Hiszpania,  Relacje

Madryt: Być kustoszem wolnych chwil

Wysoka zabudowa przy uliczkach przyjemnie chroniła przed spiekotą słońca, podobnie jak cieniste alejki parków, gdzie po ekscytujących doznaniach dnia odpoczywaliśmy, czy zadaszone mercado, gdzie spędzaliśmy wieczory po dniu pełnym wrażeń. O miejscach idealnych do odprężenia pisałam już w jednym wcześniejszych postów. Stanowią przestrzeń, gdzie na jedną chwilę, a czasem na więcej niż chwilę zostawaliśmy dzieląc się przeżyciami i wrażeniami. Czasem nie robiliśmy nic. Siadaliśmy na parkowej ławce lub przy stoliku w lokalu i patrzylismy na ludzi, którzy przewijali nam się przed oczami, bo brakowało nam już sił po całym dniu pełnym atrakcji. Stolica Hiszpanii nie zawiodła mnie pod tym względem rozrywek. W Madrycie każdy znajdzie atrakcje dla siebie. Odkrywałam miasto z różnych strony, delektowałam się atrakcjami i wolnymi chwilami jak kustosz i próbowałam niektórych rzeczy pierwszy raz.

Rzewna historia zakrapiana sangrią

Menadżerka lokalu otworzyła nam drzwi. Poprzedniego popołudnia zostawiliśmy jej 40 euro i nasze nazwisko, nie dostając w zamian żadnego kwitka tylko kiwnięcie głową od starszego Hiszpana zapisującego coś na wymiętej kartce.

W wyznaczonym dniu stanęliśmy przed Casa Patas niepewni czy zostaniemy wpuszczeni. Menadżerka wskazała nam tego samego starego Hiszpana, stającego za kontuarem baru. Poprosił nas o nazwiska. Wszystko się zgadzało. Kazał iść.

Minęliśmy salę restauracyjną i weszliśmy za kotarę. Pomieszczenie było nieduże. Maksymalnie mogło tu się zmieścić 50 osób. Na przedzie była scena, a resztę sali zajmowały okrągłe stoliki z krzesełkami. Usiedliśmy przy stoliku z naszą rezerwacją i już po chwili dostaliśmy sangrię. W ciągu kilkunastu minut sala wypełniła się po brzegi.

SONY DSC

Światło przygasło, a jedynym jasnym punktem była scena, na której pojawili się artyści. Muzycy i tancerze stworzyli cudowny spektalt. Po raz pierwszy podziwiałam flamenco na żywo. Pokaz można było podzielić na dwie części. W pierwszej występowała jedynie kobieta, a w drugiej mężczyzna. Widać było pasję, emocje, kunszt. Jednak to zdecydowanie kobieta była gwiazdą wieczoru. Suknia fantastycznie poddawała się ruchom jej ciała, a mimika twarzy odddawała żewny nastrój flamenco. Nie jest to tylko widowisko, ale też opowieść o miłości i stracie. Każdy ruch ramion, czy dłoni ma tu znaczenie. Flamenco wywodzi się od hinduskiego tańca, w którym gesty są szczególnie ważne, więc jego ekspresyjność oraz dokładne wykończenie każdego ruchu stanowią o kunszcie artysty.

SONY DSC

Nawet się nie zorientowaliśmy jak ta żywa opowieść wciągnęła nas na 1,5 godziny. Chcieliśmy nawet zostać chwilę w restauracji, ale sala pękała w szwach. Ruszyliśmy więc w stronę głównego placu. Pomimo dość późnej godziny nie mieliśmy ochoty na sen. Trudno byłoby zresztą zasnąć po takim pozkazie. Spacerując po ulicach Madrytu nocą nie byliśmy jedyni. Hiszpanie bawią się do późna bez względu na dzień tygodnia.

Spełnione marzenie na Dzień Dziecka

Chyba wybraliśmy najdłuższą trasę – powiedziałam do Maćka po półgodzinnej jeździe tramwajem. Byłam tego dnia strasznie niecierpliwa. Właśnie miało spełnić się moje marzenie. Od pewnego czasu bardzo chciałam zobaczyć pandę wielką. Z pewnością wizyta w chińskim rezerwacie w Chengdu jeszcze przede mną, ale to madryckie Zoo było miejscem, gdzie pierwszy raz ujrzałam pandę na żywo.

SONY DSC

Gdy tylko przekroczyliśmy próg ogrodu zoologicznego skierowałam się do strefy azjatyckiej. Były. Czekały na mnie. Trzy biało-czarne niedźwiedzie leżały w słońcu leniwie zajadając bambusa. Widok był przeuroczy. Zupełnie nic robiły sobie z tego, że ludzie gromadzili się robiąc im zdjęcia i głośno dyskutujac na temat ich naturalnego wdzięku. Z pewnym wręcz dostojeństwem ignorowały cały szum dookoła. Napawałam się ich widokiem dobre pół godziny. I co warto nadmienić nie zmieniły w tym czasie położenia. Ogród zoologiczny czekał jednak na poznanie, więc poszliśmy dalej.

Madryckie zoo zaskoczyło mnie ogromną otwartością na odwiedzających. Najlepszym tego dowodem są pokazy. Zwierzęta podczas krótkich występów wykonują polecenia swoich instruktorów i mam wrażenie, że naprawdę dobrze się bawią. Jako pierwszy widzieliśmy pokaz sztuczek i umiejętności delfinów. Przyznam, że “wybieg” dla delfinów z pewnością przydałoby się odnowić. Był przestarzały, ale rozmiary nie wydawały mi się takie znów klaustrofobiczne. Wokół akwenu zaaranżowano niewielkie trybuny skąd można było obserwować ewolucje w wodzie i w powietrzu.

DSC_6852

Pokazy z udziałem ptaków egzotycznych oraz ptaków drapieżnych mogą wydawać się na tle ekscesów delfinów mniej ekscytujące. Nic bardziej mylnego!

Podniebny spektakl z udziałem papug, papużek, tukanów przyprawił o zawrót głowy. Finał pokazu ptaków egzotycznych odbył się przy ścieżce dźwiękowej z animacji Rio. Tego nie można sobie wyobrazić. Feeria kolorowych piór, radosny szczebiot, energetyczna muzyka. Niebo nad naszymi głowami wypełniło się na tę krótką chwilę barwnymi postaciami ptaków, przenosząc w zupełnie inną rzeczywistość.

Te rajski klimat przemienił się w pewnego rodzaju dreszczowiec zaledwie w kilkanaście minut później. Pokaz dzikich ptaków wywołał u mnie pewien niepokój. Ogromny cień sępa kilka kroków przede mną, swobodnie przemieszczający się między kolejnymi instruktorami miał w sobie coś z najbardziej mrocznego thrillera.

Po tym nieco upiornym pokazie, widokiem roztapiajacym moje serce był koala tulący się do pnia. Śpiący zwierzak ustawił się idealnie tyłem. I posiadam dzięki temu serię zdjęć jego efektownych, futrzastych pleców. W madryckim Zoo można spędzić cały dzień przechadzając się między alejkami. To świetne miejsce rozrywkowe, gdzie spędzaliśmy Dzień Dziecka – a co, dorosłym nie wolno?

Zbyt duża dawka rozrywki

Wracając z ogrodu zoologicznego przez Casa de Campo dostrzegliśmy imponującą konstrukcję rollercostera. Popatrzyliśmy na siebie i ruszyliśmy.

Tego dnia akurat park rozrywki był zamknięty, ale obiecaliśmy sobie, że wrócimy. Rozbudzone nagle pragnienia przejażdżki na rollercosterze i równie nagle ostudzone, sprawiło, że poczułam rozczarowanie. Właśnie dlatego postanowiliśmy skorzystać z przejażdżki mniej ryzykowną kolejką linową. Choć dreszczyku tej przeprawie Teleferico dodał fakt, że trafiliśmy na wagonik nr 13. Przesądna nie jestem i zamknięta w blaszanej puszce na wysokościach pod przeklętym numerem doskonale się bawiłam.

SONY DSC

Odbyliśmy podróż tylko w jedną stronę. Z górnej stacji Casa de Campo do stacji dolnej Paseo del Pintor Rosales trasa ma 2,5 km, a w najwyższym punkcie osiąga wysokość 40 m. Wagonik przesuwał się powoli dając okazję do podziwiania rozległego parku, rozciągającego się w dole. W czerwcu wypalone trawy i krajobraz przypominający raczej sawannę niż oazę zieleni, odebrały cały urok Casa de Campo. Przejazd Teleferico pozwala na podziwianie jeden z efektowniejszych panoram Madrytu, a spoglądając na wspaniały Pałac Królewski z tej perspektywy dopiero widać jego okazałość.Wdzięczne widoki i powolne tempo wycieczkowe przejazdu klejką liniową tylko podsycały ciekawość atrakcjami parku rozrywkowego, która zaspokojona została kilka dni później.

Parque de Atracciones de Madrid powstał w 1968 roku i należy do grupy największych parków rozrywki w Europie. Jest też jednym z nielicznych na Starym Kontynencie parków rozrywki o tak doskonałej lokalizacji. Nie trzeba kombinować z dojazdem. Niemal pod same wrota podjeżdża metro. Mile zaskoczyła nas także opłata. Za niewygorórowaną cenę otrzymaliśmy dostęp do niemal wszystkich atrakcji. Z tego co zaobserwowałam tylko jedna była dodatkowo płatna. Już sama obfitość atrakcji przyprawiała o zawrót głowy. Nie mieliśmy jednak żadnych wątpliwości od czego należy zacząć.

Abismo był prawdziwym powodem naszej wizyty w tym przybytku rozrywki. Rollercoaster z prawdziwego zdarzenia. Wysokość 49 metrów i prędkość momentami osiągająca 100km/h dodawały pikanterii tej konstrukcji pełnej zakrętów, zawijasów i ogólnie groźnie się prezentującej. Równie nieprzyjemnie wyglądała kolejka do rollercoastera. Po pół godziny oczekiwania uśmiechnęło się do nas szczęście. Wpuszczający na platformę startową zapytał czy jest para. Byliśmy pierwsi w ogonku spośród czekających par. Po chwili siedzieliśmy w wagoniku, który w pionowej linii zmierzał w górę. To było zatrważające! Potem nas obróciło do góry nogami. Reszta tej upiornej trasy składała się wyłącznie z zakrętów, gwałtownych spadków i błyskawicznych podjazdów w górę. Po kilku dosłownie minutach stałam na miękkich nogach, dumna, że spróbowałam i przekonana, że już więcej na rollercoaster nie wsiądę. Uśmiechnięci i niewzruszeni ludzie na rollercoasterze to mit amerykańskich komedii.

Gdy tylko trochę opadł poziom adrenaliny znów kierowaliśmy się na najbardziej ekstremalne atrakcje. La Lanzadera to ogromny słup o wysokości 63 metrów. Wjeżdża się na górę powoli, będąc przyczepionym do siedzeń, by po chwili z prędkością 80km/h spadać w dół.

Vértigo to klasyczna kolejka górska, określana też mianem rodzinnego rollercoastera. Przejażdza rozpoczyna się od wjazdu na 15 metrów, co nie jest wcale straszne, tak naprawdę to o dreszcze przyprawiają momenty bardzo szybkiego wchodzenia w zakręty, a na 400-metrowej trasie jest ich bardzo dużo.

Jednak czym jest ekstremalnie ostry zakręt przekonaliśmy się na Tarantuli. Szalona konstrukcja ma 700 metrów długości i 25 metrów wysokości. No niby nic strasznego. Ale! Wagoniki w zupełnie nieoczekiwanych momentach obracają się o 360 stopni pędząc po torach z prędkością 70 km/h. Tak właśnie pędząc, bo takie ma się odczucie, gdy tkwi się na siedzeniu odkrytym z każdej strony.

Ekstremalnym przeżyciem była powolna przejażdżka na karuzeli łańcuchowej. I nie byłaby niczym niezwykłym, gdyby nie fak , że wznosia się na wysokość 80 metrów. Gdy byliśmy już na samej górze i delikatny wiatr owiewał mi twarz delaktowałam się cudownym widokiem. To być może nieco banalne i przesłodzone, ale podziwianie panoramy Madrytu, trzymając za rękę męża było niezwykle romantyczne.

Korzystaliśmy nie tylko z szalenie ekscytujących atrakcji. Te ekstremalne doświadczenia przeplataliśmy nieco spokojniejszymi I nie wywołujacymi tak dużej dawki adrenaliny. Asseraderro to spokojna przejażdżka…kłodą. Wsiedliśmy do wagonika przypominajacego drewnianą kłodę, którym pokonywaliśmy niewielkie podjazdy, by z całym impetem zjechać potem w dół , przecinając taflę wody. W upalny dzień taki lekki, niespodziewany prysznic był przyjemny.

Skorzystaliśmy też z okazji, by zabawić się w kowbojów. W dużej sali znajdowały się ustawione przodem do ekranu imitacje osiodłanych koni. Gdy symulator zaczął działać, konie poruszały się jak podczas prawdziwej jazdy na grzbiecie wierzchowca, a przy tym musieliśmy strzelać do wyskakujących zbirów i bandytów.

Parku rozrywki był świetną przygodą i pierwszą moją przygodą z prawdziwym “wesołym miasteczkiem” jak z amerykańskich filmów, która oddaliła ten przykry widok trzech czy czterech atrakcji rozsianych na placu przed dworcem PKP w Płocku.

Atrakcje dla duszy

Pamiętam z dzieciństwa jak odwiedzaliśmy kilka bloków dalej babcię i dziadka. Oglądałam wtedy chcąc nie chcąc Wiadomości lub Dynastię. Babcia zdaje się była wielką fanką serialu, bo często zdarzało nam się trafiać na te magiczne kilkanaście minut w ciągu dnia. Pamiętam, że zadziwiało mnie bogactwo rodziny Carringtonów, a symbolem były dla mnie te wyjątkowe schody z wykładziną i rzeźbionymi poręczami oraz wielki żyrandol zwisajacy nad nimi z milionem kryształów. Myślałam, że tak mieszkają królowie. Dopiero w Madrycie przekonałam się jak naprawdę mieszkają, a może bardziej właściwe będzie stwierdzenie mieszkali, gdyż w Palacio Real rodzina królewska już nie mieszka, a oficjalna siedziba władców Hiszpanii z 2800 pomieszczeniami część z nich udostępnia do zwiedzania turystów.

DSC_7050

Pałac Królewski w Madrycie powstał z inicjatywy Filipa V Burbona, zaś pierwszym władcą, który zamieszkiwało jego wnętrza w był Karol III Hiszpański. Pierwotne założenie barokowe nie zostało do końca zrealizowane, na skutek śmierci głównego projektanta jeszcze przed rozpoczęciem budowli. Pałac utrzymano więc w modnym stylu klasycystycznym, wzbogaconym o akcenty rokoko. Przed monumentalnym budynkiem rozpościera się ogromny plac, otoczony z dwóch stron rzędami kolumny spiętych łukami. Do wnętrza wchodzi się przez ogromne drzwi i już od progu witają gości majestatyczne schody, zdecydowanie bardziej efektowne niż te u Carringtonów. Z uwagą obejrzałam urządzone z niewyobrażalnym wręcz przepychem pomieszczenia, czyli Salę Tronową, Salę Porcelanową, Salę Gasparinii. Najbardziej zadziwiła mnie Jadalnia z ogromnym stołem.

Niewątpliwą przyjemnością była dla duszy przechadzka po Muzeum Prado, należącym do najważniejszych i najbogatszych muzeów świata. Istnieje od roku 1819 roku. Powstało dzięki królowi Ferdynandowi VII, który utworzył je na prośbę swojej drugiej żony. Klasycystyczny budynek stanowi doskonałe odzwierciedlenie tego stylu, o czym świadczą zarówno detale, jak i całość koncepcji architektonicznej. Mnie osobiście przypadły do gustu zbiory malarstwa. Ogrom dzieł jest oszałamiający! Nie sposób się oprzeć wrażeniu, że jest się na prawdziwej uczcie artystycznej, zawieszonym w czasie między epokami. W takim oto zawieszeniu pozostaliśmy dobre kilka godzin, aż do zamknięcia.

Z mniejszym entuzjazmem przeglądałam zbiory Reina Sofia. Przyznaję, że kolejna próba przezwyciężenia z mojej strony niechęci do sztuki współczesnej zwieńczyła się niepowodzeniem. Moja tolerancja i zrozumienie dla malarstwa współczesnego kończy się chyba na Picasso i Dali. Nie twierdzę, że to godne pochwały, ale nie do końca trafia do mnie współczesne malarstwo, co innego architektura. Budynek Muzeum Królowej Zofii znajduje się w dawnym szpitalu i powstał za czasów Filipa II w XVI wieku. Obecnie zyskał nieco nowoczesne rysy, głównie dzięki fantastycznie przeszklonej windzie, stanowiącej jakby szyb dostawiony do budynku. Niesamowicie mnie te urzekło. Przez większą część sal przeszłam koncentrując uwagę na dziełach i doszukując się w nich przekazu, nie mam pojęcia na ile mi się to udało, ale z prawdziwą przyjemnością powitałam prace Picasso. Od odwiedzin muzeum Picasso w Barcelonie coraz łaskawiej patrzę na jego prace, w szczególności w późniejszym okresie, gdy umysłem artysty zaczął władać coraz mocniej kubizm.

SONY DSC

Kontrowersyjna rozrywka Hiszpanów

Wzbudza kontrowersje między młodym a starszym pokoleniem, tradycjonalistami i zwolennikami nowoczesności, kobietami r mężczyznami, reguł nie ma. Corrida jednych oburza podczas, gdy drudzy oburzją się na owo oburzenie. Cały spór skoncentrowany jest na losie byka. Z rzadka trafia się, że zwierzę wybiega z areny żywe. Na sześć walk stoczonych podczas jednego wieczoru wszystkie byki zostały zabite podczas potyczki z matadorami. Zdaje mi się, że mitem jest twierdzenie, iż wyjątkowo waleczne zwierzęta zostają oszczędzone. Podczas oglądanej przeze mnie corridy żaden nie dostapił tej łaski, a jeden zdawał mi się wybitnie waleczny nawet jak na toro bravo (specjalna odmiana byków, hodowana głównie w Andaluzji, agresywna i potężna). Przyznaję jednak, że opuścił arenę we wrzawie owacji na stojąco. Hiszpanie doceniają waleczność zwierząt i kunszt matadorów. Nawet jeden niewłaściwy ruch, źle zakłuta pika i uczestnik tego spektaklu narażał się na buczenie, gwizdy, a w najgorszym przypadku utratę sławy.

SONY DSC

Corrida to tradycja, z którą kłócić się nie zamierzam. Wielu zarzuca jej bezsensowne mordowanie zwierząt. Zwolennicy przytaczają jako argumenty: po pierwsze – przez wszystkie lata przed walką zwierzęta żyją w ekskluzywnych wręcz warunkach, po drugie – po walce całość mięsa z każdego byka jest przetwarzania na żywność i ląduje na stołach w domach Hiszpanów lub w restauracjach, a więc nie marnuje się mięso. Przeciwnicy zarzucają, że zwierzę jest męczone. Ciężko mi z tym dyskutować. Podeszłam na chłodno, z rezerwą, bo nie widząc ciężko się wypowiadać. Byk faktycznie jest zakłuwany pikami, które podrażniają go i wzbudzają dodatkową agresję, gdy jednak zwierzę jest widocznie zmęczone obowiązkiem matadora jest dźgnąć w taki sposób, by za jednym pchnięciem szpady zwierzę zabić.

SONY DSC

Corridzie na pewno nie można odmówić widowiskowego charakteru. To prawdziwy spektakl podzielony jakby na akty. Najpierw gromadzi się widownia. Mieliśmy okazję uczestniczyć w corridzie w szczycie sezonu, gdy przez miesiąc, każdego wieczoru na Las Ventas odbywają się walki. Sezon trwa od marca do października, jednak to święto Izydora wyznacza najbardziej intensywny jego okres, czyli codzienne potyczki matadorów i byków. Przyszliśmy sporo przed czasem, dzięki czemu mogliśmy jeszcze podziwiać arenę Las Ventas, która wybudowana została w 1929 roku w stylu charakterystycznego la Hiszpanii neomudéjar.

Styl mauretański, kształtował się w XIX wieku pod wpływem fascynacji romantyzmu Orientem. W Las Ventas najlepiej uwidacznia się w kafelkowych zdobieniach, a pięknie wykończone balustrady wyższych kondygnacji przywodzą na myśl cudowne ornamenty. Zdecydowanie mniej cudowne są siedzenia. To zwykłe, wykute w kamieniu stopnie, dlatego każdy przynosi tu własną poduszkę pod pupę lub wypożycza na czas corridy takową od stojących przy wejściu mężczyzn, parających się wynajmem poduszek.

Gdy widownia jest w komplecie, a piaszczysta arena odpowiednio polana wodą, wychodzą na nią mężczyźni w barwnych, tradycyjnych strojach. To oni, a właściwie ich role, ustalają porządek i przebieg spotkania. Widowisko rozpoczyna się podpisami torreadorów. Ich zadaniem jest rozdrażnienie byka do tego stopni, aby podjął się szarży. I warto obalić tu mit! Byk nie szarżuje na czerwoną płachtę, byk szarżuje na płachtę w ogóle. Przypomina ona bok tułowia byka, dlatego rozjuszone zwierzę stara się w niego uderzyć. W dalszym toku na arenie pojawiają się banderillos, picadores, muzos I i wreszcie matadores. To właśnie matador kończy widowisko zabijając byka trafieniem w grzbiet, w miejsce wielkości monety przy użyciu krótkiej szpady.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej na Funpage Zza Grubych Szkieł w albumie Madryt: Być kustoszem wolnych chwil

0 Komentarzy

Pozostaw odpowiedź Małgosia Nowakowska Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *