Anglia,  Relacje

Londyn: Sztuka o zwiedzaniu muzeów w ośmiu aktach z antraktami. Część 1

Prolog: Magda wstała wcześnie. Wsunęła stopy w klapki i podeszła do umywalki. Zatkała otwór korkiem i zgodnie z wiekową tradycją Brytyjczyków odkręciła najpierw kurek z zimną, a potem drugi kurek z ciepłą wodą. W ten sposób uzyskała wodę o temperaturze letniej, którą ze spokojem mogła wykorzystać do obmycia twarzy. Wyjrzała za okno. Świecące słońce zapowiadało piękny dzień. A miał być naprawdę cudowny, ponieważ tego dnia Magda miała wybrać się z Maćkiem do Muzeum Historii Naturalnej w Londynie. O odwiedzeniu tego miejsca Magda marzyła od dawna. Nie pamiętała nawet od jak dawna, dlatego i jej, i Maćkowi wydawało się, że było to bardzo stare marzenie, choć w rzeczywistości nie mogło mieć więcej niż kilkanaście lat.

Akt I: Prawie Jurajski Park

To fakt! W dniu, w którym mieliśmy wybrać się do Muzeum Historii Naturalnej w Londynie obudziłam się wcześnie i to z własnej woli, no może z niewielkim wsparciem budzika, ale bez zbędnego ociągania. Byłam podekscytowana. Bardzo chciałam zobaczyć po pierwsze – szkielety dinozaurów, po drugie – wyjątkowy budynek. Ani jedno, ani drugie mnie nie rozczarowało. Wiktoriańska architektura po prostu zapiera dech w piersiach. Dostojne schody, łukowate sklepienie i wszechobecny kamień tworzyły fantastyczną mieszankę powagi i dostojeństwa historii. Żeby odkryć te niesamowitości trzeba jednak pokonać główne wejście, a do muzeum nie wchodzi się tak po prostu. Ruchome schody, stanowiące początek przygody, zasysają do wnętrza Ziemi!

Na mnie jednak większe wrażenie wywarło Central Hall w Life Galleries – hali, przypominającej na poły wnętrze katedry, na poły jadalnię rodem z Hogwartu. To właśnie tu znajduje się ogromny szkielet diplodoka. Mniej skamieniały, bardziej żywy charakter – dzięki swej ruchomej konstrukcji – ma rekonstrukcja tyranozaura. Robot porusza się i wydaje dźwięki imitując zachowanie oryginału sprzed ponad 60 mln lat. W galerii dinozaurów znajduje się pierwszy T.rex kopalny jakiego znaleziono na świecie, czaszka Triceraptosa, czy pozostałości jednego z największych mięsożerców, jakie nawiedziły kiedykolwiek tereny, stanowiące obecną Europę – Baryonyxa. Moja dłoń w porównaniu do łapy dinozaura była imponująco niewielka. Podobnie maluczka poczułam się w obliczu gigantycznego pnia sekwoi, którego średnica wynosi około 6 metrów. A więc kilka razy więcej niż mój wzrost.

Mieszaninę odrazy z prawdziwym zdziwieniem wywołały u mnie jak zawsze wypchane postacie ssaków. Z pełnym zdumieniem obserwowałam strefę niebieską, gdzie pod sufitami podwieszone są olbrzymie szkielety zwierząt morskich. W muzeum londyńskim można oko w oko, twarzą w twarz stanąć z wymarłymi gatunkami, które wyglądają realistycznie. Obok swych protoplastów stoją ich dzisiejsi krewni. Wypchane zwierzęta, przygotowane zgodnie z prawidłami współczesnej taksydermii według Carla Akeleya, prężą mięśnie, wytężają słuch, czy szykują się do ataku. Nie należę do wegetarian i jako osoba ceniąca naukę dostrzegam wkład kolekcji brytyjskiej w rozwój wiedzy o wielu gatunkach, jednak wypchane zwierzęta po prostu do mnie nie przemawiają. Współcześnie taksydermia nie ma dla mnie już wartości poznawczej i edukacyjnej. O dziwo – głównie za zasługą entuzjastów polowań – nie jest to niestety obumierająca gałąź nauki.

SONY DSC

 

Antrakt: W świecie czekoladowych drażetek

W chwili wolnej od zwiedzania całkiem bezwiednie dotarliśmy pod bramę świata M&Msów. Sądzę, że mógł nie być to tak całkowicie przypadkowy zbieg okoliczności. Maciek jest fanem tych drażetek. Jeśli miałby zrobić listę dziesięciu ulubionych słodyczy, którą zalaminowałby i nie mógłby już nic w niej zmienić do końca życia, to te łakocie uplasowałby się na 7. może 6. miejscu.

Już po przekroczeniu progu podzieliłam w pełni jego entuzjazm! Trafiliśmy akurat na otwarcie – ok. 11:00 – i przywitał nas zespół pracowników ustawiony w dwa szpalery klaszczący i śpiewający wesołą piosenkę. Jednak! Nie to było powodem mojego entuzjazmu. Na czterech piętrach czekał nieodkryty świat! W wielkich tubach kolorami i poniekąd smakami układały się drażetki z napisem M&M – zaczerpniętym od pierwszych liter nazwisk twórców Forresta Marsa (tego samego od batonów!) i Bruce’a Murriego.

Nie były to same cukierki. Były tam wszystkie gadżety, jakich dziecko i dorosły, mogliby zapragnąć – od kubków poprzez koszulki aż po poduszki. Na ścianach wisiały obrazy czołowych przedstawicieli gatunku drażetkowego z różnych epok – zarówno z linii czysto czekoladowej, jak i z tych z domieszką szlachetnego orzeszka. Można było także ująć pod ramię wielką postać popularnej drażetki w jednej z kilku ciekawych stylizacji. Pałałam szczerą dziecięcą radością na każdym kroku. Po ponad godzinnym pobycie udało nam się opuścić ten przybytek – cudem z zaledwie kilkoma magnesami i – ku zgrozie z workiem wypełnionym wszelkiej barwy drażetkami.

SONY DSCSONY DSCSONY DSC

autor: Magdalena Drajkowska

Kolejne części opowieści o Londynie przeczytacie tu: 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8.

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Londyn: Sztuka o zwiedzaniu muzeów w ośmiu aktach z antraktami

4 komentarze

Pozostaw odpowiedź Wiola Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *