Polska,  Relacje

Lędzin i Niechorze: Czasem słońce, czasem deszcz, czyli nasze polskie Bollywood

Zjechaliśmy z głównej drogi. Okolica wydawała się nieciekawa. Trudno było nam uwierzyć, że gdzieś tu kryje się ta popularna atrakcja turystyczna. Nawigacja wskazywała, że za 300 metrów będziemy u celu. Serio? – pomyślałam, patrząc na malutki parking przy osiedlu. Wyszliśmy i skierowaliśmy się na ścieżkę prowadzącą do Krzywego Lasu. Rozczarowałam się. Wielka atrakcja okazała się grupą kilku drzew sztucznie wykrzywionych na nasze ludzkie potrzeby. Po zrobieniu zaledwie kilku zdjęć z niemal takiego samego ujęcia odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do auta. Bez żalu. Zawiedziona. Z nadzieją, że weekend okaże się ciekawszy niż ten smętny wstęp do niego w Krzywym Lesie pod Gryfinem.

Holenderski klimat nad polskim morzem

W niewielkiej miejscowości, oddalonej zaledwie o 3 km od brzegów Bałtyku, na niewielkim wzniesieniu, w otoczeniu zielonych pół tkwi biały wiatrak. Konstrukcja nie przypomina nowoczesnych smukłych wież z wielkimi śmigłami. Budynek jest dość niski i przysadzisty. Jego wnętrze nie jest najeżone nowoczesną technologią. Kryją się w nim pokoje, które można wynająć na nocleg. Skoro była taka możliwość to jak z niej nie skorzystać. Długi sierpniowy weekend spędziliśmy w klimatycznym i zabytkowym wiatraku holenderskim w Lędzinie.

Wiatrak wybudowano w 1723 roku zgodnie ze stosunkowo nową jak na tamte czasy modą. Od XVII wieku popularność zyskiwał bowiem nowy typ wiatraka. Charakteryzował się nieruchomym korpusem oraz obrotową kopułą. Fakt, że czapa dachu mogła obracać się o 360 stopni umożliwiał ustawienie powierzchni skrzydeł tak, aby znajdowały się w pozycji prostopadłej do kierunku wiatru. Ponoć ten osobliwy mechanizm w lędzińskim wiatraku jest jeszcze w bardzo dobrym stanie i można by było go uruchomić ponownie. Jest to zasługą właścicieli, którzy dołożyli wszelkich starań, by tchnąć w niego życie na nowo.

Ponoć wiatrak pracował aż do lat 60-tych ubiegłego wieku. Gdy przestał pełnić swoją funkcję zaczął popadać w ruinę (pasły się tu nawet owce!). Z tego smutnego stanu odrętwienia wyrwał go Józef Jaszczerski, który zakupił budynek w 1984 roku. Z założenia miało w nim zostać zachowanych jak najwięcej oryginalnych elementów. Właścicielom zależało także na utrzymaniu oryginalnego mechanizmu. Plan się powiódł, ponieważ do dziś we wnętrzu wiatraka można podziwiać przebiegający przez środek wielki drewniany słup, a także koła zębate. Wiatrak w 1953 roku został już wpisany na listę zabytków, prace nad nim przebiegały zgodnie z prawidłami konserwatorskimi dlatego zachował swój wyjątkowy wygląd.

Z pierwotnego domu wakacyjnego państwa Jaszczerskich i ich najbliższych stał się klimatycznym miejscem noclegowym dla turystów. Przyznam, że naprawdę można tu poczuć wyjątkowy klimat. Pobielone ściany kontrastują z drewnianą boazerią. Ciemne drewniane okiennice przysłaniają nieduże okno. Podwójna kanapa klekocze przy rozkładaniu, a wzorzysty pled gryzie w odsłoniętą skórę swoimi czystymi wełnianymi włóknami. Stawiając na stoliku z blatem pokrytym malowanymi płytkami dwa kubki parującej herbaty poczułam się przyjemnie. Wnętrze było po prostu przytulne. Dostosowane do miejsca i jego historii. Pozbawione epatowania nowoczesnością i luksusami. Było proste. Bo przecież przyjemności są proste.

Mini trip road po Wybrzeżu

Przemoczyłam jedyną ciepłą bluzę. Deszcz nie wydawał się z początku groźny. Drobna mżawka przerodziła się po chwili w regularnie sączące się z nieba strumienie wody. Nim się schroniliśmy czułam, że spodnie zawilgotniały na udach, kaptur bluzy stał się cięższy, a ramiona i barki owionął chłód. Długi sierpniowy weekend nad morzem przywitał nas deszczem. Z przekąsem pomyślałam Idealna pogoda na wypad nad polskie morze. Ale! Jak to nad polskim morzem, można przeżywać na własnej skórze klimat rodem z Bollywood, czyli czasem słońce, czasem deszcz.

Nasz wyjazd zaczął się od deszczu. Pierwszy spacer po miejscowości Niechorze odbyliśmy w towarzystwie mgły, oblepiającej nieprzyjemnie ciało. Skoro słońce schowało się gdzieś za chmurami, postanowiliśmy przejechać się po Wybrzeżu. Pierwszym przystankiem był Rewal. Jest to niewielka miejscowość oddalona o 2 km od Niechorza.

Ma długą historię sięgającą XV wieku, w drugiej połowie tego stulecia Rewal zmienił przynależność i stał się własnością rodową. Jako letnisko miejscowość zaczęła funkcjonować około trzeciej dekady XIX wieku, gdy modne stały się wyjazdy do wód i nad morze. Przyznam jednak, że tej starej zabudowy tu nie widać. Większość zabudowy stanowią pensjonaty, wille wczasowe, domki letniskowe i innego rodzaju budynki stworzone tylko i wyłącznie dla turystów, współczesnych turystów. Warto dodać do tego liczne budki, stragany i tymczasowe sklepiki, które pewnie zwijają się razem z końcem września.

W Rewalu pogoda nieco się poprawiła, ale kurtek jeszcze nie zdejmowaliśmy. Skoro słońce nie miało ochoty wyjść, ruszyliśmy dalej. Dosłownie tuż obok Rewala przycupnął Trzęsacz. Niewielka nadmorska miejscowość, znana głównie z ruin kościoła, a dokładnie z fragmentu jedynej ocalałej ściany.

Podbudowanie świątyni datuje się na 1250 lub 1270 rok, w zależności od źródeł. W tym czasie mury kościoła dzieliły od morza aż 2km! Trudno w to uwierzyć stojąc na wprost tego, co pozostało po świątyni w wyniku oddziaływania żywiołu. Nieubłaganie siła morza stopniowo zabierała ziemię i już w połowie XVIII wieku kościół dzieliło od urwistego brzegu tylko 58 metrów. Można by rzec, że zaczęło się odliczanie – powolne, ale nieuchronne. W każdym kolejnym dziesięcioleciu dystans się zmniejszał. W 1853 roku było to tylko 12 metrów, a w 1868 roku zaledwie 2 metry! Świadomość bliskiego końca budowli była powszechna i w 1874 roku kościół zamknięto. Dwadzieścia siedem lat później runęła pierwsza ściana.

Oglądając tę smutną samotną ścianę, artefakt dawnych lat, w wietrzny dzień czułam prawdziwy żal, że nie dane mi było zobaczyć w pełni tego budynku. Myślę, że widok ceglanej świątyni na wysokim klifie mógł być majestatyczny. Z tej doniosłości nie pozostało nic. Tłumy turystów przelewały się alejkami obok, a że słońce powoli zaczynało wychodzić, wczasowicze zaczęli schodzić na plażę, pozostawiając ruiny za sobą, bez refleksji, w klapkach, z dmuchanymi krokodylami pod pachą. Co za kontrast! Rzuciliśmy jeszcze okiem na piaszczyste wybrzeże z wysokości prawie 11 metrów.

Wybudowana tu w 2009 roku platforma widokowa dostarcza niebanalnych doznań wizualnych. Patrzenie na plażę z góry daje przyjemność. Świetnie widać stąd także ruiny kościoła, które w pełnym już słońcu nabrał przyjemnego, rumianego koloru ceglanego. Gdy chmury zaczęły rzednąć na dobre, zdecydowaliśmy się jeszcze odwiedzić Międzyzdroje. Pierwszy rzut oka nie wystarczył. Naprawdę tłum ludzi kręcił się w pobliżu Alei Gwiazd i Molo.

Drugi rzut oka pozwolił zarejestrować już pewien urok tego miejsca. Czuć było w powietrzu uzdrowiskową atmosferę, gęstą od swobodnego usposobienia kuracjuszy, przybywających tu z nadzieją na wypoczynek i regenerację. Pokłosie XVIII-wiecznej mody na kąpiele morskie przyciąga wygłodniałych lenistwa wczasowiczów i karmi ich błogim klimatem miasteczka. O dawnej rybackiej osadzie w tym miejscu zapomniano. Starą historię przesłoniła nową opowieść o zdrowotnych kąpielach morskich, zbawienny oddziaływaniu słońca i unikalnym mikroklimacie. Międzyzdroje funkcjonują dziś jako oblegane tłumnie w sezonie uzdrowisko i kurort turystyczny. Mają piękną infrastrukturę z malowniczym Parkiem Zdrojowym, długim na prawie 400 metrów molo żelbetowym i sławną Aleją Gwiazd.

Miał być slow travel, leżenie i odpoczywanie, i tyle. Dla nas chyba aż tyle. Nie było takiej możliwości. Deszczowa aura z rana ruszyła nas z wiatraka na przejażdżkę po Wybrzeżu, a popołudniowe słońce rozochociło do zwiedzania. Z lenistwa wyszedł mały trip road po Wybrzeżu, ale bez napięcia, bez większego planu, tak po prostu jak kaprys nas rzucił.

Slow motion niechorski

Noclegi w wiatraku, oddalonym o 3 km od morza miały ten ogromny atut, że było tu cicho i spokojnie. Nawet Rey niechętnie zbierała się na spacer z rana, a wystarczyło zrobić kilka kroków, by znaleźć się na soczystej, zielonej trawce. Teren wokół wiatraka był dobrze zagospodarowany. Według mnie. Wielki zielony trawnik dawał wystarczające pole do popisu wyobraźni. My świetnie bawiliśmy się tu z Rey, a nocą wypatrywaliśmy sławnych Perseidów, niestety z marnym skutkiem. W ciągu godziny dostrzegliśmy ledwie dwa błyszczące na granatowym niebie ogony. Nagrodą za wytrwałość było cudownie rozgwieżdżone niebo. Wygodnie było się stąd nie ruszać. W okolicy wiatraka znajdują się głównie pola, a z uwagi na deszczową aurę, jaka zapadła nad morzem przez część naszego pobytu, zamieniły się w prawdziwe mokradła. Ich jedynym atutem było pięknie odbijające się w tafli wody niebo. W szczególności przy zachodzie słońca.

Zdecydowanie efektowniej prezentował się zachód słońca nad samym morzem. Oglądaliśmy go na plaży w Niechorzu. Stawiając kolejne kroki czułam grzęznące w mokrym piachu stopy. Czułam zgrzytające pod naporem ciała ziarenka, rzężące, ocierające się o siebie, a ostatecznie oblepiające skórę, serwując przyjemny, delikatny pelling. Przyznaję, że to właśnie najbardziej lubię nad morzem. Iść brzegiem. Na granicy wody i piachu. Mogę tak przemierzać kilometr za kilometrem. I tak właśnie doszliśmy pewnego słonecznego popołudnia do plaży w Trzęsaczu.

Zaaferowani rozmową nieśpiesznie dotarliśmy do ruin kościoła i kto wie czy nie doszlibyśmy i do Międzyzdrojów, gdyby nie auto pozostawione w Niechorzu. Droga powrotna upłynęła równie przyjemnie. Owiewani co chwilę morską bryzą i delikatnie prażeni śmiało już wychylającym się zza chmur słońcem szliśmy brzegiem, mijając kolejne metry piachu, przywłaszczonego przez dumnych Polaków płachtami parawanów. O ile w bezpośrednim kontakcie ten parawaniasty patchwork jest irytujący, o tyle oglądany z wysokości ponad 40 metrów latarni morskiej w Niechorzu wygląda ciekawie. Plaża przypomina płótno nakrapiane barwnymi plamami szalonego malarza. Sama latarnia wygląda niemniej malowniczo. Z wysokości latarni nie widać jednak tak dobrze wysokich klifów. Lepiej obserwować je stąpając po plaży. Na odcinku między Niechorzem a Rewalem można podziwiać wysoki brzeg z odsłoniętą, spękaną skałą.

Latarnia stanowi chyba najbardziej charakterystyczny punkt odniesienia w Niechorzu i jest na trwałe wpisana w tutejszy nadmorski krajobraz. Od 1866 roku wysoka wieża z nieco przysadzistym budynkiem ozdobna w licową cegłę osiadła na klifowym brzegu. Bijące ze szczytu latarni światło już od ponad 100 lat kieruje bezpiecznie marynarzy na brzeg. Osobiście uważam, że właśnie w Niechorzu znajduje się najpiękniejsza spośród wszystkich latarni na zachodnim Wybrzeżu Polski. Urzekła mnie jej fasada z czerwonej cegły i zielone okiennice.

Lędzin i Niechorze pozwoliły mi włączyć tryb slow motion. Zwolniłam obroty, wybiłam się z codziennego wartkiego nurtu i oddałam bezwstydnie lenistwu. Nawet przejażdżka po miejscowościach wzdłuż kawałka Wybrzeża była powolna i wolna od napięć. Nic nie musiałam. Czas nie gonił. Minuty rozciągałam do granic możliwości niczym cienkie nitki świeżego karmelu, delektując się słodyczą nic-nie-robienia. Nawet bollywoodzka pogoda nie była w stanie zakłócić atmosfery tego wyjazdu, a wręcz przeciwnie – dodała mu uroku. Cztery dni spędzone po raz kolejny w tym roku nad polskim morzem utwierdził mnie, że warto wybierać ten kierunek. Nie wytrzymałabym pewnie długo, bo nie potrafię wylegiwać się na słońcu, ale przedłużony weekend to mój optymalny czas, mój i morza, tyle ja i Bałtyk potrafimy ze sobą wytrzymać bez nudy i fochów.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć znajdziecie na Fanpage w albumie Lędzin i Niechorze: Czasem słońce, czasem deszcz, czyli nasze polskie Bollywood

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *