Grecja,  Relacje

Korynt: kanał o lazurowym kolorze

Najpierw poczułam ciepło. Odchyliłam głowę w stronę słońca. Poczułam lekkie szczypanie i delikatne mrowienie na policzkach. Poranek był przyjemny, ale już zwiastował piekielną temperaturę. Powietrze traciło z każdą minutą przyjemny, rześki ton, nabierając dusznego ciężaru, który – wiedziałam to – będzie towarzyszył nam już do końca dnia. Szybko zostawiliśmy za sobą nieduży, nieciekawy dworzec kolejowy pośrodku niczego. Od centrum dzieliły nas jakieś 3 lub 4 kilometry. Codziennie pokonujemy do pracy taką mniej więcej odległość, więc dziwiły nas zdziwione miny taksówkarzy, którzy nie mogli uwierzyć, że chcemy dojść, a nie dojechać do miasta.

I tu mała dygresja, której sens nabierze znaczenia w miarę wgryzania się przez Was w ten tekst. Maciek i ja nie znamy umiaru, jeśli chodzi o chodzenie. Jesteśmy jak te pieski na baterie, co chodzą, szczekają i robią fiołki póki ktoś ich nie wyłączy lub nie wyczerpie im się bateria. My działamy identycznie. Potrafimy łazić, rozmawiać i fotografować aż nie poczujemy, że – za przeproszeniem – nogi nam w dupę wchodzą. Właśnie dlatego zwiedzanie miast pieszo jest dla nas najbardziej naturalną formą. Myślę, że idąc jesteśmy w stanie dużo więcej zobaczyć, poznać i poczuć. Nie dziwi Was już chyba czemu wybraliśmy pieszą drogę do Koryntu.

 

Pierwsze starcie

Droga z dworca do nowożytnego Koryntu zajęła nam mniej niż godzinę. Na miejscu zaczęliśmy rozpytywać o transport nad Kanał Koryncki. Jedni nas kierowali do taksówek, inni na dworzec autobusowy na rogu. Poszliśmy na róg. Kręciliśmy się i kręciliśmy, nie znaleźliśmy nic. Dopytaliśmy jeszcze z 5 czy 6 osób. Wszyscy pokazywali nam to samo miejsce. W desperacji weszłam do restauracji na rogu, żeby tam dopytać. Bingo! Coś na kształt budki w rogu tej restauracji – to był cały dworzec, a do tego zamknięty!

DSC_5288

Nie zastanawialiśmy się długo. Według mapy oraz nawigacji od Kanału Korynckiego dzieliło nas między 3 a 4 kilometry. Ruszyliśmy pieszo. Przeszliśmy najpierw przez promenadę. Przyjemny deptak z kawiarenkami i sklepikami ciągnął się aż do morza. Postanowiliśmy iść brzegiem, co dawało największe prawdopodobieństwo, że nie przegapimy kanału. Im dalej zapuszczaliśmy się w wybranym kierunku, tym miasto bardziej rzedło. Pojawiały się pojedyncze już tylko budynki, często nawet niedokończone albo opuszczone.

Minęliśmy dziką, kamienistą plażę. Ostre krawędzie skał wystawiały się groźnie i ostrzegawczo, zniechęcając do przejścia się boso wzdłuż brzegu. Plaża była opuszczona tak, jak wiele z budynków, które zostawiliśmy w tyle. To pokłosie kryzysu. Liczne rezydencje nigdy nie zostały ukończone, a wielu Greków musiało opuścić swoje eleganckie domy i przenieść się do tańszych mieszkań. Niekiedy sytuację ratowała w rodzinie jedynie renta lub emerytura babć i dziadków.

Jedynym atutem tej opustoszałej plaży była woda. Nieziemsko czysta i przejrzysta choć wokół, na lądzie panował brud. Niestety nie było możliwości by dotrzeć brzegiem do wrót kanału. Musieliśmy zejść na rzadko uczęszczaną drogę, na której nie widzieliśmy ani taksówek, ani też autobusów wycieczkowych. Wreszcie naszym oczom ukazał się most zatapiany. Taką konstrukcję spotyka się rzadko, a przy Kanale Korynckim są aż dwa, po jednym z każdej strony przesmyku. Zwyczajowo znajdują się w pozycji wysuniętej nad taflę wody, dzięki czemu umożliwiają przejazd samochodu. Jednak, gdy na horyzoncie pojawia się statek kładka zatapia się na głębokość 8 metrów. Prześwit jest w zupełności wystarczający dla przepłynięcia jachtów żaglowych, motorówek a nawet turystycznych statków. Charakterystyczna struktura powierzchni posiada otwory, które umożliwiają szybsze odprowadzenie wody. Ale co tam most, przecież chodzi tak naprawdę o kanał!

DSC_5345

Myśl szalona Nerona

Kanał Koryncki można uznać za projekt o jednym z rekordowych czasów budowy, biorąc pod uwagę tylko i wyłącznie czas rozpoczęcia i zakończenia prac budowlanych. Ponoć srebrną łopatę wbił w ziemię sam Neron około 67 roku, który za nic miał obawy egipskich inżynierów, utrzymujących od stuleci, że połączenie Morza Egejskiego i Jońskiego zakończy się tragicznie. Z ich wyliczeń wynikało, że różnica poziomu wód uniemożliwia wcielenie w życie takiej koncepcji. Wielu wielkich przed Neronem wzięło sobie te obliczenia do serca, nie on jednak. On nakazał 6000 niewolnikom rozpoczęcie budowy, która została zarzucona po śmierci Nerona. Do projektu powrócono dopiero w XIX wieku.

Budowę wznowił Ferdynand Marie de Lesseps, który brał udział w pracach przy Kanale Sueskim. Dzięki sprzyjającym okoliczności politycznym (Grecja odzyskała niepodległość), a także francuskiemu wsparciu finansowemu, projekt zaczął nabierać realnych kształtów, a w 1882 roku oficjalnie rozpoczęto jego budowę…ponownie. Pomimo najtęższych głów, które opracowały kilka alternatywnych tras, okazało się, że to właśnie ta trasa wyznaczona przed wiekami będzie najlepsza. Budowa kanału stawała się bardzo kosztownym przedsięwzięciem, które pierwotną spółkę odpowiedzialną za inwestycję doprowadziło do bankructwa. Prace udało się zakończyć dopiero w 1893 roku dzięki pomocy greckiego rządu, który przejął opiekę nad budową, i ogromnym ilościom dynamitu. Ostateczny koszt inwestycji wyniósł 60 mln franków francuskich.

DSC_5387

Kanał miał przyspieszyć i ułatwić transport. Przed jego budową statki rozładowywano, wprowadzano na specjalne konstrukcje i „przeciągano” na drugą stronę drogą lądową, a następnie znów załadowano. Wszystko po to, by uniknąć zdradliwych prądów wokół przylądka. Wielu więc wiązało nadzieje z jego budową i wielu się rozczarowało, gdy pierwszy statek, który przepłynął przez przesmyk mocno się zniszczył. Był za szeroki!

Dziś przez Kanał Koryncki pływają głównie statki wycieczkowe oraz jachty żaglowe. Obserwowaliśmy kilka idąc wzdłuż przesmyku. Chcieliśmy dostać się na jeden z 6 mostów łączących Grecję kontynentalną z Peloponezem. Wydawało mi się lekką przesadą tak duża ich liczba na odcinku zaledwie 6,5 km. Jednak zdałam sobie sprawę, że to jedyne drogi- bez nich Półwysep Peloponeski jest odcięty od kontynentu kanałem szerokim na 21-24 metry. Niby szerokość żadna do pokonania, ale w najwyższym punkcie brzegi Kanału mają ponad 86 m wysokości. Nie wyobrażam sobie schodzenia z takiego klifu, przepłynięcia wody i wejścia na równie wysoki brzeg.

DSC_5370

Nad Kanał szliśmy po terenie ziejącym suszą. Ziemi była spękana a rośliny skarłowaciałe i powykręcane. Widok nieco apokaliptyczny potęgowały pozostałości po zabudowaniach militarnych niemieckich wojsk okupacyjnych, które stacjonowały tu, pilnując by żaden statek nie przepłynął przez kanał. Ponoć niektóre ze schronów mogły być wykorzystywane jako magazyny amunicji. Most, który był naszym celem doskonale wpisywał się w ogólną atmosferę otoczenia, która by była świetną scenerią do kolejnej części Mad Maxa. Był brudny i opuszczony, miałam też wrażenie, że dostrzegłam przebiegającego szczura. Nic to jednak w obliczu takiego widoku! Stanęłam na wprost. Kanał Koryncki przepływał idealnie pode mną. Wąska nić lazurowej wody między skalistymi brzegami wyglądała niemal nierealnie. Byłam oczarowana tym widokiem i długo się nim napawałam nim podjęłam decyzję, że wracamy.

DSC_5423

Z powrotem wybraliśmy tę samą drogę i przy głównej ulicy turystycznej w mieście zatrzymaliśmy się, żeby zjeść. Właściciel z wdziękiem, którym mogą poszczycić się tylko starsi ludzie, oraz z pasją opowiedział o każdym z dań. Oboje wzięliśmy musakę, która smakowała „po domowemu”. Nie, nigdy u mnie w domu się musaki nie robiło, ale miałam wrażenie, że tu zaserwowano nam właśnie taką, jaką gospodyni robi dla swojej rodziny. Była pyszna i z bólem zostawiłam jej kawałek, przepraszając właściciela, ale porcja była tak olbrzymia, że po zjedzeniu swojej Maciek nie mógł mi już pomóc, a ja sama wymięķłam w połowie.

 

Deptanie po piętach starożytnym

Opuszczając nowożytny Korynt znaleźliśmy na opustoszałych drogach, a może nawet bardziej bezdrożach. Szliśmy popękanym asfaltem uwięzieni między plantacjami winogron i pomarańczy sztucznie nawadnianych . Słońce jak wściekłe paliło w kark a krzaczki zbyt niskie nie dawały cienia. Sądziliśmy, że do starożytnego Koryntu będzie kilka kilometrów. Kolejne 3 czy 4 km nie robiły na nas wrażenia. Dopiero po czasie zauważyłam, że między nowożytnym a starożytnym miastem było jakieś dziewięć kilometrów drogi. Być może dzięki tej niewiedzy brnęliśmy pokonując plantacje, przecinając opustoszałe autostrady, czy drepcząc między zaroślami pod górę. Wejście między uliczki powitałam z prawdziwą radością, a majaczący w oddali automat z butelkowaną wodą wydawał mi się prawie fatamorganą. Z miejsca wypiłam od razu pół litra wody. Chłodnej. Podziałała jak kompres na wyschnięte gardło i spierzchnięte usta. Można było już że spokojem zwiedzać starożytne ruiny.

DSC_5568

Na wejściu na teren wykopalisk rzuca się w oczy kilka kolumn na delikatnym wzniesieniu. Są to pozostałości po świątyni Apollina, wzniesionej w VI w. p.n.e i stanowiącej imponującą budowlę. Nim zagłębiliśmy się w ruiny starożytnego miasta zwiedziliśmy muzeum. Nieduży obiekt z interesującymi artefaktami, przypominającym o dawnej świetności miasta. Pokaźna kolekcja rzeźb zrobiła na mnie duże wrażenie, w szczególności przedstawienie poszczególnych elementów ciała. Miałam wrażenie, że oglądam niemal instruktaż jak wyrzeźbić człowieka.

Opuszczając mury muzeum czekał na nas do okrycia dawny Korynt – ten, w którym starożytni handlowali , a także ten, w którym starożytni się zabawiali. Powszechnie znane były wszystkim córy Koryntu, opiekunki świątyni Afrodyty, uprawniające „świątynną prostytucję”. Na terenie wykopalisk dawnej miejskiej zabudowy rzuca się w oczy teatr, świątynia Oktawii, czy fontanna Perneje. Spacerując między dawnymi zabytkami mogłam niemal wyobrazić sobie gęstą siatkę budynków, tak dobrze zachowane były pozostałości. Widać było ruiny teatru, w starożytnym Koryncie istniały ponoć dwa, a jeden mógł pomieścić nawet 18 tys. widzów. Stawiając kolejne kroki mijałam także pozostałości agory z charakterystycznym, kamiennym podestem dla mówców.

DSC_5550

Południe już dawno minęło , ale gorąc dalej utrzymywał się w powietrzu. Wracaliśmy na dworzec. Czułam, że dzień był udany. Zrobiliśmy dużo kilometrów i dużo zwiedziliśmy. Czas odgrywał drugorzędną rolę. Płynął swoim rytmem, a my szliśmy swoim. Nie żałowałam, że nie wzięliśmy taksówki każdy pokonany metr i kilometr odsłaniał nowe panoramy i nowe widoki. Na dworzec doszliśmy ze starożytnego Koryntu krocząc raz asfaltowymi, innym razem piaszczystymi drogami. Wejście do klimatyzowanego pociągu było prawdziwą ulgą dla nóg i dla skóry.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Facebooku w albumie Korynt: kanał o lazurowym kolorze

0 Komentarzy

  • Ewa

    Byłam tam kilkanaście lat temu i… nic nie pamiętam 🙂 to była zorganizowana wycieczka, nie jestem nawet pewna, czy zatrzymaliśmy się chociaż na zdjęcia. A teraz widzę, że to super ciekawe miejsce!

  • Patrycja Jaskot

    Z sentymentem czytałam ten tekst… Kanał Koryncki był częścią ważnej dla mnie podróży do Grecji, jakieś 9 lat temu 🙂 I poza lazurową wodą i widokiem z góry, ktory uwieczniłaś na zdjęciu, moje pierwsze wspomnienie jest dokładnie takie, jak pierwszy akapit Twoje wpisu – szczypiący upał 🙂

  • Natalia

    Przepływałam przez Kanał Koryncki właśnie jachtem 4 lata temu… robi ogromne wrażenie „z dołu” ☺️ A za pokonanie całej tej trasy, która opisałaś na nogach No, No… chapeau bas!

Pozostaw odpowiedź Natalia Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *