Impresje

Miasta zmarłych: Milcząca opowieść o nas samych?

Ciszy nie sposób usłyszeć. To przecież bezdźwięczny stan, w którym zamierają nawet drobne brzęki, piski, stukoty. Jakby został zawarty rozejm między odgłosami różnego pochodzenia, skali, tonacji, do których nawet echo się przyłącza. Ciszy nie sposób usłyszeć, bo zdaje się, że jej już nie ma. Szczególnie w miastach. Wyginęła z ostatnimi latarniami oliwnymi na ulicach, rejwachem popołudniowego ruchu samochodów, krzykiem podblokowych buntowników, korzystających z monopolowego, otwartego 24 h na dobę. Cisza. Zapomniana, spisana na straty, ujawniająca się okazjonalnie między 2 a 3 nad ranem zbłąkanym wędrowcom w podróży do domów. A może jednak nie? Może w sercu milionowych miast są enklawy ciszy, bastiony, gdzie każdy dźwięk jest intruzem. Tak. Istnieją. Gdy na głównych arteriach w godzinach szczytu kotłuje się od ludzi, tu jest ich zaledwie garstka. Przemykają szybko alejkami lub rozsiadłszy się na ławeczce kontemplują otoczenie. Cmentarze. Stanowią przestrzeń wykluczoną z codziennego cyklu życia miasta. Poprzez połączenie sfery „sacrum” i „profanum” zyskują zupełnie odmienny status. Zobowiązują do ciszy. Tłumią odgłosy. Skłaniają do zachowania szacunku i powagi, do przemyśleń, do wolnego bycia tu i teraz. Przynajmniej zazwyczaj.

Cmentarze poprzez swoją rolę wpisują się w szeroko pojętą kulturę. Mogą stać się wobec tego miejscem destynacji turystyki kulturowej, skupionej na poznawaniu nie tylko walorów krajoznawczych regionu, ale i na jego dorobku kulturowym. Pomimo to zestawienie strefy cmentarza z zagadnieniem turystyki wydaje się być rażące. Podczas gdy jedno kojarzy się z powagą, skupieniem, mistycyzmem, drugie związane jest z rozrywką, rekreacją, wypoczynkiem. Można odnieść wrażenie, że nie przystoi wręcz mieszać tych dwóch płaszczyzn. Nic bardziej mylnego! Tanatoturystyka jest jedną z najstarszych form podróżowania. Wyprawy do grobów świętych i błogosławionych są zjawiskiem znanym od wieków. Tak starym, jak religia i stanowią nieodłączną część zarówno katolicyzmu, jak i prawosławia, islamu, hinduizmu oraz innych wierzeń. Sam Watykan pobudowany został na grobie świętego Piotra i każdego roku odwiedzany jest przez miliony turystów, przy czym część z nich odwiedza także podziemia bazyliki, będące prawdziwą nekropolią. Wśród tych dziesiątków, a może i setek tysięcy odwiedzających znalazłam się też ja.

SONY DSC

Świątynia na pogańskim cmentarzu

Zwiedzanie podziemii Watykanu zarezerwowałam przez stronę internetową. Ku mojej ogromnej radości była możliwość wyboru przewodnika w języku polskim, dzięki czemu ani my, ani rodzice nasi nie musieliśmy robić dobrej miny do złej gry. Kobieta, która zabrała nas w niezwykłą podróż w głąb ziemi i w głąb czasów zdradziła nam sekrety nekropolii. Pierwszy kontakt jest na równi niepokojący, co zachwycający. Ciężkie i wilgotne powietrze, a także wąskie alejki mogą osobę z poważną klaustrofobią wpędzić w panikę. Z czasem rozszerzają się, a duszna atmosfera zaczyna rzednąć. Jednak wrażenie na wejściu jest nieprzyjemne. Zważywszy jednak na to, gdzie człowiek się znajduje dyskomfort jest niewielki. Tak ja to odczuwałam. Krocząc po dawnych, ba! pogańskich w znacznej mierze alejkach cmentarnych pod posadzką bazyliki watykańskiej czułam się niecodziennie. Nie co dzień przecież tak zaczynam dzień.

nekrpola

Z uwagi na zakaz fotografowania w podziemiach watykańskich umieszczam poglądowe zdjęcie z oficjalnej strony Ufficio Scavi

Nekropolię tworzą wnętrza jakby pełne korytarzy i komnat o różnej wielkości. Część stanowią rodzinne mauzolea, gdzie pochowane zostały całe familie. Ciekawe jest, że pełno tu elementów, które bynajmniej z chrześcijaństwem się nie kojarzą. Dekoracje takie jak głowa meduzy, czy postacie Merkurego bądź Plutona nawiązują do wcześniejszych kultów religijnych. Wybudowanie kościoła chrześcijańskiego w tak ważnym miejscu, silnie naznaczonym dotychczasową tradycją, było ogromnym wyzwaniem. Przedsięwzięciu temu właściwie nie sprzyjało nic – ani położenie, ani grunt, ani okoliczności kulturowe. Mimo przeciwności to właśnie tu powstała bazylika. Upór ten ma dowodzić, iż grób św. Piotra, znajdujący się pod posadzką bazyliki, jest autentycznym miejscem spoczynku apostoła.

Wydostając się na powierzchnię, zostawiłam za sobą kameralną atmosferę watykańskich podziemi. Poczułam się jak bohater filmów przygodowych tuż przed napisami końcowymi, przekonana, że przeżyłam coś niezwykłego i niepocieszona, że to już za mną. Stojąc kilkanaście metrów nad nekropolią w tłumie turystów, odniosłam wrażenie niedosytu. Godzinna wyprawa w głąb ziemi była zbyt krótka, a odczucia podsycała informacj przewodniczki, że tak naprawdę nie odsłonięto całej nekropolii. Z uwagi na ryzyko zniszczenia świątyni przerwano pracę wykopaliskowe i ich zaniechano. Nie wiadomo więc co jeszcze kryje się pod ziemią.

Śmiertelne wody lecznicze

Tej tajemniczości, powagi, odrobiny mroku brakowało mi w tureckim Hierapolis. Dzień był nieprzyzwoicie gorący. Ponad 40 stopniowy upał sprawiał, że turyści bez skrępowania zdejmowali z siebie ubrania. Nie było w tym nic aż tak nadzwyczajnego. Starożytne Hierapolis znajduje się tuż nad wapiennymi osadami, powstałymi na zboczach góry Cökelez. Powszechnie znane są jako Pamukkale. Na występach się skalnych utworzyły się zbiorniki, które napełnia gorąca woda. Starożytni mieszkańcy Persji, obecnej Turcji, przyjeżdżali tu często, żeby zregenerować siły, ale przede wszystkim uleczyć się. Z reguły wody lecznicze nie pomagały i schorowani kuracjusze spędzali tu ostatnie dni życia. Właśnie dlatego w pobliżu znajduje się nekropolia, największa i najlepiej zachowana na obszarze starożytnej Anatoli. Odkryto tu ponad 1200 grobowców, część z nich pochodzi z różnych okresów między czasami hellenistycznymi a okresem wczesnochrześcijańskim.

img_4691

Rozmiary nekropolii naprawdę mnie zaskoczyły. Miasto Hierapolis, pomimo bogatej historii nie było aż tak dużym ośrodkiem, by przy jego boku wyrosło ogromne miasto zmarłych. Gdyby nie osławione wody Pamukkale, tak ogromna nekropolia nie powstałaby. Liczne trzęsienia ziem i upływ czasui sprawiły, że po prawdziwie momumemtalnej zabudowie zachowały się nieliczne pozostałości (choć i tak ich liczba i stan zachowania są godne podziwu). W upalny dzień, w tłumie turystów i kuracjuszy, którzy nadal tłumnie zjeżdżają do leczniczych wód trudno zaznać cmentarnej ciszy i poczuć ten charakterystyczny spokój towarzyszący miejscom pochówków. Szkoda, że rekreacja zwyciężyła w tym miejscu, że dano przyzwolenie na przemykanie między cmentarnymi alejkami praktycznie w kostiumach kąpielowych. Pod płytami nagrobnymi, pod metrami ziemi leżały dawniej ciała zmarłych kobiet i mężczyzn, starców i dzieci. Fakt, że groby te nie wiążą się z jedną z obecnych religii, jednak ani to, ani odległość czasu pochowków nie daje nam współczesnym przyzwolenia na aż taką swawolę w obliczu miasta zmarłych.

Opuszczone groby przodków

Być może, gdyby nie walory turystyczne o Hierapolis dziś zapomnianoby. Stałoby się jednym z tych opuszczonych cmentarzy, gdzie nawet błędny ognik nie zatańczy. Tak jak w Bakczysaraju. Porzucony cmentarz karaimski w pobliżu dawnej stolicy chanów krymskich dostarcza upiornych wrażeń. Pomimo cudownie słonecznego dnia i porannych godzin jawił się mi jako miejsce posępne, mroczne, nieprzystępne. Odkryliśmy go przypadkiem. Nie znalazłam informacji o nim w żadnym przewodniku. Natknęliśmy się na zaniedbane, rozlatujące się groby w drodze do krymskich Sfinksów. Idąc jedyną w zasięgu wzroku drogą weszliśmy na zalesiony nieco teren. Tu właśnie między starymi drzewami, nieco pobielonymi, co wskazywałoby, że jeszcze ktoś odwiedza to miejsce, układają się w nierównych rzędach nagrobki. Z niektórych płyt nie sposób już nic odczytać, inne zamieniły się w kopczyk gruzu, ale są i takie, które zachowały swój kształt i odkryć mogą jeszcze historię karaimów, ludnie zamieszkujących dawniej te tereny.

krym-1625

Zapomniane cmentarze często, ale nie zawsze, są miejscem pochówku mniejszości narodowych. Brak odpowiedniej troski o ich dobry stan może wynikać z faktu, iż w okolicy nie ma już przedstawicieli tej ludności, którym zależałoby na pielęgnacji tego obszaru, a aktualni mieszkańcy terenu nie czują się do tego zobowiązani. Niekiedy może pojawić się wręcz wrogie nastawienie do cmentarzy mniejszości narodowych jako ziemi zawlaszczonej przez obcych. Pozostają w cieniu, na uboczu cmentarzy komunalnych, które stanowią niemal zawsze wstawną wizytówkę miasta. To w tych przestrzeniach chowani są mieszkańcy metropolii, w związku z czym ich tereny się rozrastają. Do dawnych alejek dołączają nowe, obok starych, często zabytkowych pomników nagrobnych powstają świeże groby. Wszystko w cieniu drzew, za murem, który odgradza od żywej tkanki miasta.

Mroczny popis kultury

Lubię zwiedzać cmentarze, w szczególności te, których historia sięga do minionych stuleci, a jednocześnie dalej odbywają się na nich pochówki. Może jest to niezbyt popularna forma turystyki, ale też nie stanowię wyjątku. Poza mną i Maćkiem widywałam na cmentarzach innych turystów, bo bliscy z reguły nie wybierają się na groby z aparatami fotograficznymi. Odwiedzam cmentarze, ponieważ są dobrym świadectwem kultury. Pokazują w sobie właściwy, mistyczny sposób nasze ludzie przekonanie o własnej nieśmiertelności, o tym, że pamięć o nas przetrwa w tych nagrobkach, inskrypcjach, rzeźbach cmentarnych. Stanowią przykład realizacji wyższych potrzeb kulturowych człowieka, związanych z grzebaniem zwłok zmarłych przy zachowaniu określonej tradycji i obrzędowości. Głównym ich elementem są groby, które stanowią symbol pośmiertnego domu, pozwalając zachować więź między bliskimi ze świata żywych i zmarłych. Stan zachowania grobów, jak i infrastruktura całego cmentarza pozwalają snuć domysły i wyciągać wnioski. Ciągle żywe, pomimo śmiertelnej aury przestrzenie, gdzie groby są zadbane dowodzić mogą pielęgnowania kultura zmarłych. Właśnie  dlatego lubię zwiedzać cmentarze, bo można z ich alejek, grobów, z wyglądu całości wiele odczytać.

Osobliwe Przyjemności Lizbony

Współczesne cmentarze miejskie są bardzo często kontynuacją założeń nekropolii XIX-wiecznych, dla których bodźcem do powstania były nie rzadko żniwa zbierane przez wybuchy epidemii. Jednym z najdostoniejszych cmentarzy miejskich, jakie widziałam był lizboński Cmentarz Prazers. Powstał po wybuchu epidemii cholery Morbus w 1833 roku. Dawniej na miejscu tym rozciągała się farma o tej samej nazwie, którą nadano następnie podmiejskiej nekropolii. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż słowo prazer oznacza przyjemność. W zestawieniu z pełnioną obecnie funkcją daje to dość upiorny wydźwięk. Akurat w moim odczuciu doskonale pasujący do wyglądu nekropolii. W Polsce trumny wpuszczane są w dół, który następnie nakrywa się płytą i stawia pomnik. W Lizbonie na Cmentarzu Prezes jeden obok drugiego stoją rzędy przypominające domki. Wstępu chronią drzwi żeliwne, z reguły efektownie wykute. Widać przez nie doskonałe rzędy trumien ustawionych jedną nad drugą. W starszych grobowcach drewno spróchniało już gdzie niegdzie spróchniało odsłaniając dawniej barwny, dziś już wyblakły materiał. To właśnie ta bliskość odkrytych trumien wywoływała u mnie ciarki na plecach.

SONY DSC

Lizboński cmentarz, zgodnie z XIX- wiecznymi założeniami na poły ogrodowymi, na poły architektonicznymi ma sobie nutę posępnego romantyzmu. Szerokie alejki, przy który ustawione zostały nagrobne sarkofagi ocienione są pięknymi drzewami. Przeważają tu cyprysy. Stanowią nostalgiczną oprawę roślinną tego miejsca. Dzięki swojemu osobliwemu urokowi i rosnącej randze nekropolli, cmentarz Prazers stał się miejscem pochówku znanych osobistości. Spoczywały tu takie sławy jak królowa Fado-Amália Rodriguez, czy mistrz pióra-Fernando Pessoa. Uwagę przykuwa także największe prywatne mauzoleum w Europie, gdzie pochowany został Pedro de Sousa Holstein, pierwszy książę Faial i Palmela. Był jednym z najznamienitszych mężów stanu Portugalii w XIX wieku, a jego mauzoleum zadziwia. Przemierzając alejki dostrzegłam jeszcze wiele innych wspaniałych przykładów sztuki sepuklarnej.

Sztuka w tworzystwie śmierci

Nagrobki od zawsze – w szczególności w poprzednich epokach- były bogato zdobione. Możni nawet w obliczu śmierci nie mieli zamiaru ustawiać się w jednym rzędzie z plebejuszami. Piramidy egipskie, grobowiec cesarza Qin Shi z terakotową armią, Tadż Mahal to przykłady ekstremalnego bogactwa. Od wieków bogate rodziny chowały swoich zmarłych wystawnie z odpowiednio kosztownym ceremoniałem, a dla pozostawienia potomnym stosownego symbolu swojego statusu rodziny dbały o stworzenie pięknych mauzoleów rodzinnych. Rzeźba i płaskorzeźba pozwalały podkreślić status zmarłego, jak i całego rodu. Sztuka sepuklarna, często realizowana przez wybitnych artystów epoki, zapewniała spektakularny efekt. Dzięki próżności ludzkiej cmentarze oferują możliwość podziwiania prawdziwych dzieł sztuki, stanowiących doskonały przykład jej trendów. Nie sposób odmówić prawdziwości temu twierdzeniu spacerując po Pierwszym Cmentarzu Ateńskim.

Śmierć w cieniu Akropolu

Od wejścia zaskakuje biel. Grecja kojarzy się z tym kolorem. Głównie za sprawą popularnego marmuru pentelickiego o mlecznobiałej barwie, który stanowił najwytworniejszy rodzaj surowca wykorzystywanego przez starożytnych budowniczych Partenonu, a także rzeźbiarzy. Na Pierwszym Cmentarzu Ateńskim grobowce z białego marmuru, może już nie tak szlachetnego pochodzenia jak ten wykorzystany do zabudowy Akropolu, stanowią większość. Trzeba mieć na uwadze, że jest to surowiec dość popularny w Grecji. Wykonane z niej grobowce prezentują się naprawdę spektakularnie. Jasny, gładki kamień mnie, przyzwyczajonej do ciemnych, granitowych i kompozytowych płyt zdziwił. Przez ten odcień cmentarz nie prezentował się posępnie i mrocznie. Zaciekawiły mnie również rzeźby.

SONY DSC

Cmentarz powstał w latach 30-tych XIX- wieku i dość silnie zaznaczył się w jego najstarszych nagrobkach trend klasycystyczny. Oprawa rzeźbiarska zachęca w wielu miejscach do przystanięcia i bardziej wnikliwego obejrzenia. Detale wykonane są z cudowną dokładnością. Tego akurat się po Grekach spodziewałam, gdyż uważam ich za mistrzów rzeźby. Z zaciekawieniem odkrywałam bogato rzeźbione stele nagrobne, niektóre przedstawiające całe wręcz sceny. Między grobami znaleźć można też wyraźnie nawiązujące do starożytnych tradycji. Charakterystyczne kształty amfor na płytach widziałam wcześniej w ateńskim Muzeum Archeologicznym. Były to ogromne stele nagrobne o charakterystycznym kształcie z naniesionymi wizerunkiem zmarłego – zawsze była to siedząca osoba, oraz jego bliskich – zawsze postacie stojące.

Kontrast społeczny na Poblenou

Brak dekoracyjności i prostota, wręcz minimalizm nagrobków zadziwił mnie na barcelońskim cmentarzu. Na wejściu ta specyfika wręcz uderza. Wysokie bloki skalne stanowią tu miejsce pochówku. Groby wydrążone są w zwartej masie. Cmentarz powstał w 1883 roku i pełni swoją funkcję do dziś. Obecnie znajduje się tu ponad 150 tys. grobów. Ogromne “miasto umarłych” na Montjuïc zastapiło dotychczasowy start cmentarze Poble Nou. Do powstania tak ogromnej nekropolii przyczynił się ówczesny burmistrz, zlecając jego zaprojektowanie miejskiemu architektowi. Leandre Albareda zza wzór przyjął ówczesne założenia cmentarne z najważniejszych stolic europejskich i na terenie 56 hektarów stworzył prawdziwe miasto w mieście.

Po pokonaniu labiryntu wysokich bloków skalnych wychodzi się na otwartą przestrzeń. Widok zniewala. Przed oczami rozciągają się jak okiem sięgnąć wody morskie, na których przy brzegu wysrósł spory port.

dsc_2904

Na cmentarzu zachowane zostały podziały klasowe. Część to niewielkie półki wykute w skale, gdzie chowani byli zwykli mieszczanie, część to duże, starannie rzeźbione grobowce, znamienitych i bogatych barcelończykow. Znajdowały się tu również groby zbiorowe najuboższych i nędzarzy.

W sąsiedztwie ogromnych skał z małymi kryptami znajdują się efektowne grobowce z przełomu XIX I XX wieku. To monumentalne domy zmarłych często o wyjątkowej wartości artystycznej. Panteon rodu Malagrida i Fontanet z 1910 roku wyróżnia postać Anioła Stróża strzegącego grobu, a neogotycki panteon braci Collaso Hill z 1901 zaciekawia pięknem witraży. Do niezwykłych przykładów sztuki sepuklarnej zaliczyć należy też grobowiec doktora Francesca Farrerasa z1888 roku. Ten wykładowca anatomii miał dość nietypowe, ba! makabryczne życzenie, by jego nagrobek zdobiła rzeźba leżącego szkieletu. Drobaizgowość szczegółów przejmuje grożą.

Wystawność nagrobków z jednej w zestawieniu z prostotą krypt w skalnych blokach pasuje mi do Barcelony z jej eklektyzmem. Przypomina nieco lokalna sztukę trencadis, w której z pozornie niepasujących, różnorodnych szkiełek powstaje spójne estetycznie, piękne dzieło. Tak właśnie na cmentarzu barcelońskim zestawione obok siebie różne nagrobki tworzą unikalną mozaikę, oddając w idealnych proporcjach charakter otaczającego go Miasta.

Lokalny sznyt gór na brzyzku

Podobne wrażenie odnoszę zawsze, gdy jestem na Pękasowym Brzysku w Zakopanem. Powoduje oo charakterystyczna symbioza i pewność, że oba miejsca przynależą siebie. Zakopane do Pękasowego, Pękasowy do Zakopanego. Niewielki cmentarz niedaleko Krupówek odzwierciedla góralski folklor i charakterystyczny styl spod samiuśkich Tater. Mniej jarmarczny od ciosanych masowo ciupag, ale prosty , piękny, oparty na drewnie z tą miłością do piękna przycupniętą pod Giewontem od czasów Witkiewicza, który styl zakopiański stworzył. Za zasługi swe uhonorowany został pochowkiem na Pękasowym Brzysku, cmentarzu dla zasłużonych. Spoczywa tam wraz z synem. Pobliskie tabliczki nagrobne zdradzają, że złożeni do grobów zostali tu i Kazimierz Przerwa-Tetmajer, i Kornel Makuszyński, i Tytus Chałubiński. Wielkie nazwiska spotyka się tu niemal co krok. Ich nagromadzenie jest tak ogromne na tak niewielkim cmentarzu, że wprawić może w osłupienie. Byłam szczerze zaskoczona, gdy po raz pierwszy około 10 lat temu odwiedziłam to miejsce. Być może przez wzgląd na naturalny krajobraz i ten brzyzek podarowany Zakopanemu przez Jana Pękasa, być może proste groby z drewnianymi i kamiennymi pomnikami to miejsce ma osobliwy klimat, rodem z starodawnych legend i baśni. Ma się wrażenie, że zza rogu wychyli się zaraz zjawa czy jakaś postać wstrętna ze starych baśni.

Osobliwy urok małych cmentarzy

Cmentarze pobudzają wyobraźnię. Skłaniają do snucia opowieści o duchach i zjawach nie z tego świata. Otacza je aura tajemnicy i niepewności, ale też mają w sobie coś „przytulnego”. Niezbyt duże rozmiary cmentarzy małych miast i wsi przełamują ten dystans, jaki buduje dostojeństwo i monumentalizm wielkich nekropolii. Tu człowiek jest jakby bliżej zmarłych, a oni zdają się być mniej upiorni, mniej straszni, gdy w ziemi spoczywa ich tak niewielu.

Wspólnie w obliczu śmierci

Pamiętam cmentarz w Bielsku Podlaskim. Pamiętam nieodłączny rytuał odwiedzin grobów bliskich, towarzyszący każdym odwiedzinom u babci. Wyruszyliśmy gromadnie z domu. Gdy przechodziliśmy przez bramę czułam jakbyśmy trafiali do innego świata. Dawno temu odczuwałam strach przed tym miejscem. W końcu tam mieszkali ci, co umierali. Obawy załagodziła mama. Powiedziała mi, że zmarłych nie trzeba się bać, bo już nic nie mogą nam zrobić. Bardziej obawiać się trzeba żywych.  Musiałam chyba przyjąć ten argument za wystarczający, bo nie pamiętam bym miała jeszcze problemy z przekraczaniem bramy cmentarnej.

Z wiekiem coraz bardziej doceniałam te spacery rodzinne. Coraz bardziej wsłuchiwałam się w opowieści babci. To było jak wyprawa z przewodnikiem. Mówiła o tym, kto jest tu pochowany, a kto tam, gdzie mieszkał, co robił. Historie ludzi i rodzin przeplatały się, tworząc obraz społeczności znającej się dobrze, nie zawsze lubiącej się, ale zacieśnionej przez pętlę historii. A historia na tym terenie jest arcyciekawa. Gdy na styku dwóch kultur rozgrywają się wydarzenia wielkie, jak wojna, czy przesiedlenia, życie toczy się torami przedziwnymi. Zmusza do istnienia i wzrastania obok siebie katolików i prawosławnych, Polaków stąd i tych, którzy za Polską jechali z zagarniętych ziem wschodnich. Przy wąskich alejkach cmentarza, pooranych wyrastającymi korzeniami, skręcającymi między grobami, ustawione są tablice z zapisanymi nazwiskami brzmiącymi i po polsku, i nie po polsku, ozdobionych krzyżem katolickim i krzyżem z poprzeczną belki. Świeczki palą się i na tych, i na tych na znak pamięci.

letowo4

Niewielka liczba światełek zaskakuje na wsiach. Tu na grobach królują kwiaty. Cmentarze wiejskie nie są okraszone światełkami. Bliscy swoją pamięć o zmarłych pokazują pozostawiając częściej na grobach wiązanki, tworząc osobliwe łąki. Niewielkie, kameralne wręcz cmentarze układają się w przedziwną sieć grobów. Starsze części ściśnięte są tak mocno, że między grobami trudno czasem postawić nogę. Ale! One też się rozrastają. Pojawiają się nowe nagrobki, a stare pomniki wymienia się na kompozyty. Obok błyszczących płyt znaleźć można jednak i groby ziemne jedynie z wbitym krzyżem, ale i wystawne grobowce szlachciców z dumnymi inskrypcjami Tu leży wdowa po rejencie… czy Tu spoczywa właściciel wsi…

Miasta zmarłych to milcząca opowieść o nas samych. Opowiadają o tym, jaki mamy stosunek do życia i śmierci, do zmarłych, do obrzędowości. Jeśli uważnie im się przyjrzeć zdradzają i dawne dzieje. Opowiadają o podziałach klasowych, o minionych tendencjach w sztuce, o dramatycznych epidemiach, o strukturze narodowej. Opowieści są jednak skryte. Cmentarze bowiem milczą. W milczeniu tym zatrzymują wiele tajemnic dla siebie. Dlatego odwiedzam je, by choć część z nich odkryć i poznać kulturę oraz obyczajowość miast, miasteczek, wsi.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Miasta zmarłych: Milcząca opowieść o nas samych?

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *