Polska,  Relacje

Krutyń: Pokonanie polskiej "Małej Amazonki"

– Jaką macie najdłuższą trasę?- pyta Maciek. – Ponad 30 kilometrów – odpowiada facet w koszulce bez rękawów. – A taka ciut krótsza? – dopytuję ja, patrząc wymownie na Maćka. – To może do Iznoty. – sugeruje facet z wypożyczalni sprzętu wodnego. – A ile to? – dopytujemy. – Około 30 kilometrów. Możecie też wziąć kajaki do Nowego Mostu to jakieś 22 kilometry. – podpowiada. – To bierzemy Iznotę – odpowiadamy zgodnie razem i kierujemy się nad rzekę po odbiór kajaka. Pakujemy prowiant do środka. Zapinamy kapoki i chwytamy wiosła w dłonie. Krutynio, będziesz nasza!

Wieś w środku lasu

Na pomysł wyjazdu na spływ kajakiem wpadł Maciek po firmowej imprezie integracyjnej w Krutyniu nad Krutynią. Wrócił szczerze zachwycony tym fragmentem Mazur i koniecznie chciał mnie tam zabrać.  Nie oponowałam i chętnie przystałam na kilkudniowy wypad na Mazury do niewielkiej wsi turystycznej, która żyje głównie z wynajmu kajaków i wynajmu noclegów, dla tych których wynajmują kajaki. Krutyń nad rzeką Krutynią tworzy zaledwie kilka domów, parę większych willi, pensjonat, gdzie zarezerwowaliśmy noclegi, a także sklep wielobranżowy i stanica wodna. O skali wielkości miejscowości chyba najlepiej świadczy fakt, że do jej przejścia z jednego końca na drugi nie potrzebowaliśmy więcej niż dwadzieścia minut. Podczas wyjazdu, gdy nastawiona jestem na podziwianie przyrody, taka wielkość obszaru zabudowanego to dla mnie ogromny atut. Bardzo łatwo wydrzeć się wtedy z cywilizacji i pobłądzić po zacienionych ścieżkach leśnych. Właśnie tak! Krutyń nie leży blisko lasu, czy przy lesie. To zagubiona mazurska wieś w samym środku leśnych ostępów. Przynajmniej kiedyś taka była. Niewiele pozostało z XVI-wiecznej myśliwskiej stanicy obronnej w puszczy. Nie jest już odcięta od świata, wręcz przeciwnie łatwo tam dojechać i  prowadzą do niej dobre drogi. Jednak w dalszym ciągu do okien wielu domów  zagląda tam las.

SONY DSC

Rzeka Krutynia ma około 100 km długości i średnio 65 cm głębokości, a jej brzegi wzięła we władanie przyroda. Miejscami ogromne korzenie wyrastają z ziemi, tworząc oryginalne ornamenty oplatające brzegi. Innym razem porzucone przez naturę pnie, pokryte mchem butwieją w wodzie, stanowiąc zarazem ozdobę, jak i nietrudną do pokonania przeszkodę.

Naszą wyprawę kajakową rozpoczęliśmy w Stanicy Wodnej we wsi Krutyń, a właściwie w rezerwacie. Po wskoczeniu do kajaka popłynęliśmy z energią i doskonałym humorem uderzając wiosłami o przejrzystą taflę wody. Jest tam naprawdę płytko. Doskonale widać było podwodną trawę tworzącą dywan na dnie i bardzo efektownie kołyszącą się pod wpływem delikatnego prądu. Miałam wrażenie jakbym oglądała ogromne akwarium, będące w ciągłym ruchu.

Po ponad godzinie wiosłowania trafiliśmy w okolicę starego młyna przy Zielonym Lasku. Musieliśmy przenieść nasz kajak, żeby kontynuować przeprawę. Jest oczywiście możliwość zlecenia tego zajęcia za opłatą. Chętnych nie brakuje. My zdecydowaliśmy  na przenoskę o własnych siłach. Przy okazji chwilę rozprostowaliśmy nogi. Po krótkim przestoju ruszyliśmy dalej mijając Rosochę. Tu leśne ostępy zmieniają się w tereny pełne łąk, a brzegi porastają wysokie trawy i trzcina. Pokonując kolejne kilometry, które coraz silniej czuliśmy oboje w rękach, wpłynęliśmy na teren rezerwatu Krutynia Dolna im. M.Wańkowicza. Płytka rzeczka zamienia się tu już w całkiem głęboką rzekę, osiągającą miejscami nawet do 7 metrów głębokości. Niebywałego wyglądu tej trasie nadają powalone drzewa, niedostępne i bagniste brzegi oraz liczne zakręty. Nie bez powodu odcinek ten nazywany jest Małą Amazonką.

SONY DSC

W połowie drogi między Nowym Mostem a Iznotą zaczęliśmy trochę żałować, że nie zdecydowaliśmy się na krótszy odcinek i że nie posiadamy silnika choćby słabego benzyniaka, bo siły powoli opadały. Trudy przeprawy wynagrodziły widoki. Cudowne wręcz Jezioro Gardyńskie jest zakończeniem rzeki Krutynia. Łączy się ono wąskim przesmykiem z Jeziorem Malinówko, a stamtąd to już praktycznie dwa machnięcia wiosłami do mety. Jeziora naprawdę nas wyczerpały. Mi ręce już mdlały ze zmęczenia. Maciek dzielnie nas kierował do celu. Robiliśmy więcej przerw, poddając się na łaskawszych odcinkach nurtowi wodnemu. Wolniejsze tempo sprzyjało podziwianiu otoczenia. Obserwowałam rozkwitające żółte grążele, wystające ponad ogromne liście dryfujące po tafli wody jak zbłąkane żaglowce.

Dotarliśmy do Iznoty po południu. W cenie wynajmu kajaka zawarty jest koszt transportu jego użytkowników po przeprawie. Wdrapałam się resztką sił i ostatkiem woli do wnętrza pojazdu i po kilkunastu minutach byliśmy z powrotem w Krutyniu. Tego dnia, a właściwie wieczora w pełni pojęłam co znaczy mieć zakwasy. Mięśnie rąk piekły okrutnie. Ale było warto! Po czasie stwierdzam, że jednak nie zamieniłabym trasy na krótszą. Każdy kilometr, za który cierpiały moje ręce był wart pokonania.

Miasta Mazur

Do miasta wybieraliśmy się głównie, żeby zjeść.  Pensjonat, gdzie zarezerwowaliśmy pokoje oferował wyżywienie, z czego chętnie korzystaliśmy rankiem. Świeża kawa w połączeniu z chrupiącą bułką i gęstym dżemem były świetnym wstępem do udanego dnia. Oczywiście każdy mógł wybrać idealny zestaw dla siebie spośród bufetu rozłożonego na stołach, ja konsekwentnie obstawałam co rano przy pysznych powidłach z lokalnych jagód, w które Mazury obfitują.

O ile więc ze śniadaniem nie mieliśmy problemów, o tyle za obiadem trzeba było się porozglądać. Ponadto chcieliśmy wykorzystać ten krótki wypad jak najlepiej i poznać trochę więcej niż jedną turystyczną wieś, ale tym razem odpuściłam sobie. Nastawiłam się na ciszę i spokój sielskiej wsi mazurskiej, miasta były tylko dodatkiem. Leżące niemal na wyciągnięcie ręki, jak ich nie zobaczyć? To obejrzeliśmy je trochę,bardzo pobieżnie, może zbyt arogancko, bo nie zagłębialiśmy się w ich ulice i alejki. Nazbyt pochłonięta urokiem przyrody uwagę całą niemal właśnie jej poświęciłam.

Sama podróż na Mazurach do miasta miała w sobie czarowny wdzięk. Serpentyny dróg wijące się między lasami są atrakcją samą w sobie, a niewielki ruch samochodowy pozwala delektować się jazdą. I tak też robiliśmy. Nieśpiesznie, z prędkością odpowiednią dla auta przemieszczaliśmy się między miastami Mazur, które mają własną filozofię istnienia. Istnieją poniekąd dzięki wszechobecnym jeziorom, które generują ruch turystyczny w regionie Mazur, ale z drugiej strony przez te same jeziora poniekąd nie istnieją. Miasta w Krainie Wielkich Jezior nie zamieniają się w duże aglomeracje, nie rozwija się tam przemysł, nie ciągnie tam ludzi do pracy, o czym świadczy najwyższa w kraju stopa bezrobocia, sięgającą 15%, nie istnieją więc tam duże, w powszechnym rozumieniu, miasta. Zatrzymały się trochę w czasie i trwają przy swoich jeziorach.

SONY DSC

Odwiedziliśmy Mikołajki. Liczba mieszkańców nie przekracza tu 5 tys. To prawdziwy raj dla wszystkich żeglarzy. Przystań jest dobrze rozbudowana, a wzdłuż brzegu ciągną się tawerny, serwujące świeżą rybę. Mogę to potwierdzić. Smakowała cudownie, a nastrój  zadowolenia potęgowało otoczenie. Widok na rozległe wody Jeziora Mikołajskiego działa kojąco, a siedząc na tarasie na piętrze jednej z lokalnych restauracji mieliśmy naprawdę urzekającą panoramę z nad talerza. Jachty z rozpostartymi żaglami wypływały i wpływały do doków, przystając na noc lub dwie, by potem znów sunąć po wodach Jeziora Mikołajskiego lub Jeziora Tałty, które właśnie w tym miasteczku spina wąski kanał. Miejsce idealnie się nadaje na początek wielkiej wyprawy po Krainie Wielkich Jezior. Już sama nazwa miasta wiele zdradza, jeśli poświęcić jej trochę uwagi. Nawiązuje do św. Mikołaja, patrona lokalnego kościoła, stanowiącego na ów czas najważniejszy budynek w mieście. A to nie wszystko! Święty ten jest postrzegany jako patron żeglarzy. Nie dziwi więc ich liczba w tym miejscu. Nie trzeba mieć jednak żaglówki, żeby delektować sie tym miejscem. Wystarczy po prostu usiąść na brzegu i obserwować jak jachty majestatycznie pokonują węzeł za węzłem.

Kontrastem dla urokliwego i niewielkiego miasteczka było Mrągowo. Jak na warunki mazurskie całkiem spore miasto. Blisko 25 tys. mieszkańców to całkiem niezły wynik jak na tutejszą głuszę. Mrągowo, podobnie jak Mikołajki oraz inne miejscowościc mazurskie, sąsiaduje z jeziorami. W bezpośrednim otoczeniu miasta znajduje się ich kilka, z czego trzy większe, z czego jedno osławione – Jezioro Czos. To właśnie na jego brzegu mieści w się amfiteatr, gdzie organizowany jest od 1983 roku popularny w całej Polsce piknik country. W pierwszych latach gromadził głównie ortodoksyjną publikę, a artyści prezentowali nurt klasyczny. Z czasem scena stała się bardziej otwarta i prezentowano na niej różnorodność stylów i odcieni muzyki country. W 2016 roku odbyła się już 35. edycja. Można powiedzieć, że impreza wpisała się na stałe w festiwalową mapę lata. Podczas naszych odwiedzin, miasto szykowało się na wydarzenie. Szczególnie widać było to właśnie w okolicach amfiteatru. Wrzało. Ekipy techniczne krzątały się wokół, a tuż obok przechodzili nieśpiesznie turyści. Krążyliśmy podobnie jak oni trochę bez celu napawając się widokiem spokojnej tafli wody. Promenada ciągnie się wokół Jeziora Czos, co pozwala na cudownie beztroski spacer w naprawdę malowniczym otoczeniu. Nie zostaliśmy w Mrągowie długo, po raz pierwszy w życiu zakwasy po wysiłku pojawiły się jeszcze tego samego dnia. Gdy wieczór był za pasem, pieczenie w ramionach zaczęło się nasilać. Poczułam chęć leniwego odpoczynku. Wróciliśmy do pensjonatu. Z nieukrywaną rozkoszą położyłam się na łóżku. Dla zobrazowania jak silne miałam zakwasy niech posłużyły fakt, że przy czytaniu książki to Maciek przewracał mi kartki. Całkowity brak sił! Na szczęście następnego dnia zależał ból.

SONY DSC

W czasie tego krótkiego pobytu udało nam się odwiedzić także Nidzicę nie mylić z Niedzicą, choć obie słyną głównie z efektwonych zamków. W mazurskiej Nidzicy jest to całkiem dobrze zachowany gotycki zamek krzyżacki z XIV wieku. Miasto leży właściwie na skraju Mazur, jakieś 15 km od granicy z województwem mazowieckim. Nie ma już tu malownicznego jeziora. Nie ma zielonych ostęptów leśnych. Jest miasteczko o dość ścisłej zabudowie, zamieszkane przez blisko 15 tys. mieszkańców, położone nad rzeką Nidą. Jest zamek. To właściwie on jest osią wokół, której kręci się miasto. Obecnie pełni rolę miejskiego centrum kultury, biznesu i rozrywki. Mieści się tu hotel i restauracja, a także placówki muzealne, dzięki czemu mogliśmy zwiedzić wnętrze warowni. Zamek należał do najmocniejszychi fortyfikacji prokuratorskich zakonu. A zamków krzyżackich było tu swego czasu sporo, gdyż budowano je z rozwagą i w rozsądnej odległości, a więc tak by podróż z jednego do drugiego trwała nie więcej niż jeden dzień. Całość skonstruowana była z czterech różnych – pod kątem wielkości oraz układu architektonicznego – skrzydeł, które utworzyły dziedziniec. Pomimo bardzo dobrych rozwiązań architektonicznych oraz ciekawych założeń obronnych warownia w szczycie swojej potęgi i latach największej świetności została zdobyta niemal bez oporu. Wojska wracające z Grunwaldu dokonały tego prawdopodobnie wskutek lęku i strachu załogi obronnej. Warto zwiedzić zamek, gdyż w cenie biletu zawarta jest nie tylko możliwość obejrzenia dawnej siedziby krzyżackiej, do której jeszcze przed sześcioma wiekami przeciętny człowiek nie miałby wstępu, ale także przez wzgląd na opowieści. Przewodnik zaserwował nam ich naprawdę wiele.

Drogi traciły urok. Kręte pasma wijące się między leśną głuszą, omijające z gracją jeziora, zostawały z tyłu. Tak jak Mazury. Gdzieś w głębi nas pozostał dziwny, niepokojąco błogi spokój. Najbardziej banalna prawda i zupełnie niecodzienne przeżycia –  Wieś spokojna niczym z wersów Kochanowskiego dostarcza upragnionej ciszy, choćby pragnienie jej zaznania było nam obce. Jestem prawdziwym zwierzęciem miejskim, ale te kilka dni w kontakcie z naturą stanowiło ciekawą odmianę. Co więcej, jako miłośniczka miast nie odczuwam absolutnie żadnych wyrzutów sumienia z powodu potraktowania mazurskich miast po macoszemu. Na swoją obronę mogę oświadczyć, że przyroda tego regionu po prostu mnie porwała. Mam też pretekst, żeby  jeszcze tam wrócić i nieco lepiej przyjrzeć się miastom.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Krutyń: Pokonanie polskiej „Małej Amazonki”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *