Polska,  Relacje

Karkonosze: Odkrywanie tajemnic w gęstwinie mgły

Mgła. Gęsta. W kolorze brudnej waty cukrowej, którą rozbawione dziecko wypuściło z dłoni w wesołym miasteczku i zapomniało o niej. Pozostawiona na chodniku obrastała kurzem, pyłem, kocimi kłakami, przybierając barwę burą. Mgła niepokojąco wynikała między drzewa, zbliżając się do auta. Wjechaliśmy. Nic nie widząc. Powoli. Ostrożnie. Trwożnie. Właśnie tak. W towarzystwie ciężkich ołowianych chmur i rozłożystych, gęstych mgieł zaszyliśmy się na weekend majowy w Karkonoszach.

Na progu domu Liczyrzepy

Absurdalnie niesprzyjająca majowemu weekendowi pogoda, sprzyjała natomiast rozbudzaniu wyobraźni, a Karkonosze sprzyjają temu wybitnie. Właśnie tu przebiega niepisana granica między światem ceprów a krainą legendarnego Ducha Gór. Opowieści o Liczyrzepie osnuwają region tajemnicą, a przekazywane ustnie z dziada pradziada nabrały tak wielu naleciałości, iż nie sposób dziś stwierdzić jaki faktycznie jest Duch Gór. Najdawniejsze przekazy widzą w nim uosobienie sił przyrody i wiążą się z kultem Świętowita. Innym razem widziano w nim demona. Postać potwora wydała się chyba nazbyt straszna, gdyż wkrótce rogi, kopyta i ogon zniknęły z wizerunku Ducha Gór. I tak Liczyrzepa stał się starcem w stroju myśliwskim i kostuchem w dłoni.

SONY DSC

Dałam się wciągnąć w ten mistycznych świat Ducha Gór za sprawą Karkonoskich Tajemnic. Napisanie, że to atrakcja turystyczna, instytucja kulturalna nie wystarcza i właściwie nie mówi nic o tym miejscu. Chyba najbliższe prawdy jest stwierdzenie, że to dom legend karkonoskich. Wkracza się tu do świata ciemnego, nieco mrocznego, gdzie w kolorowych przebłyskach świateł opowiadane są dawne legendy przy bardzo intrygującym anturażu. Wystrój tworzyli artyści, oni też nadali ten nieco upiorny wizerunek Ducha Gór stojący przed Karkonoskimi Tajemnicami. Klimat tego miejsca idealnie nadaje się do uatrakcyjnienia deszczowych dni. Słuchanie legend , a do tego w tak dobrym wydaniu było prawdziwą przyjemnością.

Nie sposób tam spędzić dzień, więc w takiej ponurej aurze, z ołowianymi chmurami nad głowami daliśmy się zaintrygować wikingowemu dziedzictwu. Kościół Wang wręcz przyciągał, mrocznym wyglądem. A wygląda obco. Zdecydowanie obco. Ale z drugiej strony czemu? Kościoły drewniane w Polsce budowali? Budowali. Wieże z kamienia miały? Miały. Absydy przy korpusie dorabiali? A dorabiali. Więc skąd to poczucie obcości? Przez detale. Wykończone jakby rogami dachy od razu przywodzą na myśl łodzie Wikingów. I skojarzenie nie jest złe. Ponoć na łodzi właśnie wzorowali się norwescy budowniczowie, gdy zbijali z sosnowych desek całą konstrukcję. Ten nordycki duch przemawia też z syncerskich dekoracji, w których pełno węży, lwów, smoków, co szczególnie zadziwia zważywszy na charakter religijny, ba! katolicki.

wp_20140502_011

Ten niepozorny , nieduży kościół jest ponoć perłą sztuki Wikingów. Jego wędrówka po Europie jest naprawdę imponująca. Tym bardziej cieszyć powinno ulokowanie go w Karpaczu. Ponoć jest to zasługa hrabiny Fryderyki von Reden, za której namową ówczesny właściciel świątyni przeniósł ja właśnie tu. 

W krainie wiecznych wiatrów

Ponoć pogoda tu bywa paskudna. Średnia ilość dni z opadami w roku wynosi 206. Odnotowano tu również najsilniejsze wiatry w Polsce. Jest to wynikiem obecności wysokogórskiego Obserwatorium Meteorologicznego. Nie ma wyżej położonego w kraju i dlatego myślę, że Śnieżka jest uznawana za najwietrzniejsze miejsce w Polsce. A może inaczej? Może jednak z uwagi na silne wiatry właśnie tu postanowiono zbudować to kosmiczne obserwatorium? A jest naprawdę kosmiczne.

Współczesna budowla przypomina ufo z tymi talerzami okrągłymi i z przeszkleniami. Absolutnie w niczym nie nawiązuje do tradycyjnych budowli górskich i zupełnie brak tu elementów sudeckiej architektury. Odbiega całkowicie od wcześniejszej zabudowy starego obserwatorium. Dawny obiekt, wybudowany w końcu XIX wieku był drewniany, przypominał wieżę z tarasem, a w dachach i daszkach krył się ten góralski styl. Dziś już wszyscy się do kosmicznego budynku przyzwyczaili i pewnie budzi mniejsze kontrowersje niż w pierwszych latach po wybudowaniu. Sama nie wiem czy mi się podoba. Może to zależy od pogody? Na mnie zrobił mieszane wrażenie. Z daleka wydawał się dużo ciekawszy niż z bliska.

Dużo bardziej wartym uwagi miejscem jest cmentarz. Właśnie na czerwonym szlaku, w Kotle Łomniczki, w drodze do schroniska Dom Śląski znajduje się pierwszy cmentarz górski, stworzony „Martwym ku pamięci, a żywym ku przestrodze”. Upamiętnia wszystkich ludzi gór, który zginęli najczęściej w tragicznych okolicznościach. Są tablice pamiątkowe zdobywców Alp, Himalajów, ale także lokalnych członków karkonoskiego oddziału ratownictwa górskiego czy przewodników górskich. Ten cmentarz wzbudza szacunek i nakłania do przemyśleń. Do gór trzeba mieć respekt, były tu na długo przed nami i długo po nas pozostaną. W ich obliczu jesteśmy maluczcy i tacy powinniśmy się czuć. Na tym nie koniec tajemnic Karkonoszy Jedną z najtragiczniejszych jest historia katastrofy lotniczej Junkersa Ju-52.

SONY DSC

Samolot z ponad żołnierzami rannymi na pokładzie uderzył nad ranem o zbocza Czarnego Grzbietu, położonego tuż pod Śnieżką. Przyczyną wypadku były bardzo trudne warunki pogodowe. Wiatr wiejący z siłą ponad 100 km/h i burza śnieżna zniosły samolot z kursu. Nie wszyscy zginęli na miejscu. Część rannych żołnierzy wydostała się z wraku i dzięki wystającym tyczkom, odnalazła szlak. Zaledwie 4 km dzieliły ich od schroniska Horská Bouda na Růžohorkach. Przy delikatnej mżawce to drobnostka, ale w trakcie śnieżycy, przy wychłodzonym organizmie, zbolali od ran zginęli w drodze. Do schroniska dotarł jeden, młody chłopak, który wkrótce zmarł z powodu wycieńczenia organizmu. Akcja ratunkowa była tak naprawdę wyłącznie akcją poszukiwawczą. Po wielu godzinach odnaleziono zwłoki reszty załogi. Ciała pochowano, ale wrak jeszcze latami zalegał na zboczach gór. Dziś pozostałości samolotu znajdują się w miejscu pamiątkowym w Małej Úpie.

Wchodząc na szczyt czerwonym szlakiem doświadczyliśmy delikatnych muśnięć promieni słonecznych i ciężkich kropli deszczu na policzkach, a u celu wiało naprawdę mocno. Porywiste powiewy szarpały za włosy, wdzierały się pod kurtkę, pozbawiając przyjemnego ciepła. 

Oszroniony szlak

Wygłodniali górskich widoków i ekscytacji z pokonywania szlaku górskiego wybraliśmy się również na inny popularny szlak. Trasa rozpoczyna się łagodnie i przez cały czas stopień trudności jest taki sam. Można wjechać na szczyt autem. My krok za krokiem na własnych nogach pokonywaliśmy szlak czerwony ze Szklarskiej Poręby na Szrenicę. Byłaby to po prostu zwykły, może i przyjemny spacer, gdyby nie pogoda.

Oblepiała nas mgła. Początkowo całkiem spokojna, nieco wycofana z każdym krokiem stawała się coraz śmielsza przy szczycie otulając nas zupełnie. W połączeniu z mroźnym powietrzem tworzyła otoczkę nieprzyjemną. Kwintesencją naszych odczuć był widok otaczających nas drzew i krzewów na szlaku. Lód obejmował w mroźnym uścisku każdą drobną igiełkę na drzewie, a mroźne powietrze i strasznie zimny wiatr zatrzymały nas w schronisku. Uwierzcie mi gorąca czekolada jeszcze nigdy mi tak nie smakowała. Po wypiciu połowy kubka palce zaczęły reagować na impulsy z mózgu i nawet się trochę rozprostowały. Gdy powróciły już wszystkie funkcje życiowe do normy mogliśmy ruszać dalej. Chcieliśmy.

SONY DSC

Przed nami były Śnieżne Kotły. Znaczy się tak podejrzewałam, bo absolutnie nie było nic widać. Przeszliśmy dosłownie kilka kroków i wiedzieliśmy, że przeprawa dalej to czysta głupota. Nie sposób było przedrzeć się wzrokiem przez mleczne opary, osiadające coraz śmielej na ramionach, wdzierające się podstępnie pod kaptur i liżące zimnymi jęzorami za uchem i po karku. Pozbawieni przez upartą , kapryśną pogodę malowniczych widoków Karkonoszy postanowiliśmy zejść pod ziemię.

Tajemnice podziemia

W kolejny mroczny, mokry, brudny dzień, ociekający wspomnieniami słońca poszukiwaliśmy prawdy o karkonoskich podziemiach, a konkretnie postanowiliśmy sprawdzić całe to bajanie o uranie. Bajanie, które okazało się jak na nieprawdę dość dobrze potwierdzone przez pracowników naukowych regionu. Na trasie 1200 metrów, w wykutych grotach odkryliśmy początkowo piękne kamienie szlachetne, magicznie połyskujące minerały. W pobliżu bowiem jeszcze dziś wydziera się skałom piękne minerały, ale nie zawsze tak było.

O istnieniu uranu na tym terenie wiedzieli już prawdopodobnie w latach 20-tych minionego wieku Niemcy. Ponoć z tych złóż pochodził uran wykorzystywany przez niemieckich naukowców do badań na bombą atomową. W czasie wojny mieli tu pracować jeńcy. Prawdziwie pociągającym mój węszący tajemnice umysł kąskiem była historia kopalni w Kowarach za czasów komunizmu. Według oficjalnych doniesień miesiły się tu „Zakłady Przemysłowe R-1. Państwowe Przedsiębiorstwo Wyodrębnione”, w rzeczywistości stąd płynęła do ZSRR rzeka urobku uranowego, wydobywanego z kowarskich podziemi. Ile tego „skarbu” opuściło kraj? Nie sposób tego ustalić, ale historia działa na wyobraźnię, przynajmniej moją. Już umiejscowiłam tu kolejną część przygód Bonda.

SONY DSC

Największym zaskoczeniem w tych podziemiach okazało się światło. A konkretnie pokaz laserowy. W ponurej komnacie, wykutej w skale nagle rozbłysły tysiące laserowych strumieni. Było to doświadczenie dość osobliwe, nieprzystające do ponurych surowych wnętrz, a może jednak? W tak ascetycznym otoczeniu błysk i kolor idealnie wybijały się. Niepokojąca eksplozja świateł w kopalni była tym właśnie, czego spodziewałam się najmniej. Nieprzypadkowym odkryciem był natomiast zamek w Książku, który jak każdy zamek kryje niezwykłe historie. 

Tajemnice w cieniu kwiatów

Mgła nie chciała osiąść i tego dnia. Stojąc przed zamkiem widzieliśmy go jakby przez pergamin. Kolory elewacji były lekko przydymione, a kontury bryły rozmywały się. Rezydencja nabrała przez to w moich oczach mrocznego charakteru. Nie pomogły nawet tysiące kwiatów, które zagościły w tym czasie na zamku w ramach Festiwalu Kwiatów, któremu dostojeństwa nie można mu odmówić. Osadzona na skalnym wzgórzu warownia, będąca „kluczem do bram Śląska”, prezentowała się dumnie nawet w ten dżdżysty dzień. I choć wiem, że Wałbrzych do Karkonoszy już nie należy, to zamek kryje nie mniej tajemnicy niż Duch Gór.

SONY DSC

Historia tego miejsca sięga średniowiecza. W końcu XIII wieku stojąca tu warownia była najpotężniejszą z twierdz północnosudeckich. Była łakomym kąskiem i zwinnie przechodziła z rąk do rąk, a każdy nowy właściciel dokładał cegiełkę od siebie. Piastowska twierdza, w wyniku śmierci Bolka II, przeszła w ręce dynastii luksemburskiej. Otrzymała ją bowiem bratanica zmarłego włodarza tych ziem, córka Henryka II, ale po dwóch wiekach twierdza wróciła do tego samego roku. W początku XVI wieku przejęli ją Hochbergowie, który byli potomkami Piastów Śląskich. Wówczas to nabrała prawdziwego rozmachu. Ostatnia przebudowa – z 1908 roku – powiększyła rezydencję o 400 komnat!

Historia zamku w XX wieku przyczyniła się do narodzin wielu tajemnic i legend o nim samym i jego mieszkańcach. Jedną z najsłynniejszych jest opowieść o duchu księżnej Daisy, nawiedzającym swoją dawną rezydencję. Właściwie opowieść ma zaledwie kilkadziesiąt lat, ale to dobry chwyt marketingowy. Dużo bardziej intrygujące było raczej to prawdziwe życie Daisy, damy znanej z nieprzeciętnej urody oraz nieprzeciętnie dobrego serca. Ta Angielka wysokiego, ale już zubożałego rodu, wprowadziła się do Książa po małżeństwie z Janem Henrykiem V Hochbergiem. Z początku udane małżeństwo zakończyło się rozwodem w latach 20-tych XX wieku. Daisy osiadła na stałe w Wałbrzychu, a po śmierci w 1943 roku wróciła ponoć na zamek i krąży jako mglista postać między labiryntem korytarzy. Miejsce to chyba magnetyzuje upiory i zjawy, gdyż ponoć napotkać tu można jeszcze ducha myśliwego z psami i zjawę dziewczyny w białej sukience, która za życia była młodą narzeczoną i zginęła rażona piorunem w dniu swojego ślubu. Przyznam, że w tej mglistej aurze i w obliczu niezwykłego klimatu całego zamku mogą tu się rodzić przeróżne historie.

SONY DSC

Tajemnice życia zamku w czasach Hochbergów zdradza aktualna wystawa, ukazująca Książ z początków XX wieku. Pracujący tu ówczesny szef kuchni – Louis Hardouin – był pasjonatem fotografii. Całe szczęście, że jeden z jego synów ocalił te niezwykłe zdjęcia i przekazał własnej córce troskę o ten nadzwyczajny skarb przeszłości. To właśnie Jean Wessel, wnuczka Hardouina, mieszkająca w Kanadzie, dzięki fotografiom swojego dziada odkryła przed współczesnymi historię zamków w okresie jego największej świetności, gdy pracowało tam, bagatela 200 członków służby! Zdjęcia – po części w oryginale, po części skopiowane – powróciły na zamek i są według mnie najpiękniejszym odkryciem 2016 roku. Po prostu uwielbiam, gdy tajemnice nagle stają się opowieścią, a ta staje się historią prawdziwą, niepodważalną, a zarazem barwną i tętniącą życiem.

Tego nie można powiedzieć o tajemnicach podziemi i legendach jakie narosły wokół nich od II wojny światowej. Ponoć zamek był kwaterą Hitlera, a podziemia miały stanowić schrony dla samego wodza oraz jego najbliższych dygnitarzy. Głowy historyków, pasjonatów militariów, a także poszukiwaczy nieodkrytych tajemnic ciągle zajmuje problem ukrytych tuneli. Ponoć znaczne fragmenty zostały zabetonowane, a ci, którzy próbują się do nich dostać napotykają na problemy nie do przezwyciężenia. Jaka jest prawda? Być może i w tym przypadku los okaże się łaskawy, a jakiś daleki krewny planisty lub jednego z pracowników, za kilka lat zwróci nam i tę historię, a legenda o podziemiach Książa stanie się historią.

 *   *   *

Weekend majowy spędzony w Karkonoszach dostarczył mi dokładnie tego, czego się nie spodziewałam. Zamiast wędrówek po górach, błądziłam po Karpaczu, Kowarach, Książu jak błędny ognik na mokradłach. Ciężkie, gęste mgły, wiatr, przejmujący chłód towarzyszyły nam w odkrywaniu, tajemnic Karkonoszy i nie tylko. Dolny Śląsk okazał się być czymś więcej niż dymiące kominy kopalń. To ogromne dziedzictwo historyczne poznaczone tysiącami miejsca, jak choćby Willa Pyszałek w Sosnówce, stanowiąca letnią rezydencję Franza Kutschery. Budynek ma zachowany dawny charakter. Drewniane schody cudownie skrzypią, a piękne piece kaflowe wprawiają w zdumienie. W tej zagubionej między serpentynami dróg rezydencji i my pozwalaliśmy sobie na chwile zagubienia. Zatopieni w mglistych oparach dnia każdego wieczora oddawaliśmy się przyjemnościom lenistwa, wykończeni po odkryciach kolejnych tajemnic okolic.

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Karkonosze: Odkrywanie tajemnic w gęstwinie mgły

autor: Magdalena Drajkowska

6 komentarzy

Pozostaw odpowiedź Natalia Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *