliśmy jeszcze przed otwarciem. Pragnienie głębokiego relaksu kipiało gdzieś pod skórą. Rozglądając się wokół nie dostrzegliśmy właściwie turystów. Jedna para chowała się w samochodzie przed zimnem. Na piętnaście minut przed otwarciem podjechał autobus pełen dzieciaków. Z relaksacji nici, ale determinację mieliśmy dużą. Na pięć minut przed otwarciem na parking pojechały kolejne dwa autokary. Tym razem wysypała się wycieczka seniorów. Popatrzyliśmy na siebie z lekkim żalem. I Maciek, i ja wiedzieliśmy, że kąpiel w takim rejwachu i tłumie nie ma sensu. Z żalem weszłam do auta i pomknęliśmy dalej, opuszczając Północ Islandii. Kierowaliśmy się teraz ku Południu!

autor: Magdalena Drajkowska

O tym co można zobaczyć, w stolicy Islandii przeczytacie TU, a o innych atrakcjach wyspy na kolejnych postach na blogu o Złotym Kręgu, Wschodzie, Południu.

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Islandia: Wiem, gdzie Zima mieszka w kwietniu!

5 komentarzy

Pozostaw odpowiedź Natalia Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *