Portugalia,  Relacje

Lizbona: bezcenne perły portugalskiej senhory

Leciutko oprószona piaskiem niczym bladym pudrem, delikatnie owionięta mgiełką niczym wytwornymi perfumami rozsiadła się Lizbona w Portugalii do złudzenia przypominając starą damę z żelaznymi zasadami. Kusi jeszcze wdziękiem i urodą młodości dawnych czasów, wielkich odkryć geograficznych i morskich podbojów, gdy rzędem ustawiały się do niej inne stolice europejskie niczym adoratorzy w konkurach o cień zainteresowania tej dumnej damy. Przechadzając się ulicami Lizbony i dziś jeszcze można odkryć to dawne piękno, ten dawny blichtr. Stolica Lizbony niczym stara dama poukrywała w różnych dzielnicach niczym w biżuteryjnych szkatułkach prawdziwe perły. Takie, których nie sposób znaleźć gdzieś indziej. Lubi się nimi jednak chwalić, by sobie i innym udowodnić i przypomnieć należne Portugalii miejsce w historii świata.

Manuelińskie dziedzictwo Hieronimitów

Okazałą perłą senhory Lizbony jest Mosteiro dos Jerónimos (klasztor Hieronimitów) położony w dzielnicy Belém, sąsiadującej z Oceanem. Koronkowe wykończenie fasady przy tak ogromnym kompleksie po prostu wprawia w osłupienie. Delikatne dekoracje oddają istotę stylu manuelińskiego, który jak żaden inny poświadcza dawny splendor Portugalii. Łączy w sobie bowiem dostojeństwo późnego gotyku z motywami orientalnymi oraz morskimi, nierozerwalnie związanymi z portugalskimi portami. Gdzież indziej jak nie w kraju żeglarzy w epoce odkrywców mógł kształtować się ten fenomenalny styl. Jego unikalność polega w moim odczuciu na po rzuceniu nieco mrocznych gotyckich rozwiązań i stonowanie ich cudownie misterną dekoracją oddając cudownie lekkie i gęste wzory orientalne i tchnące świeżą bryzą ozdoby morskie.

SONY DSC

Krużganki utkane jakby z białego kamienia wielkie łuki z kolumnami i kolumienkami pozwalają rozmarzyć się. Tak wygląda piękno w czystej postaci. O ile za rzeźbą i płaskorzeźbą nie przepadam, tak tu byłoby bez nich pusto. Stojąc na środku wewnętrznego dziedzińca można delektować się otaczającą ze wszech stron budowlą lekką, ażurową, wyrzeźbioną jakby w pianie morskiej. Świetlistość i przestronność krużganków fantastycznie koresponduje z nieco tajemniczym i trochę tylko mrocznym wnętrzem kościoła Santa Maria de Belém. Po przekroczeniu olbrzymich drzwi, ma się wrażenie, że oto człowiek przestąpił próg znanego mu świata, by trwać w zawieszeniu między światłem a cieniem.

Wysokie wnętrze w bardzo efektowny sposób oświetlają promienie słońca wpadające przez witraże okienne. Cudownie sklepione stropy przypominają pajęczą sieć, a bogato zdobione ornamentami roślinnymi słupy zdają się być jak wysokie, oplecione bluszczem pnie drzew. To kolejny popis stylu manuelińskiego, tak finezyjnego i uwodzącego. Kościół kryje jeszcze jedną perełkę. Grób Vasco Da Gamy. Nie powinno to dziwić, gdyż to jego powrót na statkach wypełnionych cynamonem, goździkami oraz innymi skarbami Indii sprawił, że klasztor oraz kościół w ogóle powstały. Król Manuel, nie będący wielkim strategiem, ale pragnący uczynić z Portugalii potęgę morską, modlił się o pomyślność wyprawy da Gamy. Obiecał też, że wybuduje świątynię, gdy żeglarz szczęśliwie powróci z Indii. Może i strategiem Manuel nie był, ale za to słowny był jak najbardziej.

Budowa imponującego klasztoru i kościoła rozpoczęła się w 1501 roku, w dwa lata po powrocie Vasco da Gamy do Portugalii. Miejsce, które było świadectwem sukcesu żeglarza, stało się także jego mauzoleum. Spoczywa tu jego ciało w kunsztownie rzeźbionym grobowcu. Można przejść i zachwycić się pięknem rzeźb, ale można też stanąć i pozwolić sobie na uzmysłowienie, że na wyciągnięcie ręki ma się grób człowieka sprzed kilku wieków, który miał tyle ikry i odwagi, by poznawać świat, który na przełomie średniowiecza i renesansu wydawał się miejscem niespokojnym.

Najpiękniejsza twierdza

Król Manuel w podziękowaniu za bezpieczny powrót da Gamy pobudował klasztor, zaś przezornie zarządził też pobudowanie twierdzy nieopodal. Torre de de Belém (wieża Belém) miała być swego rodzaju latarnią, punktem oznajmiającym żeglarzom, że oto znaleźli się na powrót u wrót Starego Kontynentu. W rzeczywistości stanowiła obiekt militarny. Dokładnie tak militarny! Tak zachwycający wygląd nijak nie pasuje do wojskowości, ale z faktami nie ma co się sprzeczać. Posadowiona u ujścia Tagu wieża pozwalała monitorować wody wybrzeża i wypatrywać pirackich bander.

SONY DSC

Gdy odrzuci się manuelińskie dekoracje, a budowlę wyobrazi się w wersji sauté to w sumie pewien militarny charakter widać. Obiekt tworzy bastion i pięcioczęściowa wieża. W ścianach widać otwory na działa, a na rogach tkwią wieżyczki strażnicze.

Im wyżej, tym ciekawiej. Widok z góry może rozzuchwalić. Spoglądając w dal i mnie przemknęła przez głowę myśl, jakie to odważne i romantyczne, tak ruszyć za ocean. Jednak zaraz potem przypomniałam sobie o szkorbucie, bujających karawelach i nastrój odkrywcy jakoś tak przeszedł. Jednak ten widok, tak ten widok rozzuchwala. To być może było jedyne pocieszenie dla Józefa Bema, który przez pewien czas był tu więziony, ponieważ wieża Belém była także więzieniem.

Pyszny portugalski przysmak

Niewątpliwie perłą senhory Lizbony, którą trzyma zazdrośnie dla siebie, jest Pastéis de Belém. To kolejne miejsce położone w dzielnicy nad Oceanem. Słynie z wybitnych, najlepszych w całej Lizbonie ciasteczek pastéis da nata. Ja określiłabym je jako nietypowe babeczki z lekko wyczuwalną nutą budyniową, a zarazem kruchą otoczką jakby francuskiego ciasta.

Ponoć właśnie w Pasteis de Belém narodziła się tradycja ich wytwarzania. Właściwie mieli zajmować się tym mnisi z pobliskiego klasztoru, a po zamknięciu klasztoru produkcją zajęła się Casa Pasteis de Belém. I tak od 1837 roku w tym miejscu lizbończycy i wszyscy turyści mogą delektować się delikatnymi babeczkami. Mało tego tu właśnie wymyślono tradycję posypywania ich cynamonem i cukrem pudrem.

SONY DSC

Najlepiej jest przyjść z samego rana, ponieważ z każdą godziną kolejka się wydłuża. Po ten przysmak ludzie gotowi są czekać nawet kilka godzin. Babeczki faktycznie były pyszne, jednak nie spektakularne. Jadłam podobnie dobre w innych zakątkach Lizbony. Jednak jest powód, dla którego warto czekać w kolejce do Pasteis de Belém. Wnętrze. Połączenie bieli z niebieskim jest zestawieniem kolorów niemal organicznie kojarzącym się z nadmorskim klimatem. Udekorowanie ścian azulejo jest natomiast najbardziej portugalskim sposobem dekoracji. Te dwie cechy doskonale pasują do tej iście portugalskiej cukierni.

Już od progu widać, że jest się w miejscu niezwykłym. Wystrój utrzymany jest w dobrym starym stylu. Przypomina nieco królestwo aptekarza z tymi zamykanymi witrynkami zasłaniającymi niemal wszystkie ściany pierwszego pomieszczenia. Za szybami poukrywane zostały skarby, strzeżone przez sympatyczne i do bólu cierpliwe ekspedientki, co chwilę przyjmujące i wydające zza potężnego, niebieskiego kontuaru zamówienia. Wdzięku dodają nieduże azulejo na ścianach, gdzie na białym tle lśniącej ceramiki pysznią się niebieskie statki, kwiaty, zające, a nawet postacie ludzkie.

Unikalna sztuka zdobnicza

Podziwiać azulejo można na ulicach portugalskich miast. Fasady kamienic i kościoły ubrane w strojne szaty ceramicznych płytek dodają niebywałego kolorytu całej miejskiej tkance. Azulejo są to cienkie ozdobne płytki ceramiczne, które w Portugalii wytwarzane są od ośmiu stuleci. Uważam, je za prawdziwą perłę tego kraju, a lizbońskie Museu Nacional do Azulejo (Muzeum azulejo) jest dowodem, że nie tylko ja tak uważam. W tym miejscu można odkryć i poczuć prawdziwą Portugalię.

Muzeum mieści się w dawnym Convento Madre de Deus (klasztorze Matki Bożej), położonym nieco na uboczu. Budynek powstał na początku XVI wieku i posiada piękne zdobienia. Mnie okrutnie spodobał się krużganek z przyległą do niego częścią restauracyjną. Zacienione arkadami i roślinami stoliki idealne nadawały się do chwili wypoczynku.

SONY DSC

W budynku znajdują się przestronne sale, które doskonale sprawdzają się do ekspozycji. Przechodząc od jednej do drugiej można podziwiać dzieła sztuki azulejo od XV wieku do czasów współczesnych. Dokładnie, do czasów współczesnych! Sztuka nie wymarła ani nie skostniała w swojej formie. Jest nadal żywym elementem kultury portugalskiej, a współcześni artyści odważnie z nią igrają.

Najciekawszym eksponatem jest panorama Lizbony rozciągająca się przez całą długość jednej ze ścian. Ma aż 36 metrów! Przyznam, że ogromną frajdę sprawiało mi wyszukiwanie już poznanych obiektów. Trzeba przyznać, że to całkiem pochłaniające zajęcie. Ceramiczne płytki przedstawiają bowiem miasto jeszcze sprzed trzęsienia ziemi,  które miało miejsce w 1755 roku.

Kościół bez dachu

Trzęsienie ziemi z 1755 roku było niezwykle silne i w dużym stopniu doprowadziło Lizbonę do ruiny w dosłownym znaczeniu. Wiele budynków zniknęło z powierzchni, a drugie tyle doznało poważnych uszkodzeń. Prawdopodobnie blisko 2/3 ówczesnej zabudowy obróciło się w ruinę, szacuje się, że nawet 1/3 ludności miasta zginęła. Milczącym świadkiem tych dramatycznych wydarzeń był Convento do Carmo, czyli kompleks zakonu karmelitanów składający się z kościoła oraz klasztoru. Posadowiony został na wzniesieniu już w 1389 roku, a dziś po jego świetności pozostało zaledwie westchnienie. Cały kompleks bardzo ucierpiał w wyniku trzęsienia ziemi.

Dziś to „kościół bez dachu”, jak potocznie zwykli o nim mawiać lizbończycy. Dla mnie to prawdziwa perła miasta. Cudowne jest to, że można go zwiedzać, gdyż mieści się tu muzeum archeologiczne (drugie na terenie miasta). Opłata nie jest duża za wejście, bo i kompleks nie należy do szczególnie dużych. Jednak warto odwiedzić go choćby dla obejrzenia skutków katastrofy. Z tego też względu kościoła nie odbudowano, choć plany takie były. Jego szkielet górujący nad miastem miał nie pozwolić zapomnieć o ogromnych zniszczeniach oraz tragicznej śmierci dziesiątków tysięcy lizbończyków.

SONY DSC

Brak dachu. Chyba to zrobiło na mnie najbardziej piorunujące wrażenie. Wzbudziło nawet pewien niepokój. Solidne ściany, słupy pnące się ku górze, wszystko to na nic, gdy dostrzega się błękit nieba zamiast zdobnych sklepień. Upiorne, ziejące pustką łuki, które zawisły w przestrzeni tworzą niepokojącą atmosferę. Tam, gdzie marmurem wyłożone winny być posadzki, żwir i kamienie zgrzytają pod butami. Tam, gdzie na ścianach winny zawisnąć obrazy i chełpić się dumne rzeźby, widać odarte z tynku cegły. Tam, gdzie winien być dach, zieje pustka poznaczona ledwie pajęczyną ocalałych łuków.

Dla tego widoku warto zwiedzić muzeum archeologiczne. Część osłonięta, mieszcząca się w lepiej ocalałych pomieszczeniach klasztornych kryje eksponaty. Nie jest to jednak zbiór spektakularny i można zakończyć zwiedzanie dosłownie w kilkanaście minut. Warto więc zwolnić tempo i dobrze porozglądać się i poczytać etykiety, bo oto przyjdzie stanąć oko w oko z władcą Portugalii z lat 1367-1382. W muzeum znajduje się bowiem jego nagrobek. Szczególnie ciekawe wydało mi się pomieszczenie przypominające nieco upiorny gabinet. Czemu upiorny? Cóż w centralnym punkcie, w szklanych gablotach znajdowały się dwie mumie peruwiańskie z czasów prekolumbijskich.

Spalone wnętrze

Podobnie jak wiele innych budowli również Igreja de São Domingos (kościół św. Dominika) uległ poważnym uszkodzeniom w wyniku tragicznych zdarzeń z roku 1755. W przeciwieństwie do klasztoru i kościoła karmelitów ten obiekt postanowiono odbudować. Jak postanowiono, tak uczyniono. Nowy projekt utrzymany został w stylu barkowym. I znów olśniewał pięknem. W takiej formie przetrwał do 1959 roku.

Pewnego sierpniowego dnia 1959 roku w kościele rozpętało się piekło. Od palących się świeczek zajęły się elementy drewniane wystroju. Ogień rozszalał się na dobre trawiąc wszystko co napotkał na swojej drodze, nie zważając na bezcenny charakter wielu dzieł sztuki i relikwii. W ten sposób przepadła chusta św. Łucji. Być może dwa tak wielkie zniszczenia kościoła, a być może ogromne koszty wiążące się z odbudową sprawiły, że przez lata kościół niszczał. Co prawda szybko po pożarze uprzątnięto zniszczenia i doprowadzono do stanu prowizorycznej użyteczności, jednak dopiero w 1992 roku na poważnie zajęto się odbudową.

dsc_7981

Projekt przewidywał odnowę całkowitą sklepienia przy pozostawieniu praktycznie bez zmian wnętrza. I to, właśnie to wnętrze jest tak piorunujące. To kolejna wyjątkowa perła senhory Lizbony, którą skrywa ona przed nieuważnymi turystami. Z zewnątrz bowiem budynek wygląda całkiem zwyczajnie, ot kolejny kościół, gdy tymczasem wnętrze zapiera dech w piersiach. Być może nigdy takiego kościoła nie ujrzycie. Podobny, ale mniej mroczny „wystrój” można było jeszcze trzy lata temu podziwiać w kościele Najświętszej Marii Panny w Malborku, jednak tam plany odbudowy istnieją. W lizbońskim kościele św. Dominika nikt nie chce odnawiać osmolonych płomieniami kolumn. Dla podkreślenia dramaturgii ściany przyjęły barwę bordową, nawiązując do koloru płomieni ognia.

Dawna chluba miasta

Największym w opinii wielu mieszkańców portugalskiej stolicy skarbem starej senhory Lizbony jest zamek. Nie ma potrzeby właściwie mówić, że chodzi Castelo de São Jorge (zamek św. Jerzego), gdyż obiekt jest tak popularną atrakcją turystyczną, że na sam dźwięk słowa „zamek” każdy przechodzień jest w stanie pokierować poszukującego do najstarszej części dzielnicy Alfamy. O ile wielkie trzęsienie ziemi wielu budowlom zaszkodziło, o tyle mam wrażenie, że akurat tej zabudowie wyszło to na dobre. Owszem straty były ogromne, a prace nad odbudową rozpoczęły się tak naprawdę dopiero w połowie XX wieku z polecenia dyktatora Salazara. I postawił on sprawę jasno: Odnowiony zamek miał nawiązywać do swych korzeni, czyli de facto do czasów Maurów, którzy go pobudowali.

Zamek świętego Jerzego wzniesiony został przez najeźdźców z Bliskiego Wschodu już w X wieku i był przez nich zamieszkiwany do 1147 roku, gdy z kraju przepędził ich pierwszy portugalski król. Od tego czasu budowla była wielokrotnie przebudowywana. Na szczęście lub nieszczęście – to zależy od punktu widzenia bądź siedzenia – w wyniku trzęsienia ziemi z 1755 roku budowla została oczyszczona z naleciałości. Dziś faktycznie przypomina starą twierdzę.

SONY DSC

Mnie zachwyciły najbardziej mury. Już z daleka widać zębate blanki, które chyba każdemu kojarzą się z bajkowymi zamkami, fosami, smokami z legend. Nawiązują do pierwotnych fortyfikacji z czasów Maurów, a współczesnym zwiedzającym dają możliwość podziwiania pięknej panoramy miasta. Poza tym to ogromna frajda! Naprawdę! Spacerując kilka metrów nad ziemią korytarzami muru świetnie się bawiłam. Aż żal było schodzić. Ale jak mus to mus. Zeszliśmy więc, opuszczając zamek malowniczą kaskadą schodów.

*  *  *

Stara portugalska dama ma w sobie klasę. Prawdziwą, niewymuszoną klasę, którą nabyła stulecia temu w czasach swojej największej świetności. Uroda jej nadszarpnięta mocno kataklizmem i topniejącymi funduszami w dobie postkolonializmu zdołała jednak ocaleć w tych kilku perłach. Jedne są bardziej, drugie mniej opisane w przewodnikach. Wszystkie zasługują na chwilę uwagi, gdyż są cząstką niezwykłej historii niezwykłego miasta. Jedne zachwycają w pełni, inne po części. Warto dać sobie chwilę na ich obejrzenie i zrozumienie, gdyż każda z tych pereł znaczy wiele dla lizbończyków i pozwala odkryć kawałek prawdziwej Portugalii. Trzeba tylko nie dać się porwać pędowi i na chwilę przystanąć.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Lizbona: Bezcenne perły portugalskiej senhory

 
 
ZapiszZapisz

3 komentarze

Pozostaw odpowiedź agnieszkatrolese Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *