Oceanarium w Lizbonie - hipnotyzujący kolor wody
Portugalia,  Relacje

Lizbona: Hipnotyzujące oblicze portugalskiej stolicy

Nigdy nie uważałam się za osobę podatną na hipnozę.  Pomimo marzycielskiego usposobienia twardo stąpam po ziemi i wierzę, że dostajemy dokładnie tyle, ile jesteśmy w stanie sami wyrwać światu zębami i rękami. W porywach romantyzmu poddaję się jednak chwilom, pozwalam sobie na wzruszenia, drgnienia serca, rozszerzone ze zdziwienia oczy, czy przymrużone błogością powieki. W tych ulotnych chwilach beztroskiego rozedrgania emocjami daję się zahipnotyzować. Oglądam otoczenie przez lukę rzeczywistości, jakby lekko za mgłą, lekko nierealne. Oddaję się celebracji tego momentu zatracając się w nim całą świadomością siebie, daję się zahipnotyzować, porwać, obezwładnić. Lizbona wprowadziła mnie swoimi zaklęciami w ten stan nie raz, pozostawiając w pamięci wytłoczone emocjami wspomnienia.

Podwodny świat, czyli Oceanarium w Lizbonie

Kojąca głębia błękitu zachęca do stracenia się na chwilę lub dwie w niuansach jej tonów, gradientów i świetlnych refleksów. Wpatrywałam się szeroko otwartymi oczami w monstrualnej wielkości zbiornik wodny, będący punktem centralnym Oceanarium w Lizbonie. Mieścił cały mikrokosmos świata tak bardzo niedostępnego dla mnie na co dzień. Dla lepszego oddania wielkości głównego akwarium w lizbońskim oceanarium nadmienię, że jego powierzchnia jest równa łącznej powierzchni 4 basenów olimpijskich, a do jego zapełnienia potrzebnych jest 5 mln litrów wody.  Zanurzony był w niej świat stworzeń i roślin, których obserwacja wprowadza w przyjemny trans na granicy jawy i snu.

Prawdziwie hipnotyzujący był jednak płynny ruch ławicy srebrnych ryb. Synchronizacja metalicznych ciał zwinnie poruszających się pod wodą przypomina naprawdę dobry spektakl taneczny, od którego był w stanie mnie odciągnąć tylko dostojny „przemarsz” rekina. Masa mięśni z wyszczerzonymi w przeraźliwymi uśmiechu zębami poruszała się zawieszona w wodzie z imponującym dostojeństwem. Powolne, majestatyczne ruchy rekina w połączeniu z drapieżną fizjonomią przyciągały jak magnes. Obserwowałam go na każdej z czterech kondygnacji lizbońskiego oceanarium, według mnie najlepszego jakie do tej pory widziałam.

Oceanarium w Lizbonie - rekin
Jeden z rekinów w Ocenraium. Trzeba przyznać, żę jego dostojne pływanie przykuwało uwagę.
Oceanarium w Lizbonie - hipnotyzujący kolor wody
Kolor wody po prostu hipnotyzuje. Można się w niego wpatrywać godzinami!

Czerwone dachy, czyli panorama z windy Santa Justa

Ognista czerwień przechodziła miejscami w głęboki burgund by po chwili jaśnieć ceglastym kolorem pomarańczy. Połacie lizbońskich dachów w porannych promieniach słońca mieniły się bogactwem odcieni czerwieni, tworząc nad miastem patchworkową  kołdrę w ciepłych tonacjach. Oglądałam panoramę Lizbony w mocnym słońcu ranka, co nadawało wyrazistości pejzażowi zarysowując ostro granicę cieni i nadając soczystości dachom dzielnicy Baixa.

Pokonywałam żelazne schody z windy Santa Justa i podziwiałam koronkowe wzornictwo nim wdarłam się w sennej atmosferze poranka jak nieproszony gość na taras widokowy. Podchodząc do jego krawędzi poczułam lekkie mrowienie na karku i delikatne muśnięcie na policzku. Patrzyłam na rozciągający się przede mną świat, składający się z dachówek i dachóweczek, okien, kominów, warstwowo składających się w przepyszny miejski tort serwowany dla każdego, kto zmobilizuje się by skorzystać z windy Santa Justa rankiem. Właśnie o tej porze dnia kolory są najbardziej nasycone, a okolica względnie pusta, można bezwstydnie stać i patrzeć w dal, ślizgając wzrokiem po horyzoncie i dając się zahipnotyzować czerwonym dachom Baixy.

kręte schody z widny Santa Justa
Kręte metalowe schody prowadzące na taras widokowy z windy Santa Justa wyglądają obłędnie z tymi zdobniczymi detalami.
Lizbona - widok na czerwone dachy
Morze czerwonych dachów widziane o poranku z tarasu widokowego windy Santa Justa robi piorunujące wrażenie.

Falująca fatamorgana, czyli uliczka przy placu Rossio

Dzień z całą subtelnością akwarelowych odcieni nieba przechodził w wieczór. Szliśmy jedną z setek lizbońskich ulic, które tworzą falującą powierzchnię miasta raz wspinając się w górę, innym razem ciągną się w dół. Niepozorne schody przechodziły w rozlewające się kaskadą wodospady kamiennych stopni i porywały w głąb kolejnej dzielnicy.

Tracąc absolutnie poczucie czasu i rzeczywistości zaczęliśmy schodzić w stronę placu Rossio. Perspektywa jaką ukazała mi się przed oczami przyspieszyła tętno. Idealnie w prześwicie między budynkami wyłaniała się majestatyczna kolumna z królem Piotrem IV u zwieńczenia. Widok tej ulicy zapadł, gdzieś we mnie, zagnieździł się między żebrami, przywarł do żołądka i za każdym razem odczuwam przyjemne łaskotanie brzucha, gdy przypominam sobie ten osobliwy miejski pejzaż. Muszę przyznać, że cała ta niedoskonała, falująca mapa miasta z ulicami pnącymi się ku górze, by za chwilę odpaść w dół, hipnotyzowała, zachęcała do dalszej podróży, do kolejnego kroku.

uliczka przy placu Rossio w Lizbonie
Malownicza uliczka przy placu Rossio po prostu mnie zachwyciła na kilka minut przed zachodem słońca.
Lizbońska ulica przed zachodem słońca
Chodziliśmy bez planu po lizbońskich ulicach łapiąc w kadr wszystko, co urzekało, zachwycało, hipnotyzowało

Tajemnice natury, czyli lizboński Ogród Botaniczny 

Smukłe wąsy paproci opadały z całym dostojeństwem na jakie stać było tę wiotką roślinę. Tworzyły zieloną, gęstą ścianę z daleka przypominającą nieco stary sweter szenilowy, miejscami mocno wytarty. Szłam obok nich, czując momentami jak dłuższe liście lekko dotykają mojego ramienia lub przeczesują włosy. Napawałam oczy soczystością zieleni o różnej skali intensywności, ostrości, głębi.

Do Ogrodu Botanicznego w Lizbonie trafiliśmy przypadkiem, zupełnie tego nie planując, w środku miasta, w środku tygodnia byliśmy jedynymi, przemierzającymi te egzotyczne alejki. Czułam się jak odkrywca, który na drodze poszukiwań starożytnego skarbca odkrył niespodziewanie w jaski obok zaginioną Atlantydę lub Bursztynową Komnat. Przez chwilę miałam wręcz wrażenie, że nikt o tym miejscu nie wie, że pozostaliśmy w nim sami, a ono znajduje się w innym wymiarze, w innej przestrzeni, w innej Lizbonie. Perfekcyjnie zestawione ze sobą tropikalne odmiany roślin komponowały się w hipnotyzujący sposób. Nie mogłam oderwać wzroku od ogromu tej zielni, otulającej mnie zewsząd niczym kokon małą, pokrętną gąsienicę.

Ogród Botaniczny w Lizbonie - widok ogólny
Eksplodujący zielenią Ogród Botaniczny w Lizbonie zdecydowanie mnie pochłonął i podbił moje serce.
Ujęcie ogólne Ogrodu Botanicznego w Lizbonie
Oaza ciszy i spokoju w sercu Lizbony. Ogród Botaniczny jest raczej rzadko odwiedzanym miejscem w stolicy Portugalii, a szkoda.

Hipnotyzujące oblicze portugalskiej stolicy zaskoczyło mnie. Lizbona kojarzyła mi się z ogromnymi falami oceanu, żółtymi tramwajami i kolorowymi płytkami, zdobiącymi ściany budynków. Z pewnością te elementy, składają się na obraz Lizbony, determinują jej charakter i stanowią prawdziwe perły tej portugalskiej senhory. Jednak to zupełnie inne miejsca w tym mieście mnie zahipnotzowały i oczarowały.

2 komentarze

Pozostaw odpowiedź Agnieszka Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *