Impresje,  Miasto

Panoramy: Czemu fascynują nielotów?

Jeden. Drugi. Trzeci. Krok za krokiem para pokonuje wzniesienie. Mogli dziś wybrać się na plażę. Korzystać z promieni słońca szczypiących po twarzy. Zanurzyć stopy w mokrym piasku zbitym przez fale. Poczuć nieuchronnie zbliżający się koniec dnia. Mogli. Zdecydowali inaczej. Z gwarnej starówki przejechali kilka przystanków metrem. Wysiedli w zwyczajnej dzielnicy, zupełnie nieturystycznej. Nie weszli w głąb uliczek, a metodycznie z uporem, graniczącym z pewnością, że czeka ich coś niezwykłego, kroczyli ku górze. Minęli ostrzeżenia. Zignorowali taśmy. Jeden. Drugi. Trzeci. Krok za krokiem byli coraz bliżej. Z oddali dostrzegli sylwetkę. Potem drugą. I jeszcze jedną. Mieszkańcy okolicy. Nie zwracali na parę uwagi. Kręcili się po betonowych płytach popękanych, skruszałych. Para stanęła. Nie mówili nic. Właśnie mierzyli się z pięknem. Ze wzniesienia widać było panoramę miasta powoli tonącego w pomarańczowych promieniach słońca. Otaczała ich dookoła.

panorama 360 barcelona

Wtedy, w Barcelonie, na tym wzniesieniu podziwiałam jedną z najpiękniejszych panoram w życiu. Czułam się naprawdę niecodziennie, choć jako mieszkanka blokowiska z wysokimi wieżowcami, mieszkająca na wysokim piętrze, na co dzień nie mogę narzekać na widok. Jednak panorama, potocznie nazywana 360 stopni, uwiodła mnie, nie pozostawiając złudzeń, że oto miałam przed sobą jeden z najpiękniejszych widoków miasta.

Przyłapałam się na tym, że podczas przygotowań do wyjazdów właśnie tego poszukuję. Wyczytując przewodniki i przeglądając blogi moja ciekawość wzrasta, gdy napotkam wzmiankę o wartym zobaczenia widoku miasta, panoramie gór, czy malowniczym zachodzie słońca ze wzniesienia. Złapałam się na tym czytając o kolejnym miejscu, do którego się wybieram. Pomyślałam, ale czemu? Co tak mnie fascynuje w panoramach? Po co wydaję kasę na wjechanie na 265 metrów lub cały dzień poświęcam na wejście na szczyt? Dociekliwość, nie raz już bodąca mnie w bok, zwyciężyła. Podeszłam do tematu metodycznie.

Początkowo sądziłam, że ktoś już wpadł na ten pomysł w Internecie. Ale nie! Chyba z dobrych 50 razy wpisywałam w Google różne wariacje pytań Czemu lubimy panoramy? Czym fascynuje nas widok z góry? I nic. Null! Zero sensownych wyników! Postanowiłam więc z innej strony podejść do tematu. Może to kwestia psychologiczna. W sumie na co dzień nie obcujemy z reguły z takimi widokami, więc może tu kryje się gdzieś odpowiedź. Z drugiej strony może to raczej kwestia charakterologiczna, czy osobowościowa. Może z uwagi na fakt, że nie przepadam za małymi pomieszczeniami to kocham widok na rozległe przestrzenie? Nigdzie potwierdzenia swoich przypuszczeń nie znalazłam, więc pozostało mi zdać się swój osąd i w najbardziej łopatologiczny sposób wyjaśnić nurtujące mnie pytanie. Wobec tego Czemu panoramy fascynują nas nielotów?

Widzieć więcej i dalej

Zgodnie z najprostszą definicją panorama stanowi rozległy widok na miasto bądź krajobraz naturalny widziany z pewnej wysokości. Według mnie definicja ta zawiera w sobie najprostsze wyjaśnienie nurtującego mnie pytania. Panorama pozwala bowiem widzieć więcej i dalej niż zazwyczaj. To okazja do spojrzenia na góry, jeziora, lasy, czy miasta z dystansu. Można wzrokiem objąć teren tak rozległy, że aż zapierający dech w piersiach.

panorama 360 barcelona

Myśląc o tym wracam wspomnieniami do tych chwil, które opisałam na wstępie posta. Wiązały się z wkraczaniem na wzgórze barcelońskie przez Parc del Guinardó. Rozciąga się na górze Rovira, umożliwiając odpoczynek od gwarnej części miasta. Położony jest zaledwie o dwadzieścia minut drogi od bazyliki Sagrada Familia. Zmierzający pod górę piesi to z reguły miejscowi. Wśród napotkanych po drodze, głównie młodych ludzi, trudno spotkać turystę. Zdaje się, że skwapliwie skrywają to miejsce przed hordami nacierających podróżników. Jednak to właśnie od mieszkańców Barcelony dowiedzieliśmy się o tej niecodziennej atrakcji. Hasło „panorama 360 stopni” podziałało jak magnez. Nasi gospodarze nie musieli więcej mówić, by przekonać nas do zobaczenia tego miejsca.

Krocząc po suchych, kamienistych ścieżkach, gdzie każdy krok wznosił ku górze tumany kurzu, dotarliśmy do bunkrów. A właściwie ich pozostałości. Stanęły na szczycie góry w czasie hiszpańskiej wojny domowej. Instalacja przeciwlotnicza stanowiła ochronę dla mieszkańców przed faszystowskimi nalotami generała Franco. Obecnie stanowi – według mojej subiektywnej oceny – najbardziej niezwykłe miejsce na podziwianie panoramy miasta. Obracając się dookoła można cieszyć oczy pięknem morza, jak i gór Serra de Collserola bądź Tibidabo. Dopiero z tej perspektywy widać jak bardzo rozległa jest Barcelona. Na tle zalewających powierzchnię budynków szczególnie wyraźnie wybija się dzielnica Eixample ze swoimi równo wytyczonymi ulicami i parcelami, zgodnymi z modernistycznymi założeniami XIX-wiecznych architektów, projektujących tą prestiżową część miasta.

Widzieć więcej i dalej można naprawdę z wysoka. Niekiedy to prawdziwe szczyty, innym razem niewielkie wzniesienia, a niekiedy zupełnie niebanalne konstrukcje. Cudowny widok z wysokości zaledwie 147 metrów zaskoczył mnie w Atenach. Ze Wzgórza Muz tuż obok Akropolu rozciąga się fenomenalny widok na całe miasto i wyjątkowa perspektywa na sam Akropol, o czym pisałam w jednym wcześniejszych postów. Dokładnie widać kilometry kwadratowe zajęte przez niskie, jasne budynki, a w oddali majaczy Pireus. Z takiej wysokości raczej nie miałabym szans podziwiać panoramy Berlina. Stolica Niemiec ma dość wysoką zabudowę. Idealnym miejscem do podziwiania tego miasta jest wieża telewizyjna.

panorama berlin

Fernsehturm ma 368 metrów wysokości i mocno wybija się z morza budynków. Znajdująca się na szczycie restauracja i punkt widokowy sprawiają, że wieża wygląda jak gigantyczna oliwka nadziana na wykałaczkę, a widok z góry jest naprawdę do schrupania. Winda wjeżdża na wysokość ponad 200 metrów w zawrotnym tempie. Po jej opuszczeniu od razu można napawać się panoramą. Doskonale widać całe miasto, budynki, które w dole wzbudzały respekt z wysokości 200 metrów zdają się być jak małe pudełka zapałek. Podobne odczucie miałam w kabinie London Eye. Diabelski Młyn ma 135 metrów. W momencie, gdy kapsuła znajdowała się w szczytowym punkcie mogłam podziwiać rozległą panoramę stolicy angielskiej, głównie zabudowania nad Tamizą. Wzrok przyciąga szczególnie Pałac Westminsterski. Z wysokości prezentował się jak puzzle 3d złożone pieczołowicie przez zapalonego hobbystę. Nowoczesne budynki strefy biznesowej oraz dworzec kolejowy nie ustępowały atrakcyjnością.

Jako zdeklarowany mieszczuch, ale też i człowiek z krwi, kości i garści fanaberii docenić potrafię panoramy z gór. Owszem piękne landschafty tworzą pasma górskie widziane z dołu z ośnieżonymi szczytami, czy wierzchołkami dotykającymi chmur. Jakże piękny jest jednak widok gór z gór. Będąc na najwyższym szczycie przed oczami rozciąga się panorama skał, grani i stoków pofałdowanych, lekko opadających lub całkiem stromych zbiegających się ku dołowi. Podziwiając Tatry ze szczytu Rysy można widzieć zdecydowanie więcej i dalej. Towarzyszy temu odczucie, że wyżej już nic nie ma, że nade mną tylko niebo błękitne. Owszem, z boku czai się Gerlach, wyższy nieco, ale odwrócić wystarczy się do niego tyłem by czuć się jak Władca Świata.

panorama Rysy

 

Przeżywać wyjątkowe chwile

Panoramy pozwalają widzieć więcej i dalej, ale też dają okazję do przeżywania wyjątkowych chwil. Nie każdego dnia przecież stoimy na najwyższym szczycie górskim, nie codziennie akurat słońce wschodzi w idealnie różowym odcieniu, nie codziennie stoimy na krawędzi krateru. Doceniam po dwakroć widok z góry, gdy dane jest mi przeżywać go intensywniej. Jak wtedy, gdy w styczniu wybraliśmy się z Maćkiem na Kopę Kondracką.

Przez większą część drogi śnieg roztapiał się pod ciężkimi, trekkingowymi butami. Niebo zasnute było ołowianymi chmurami. Nuda. Cieszyły tylko kolejne pokonane kilometry. Gdy przekroczyliśmy granicę chmur uderzyło nas mocne, bardzo rażące słońce i silny, porywisty wiatr. Na softshelle, które do tej pory zapewniały wystarczającą ilość ciepła musieliśmy założyć kurtki. Zaciągnęliśmy kaptury na czapki, a chusty na nos. Przed nami roztaczała się najpiękniejsza panorama gór. Tonęły w bieli śniegu, który w ostrym słońcu wydawał się bez skazy. Takiej chwili nie przeżyłam nigdzie indziej. Idealny splot okoliczności, potęga przyrody I wysiłek włożony w pokonanie przewyższeń dodały magii i tak pięknej panoramie, do której wiosną i latem już przywykłam.

panorama Kopa Kondracka zima

W zimowym klimacie urzekła mnie panorama z Islandzkiego krateru na północy wyspy. Choć kwiecień na Islandii to w sumie wiosna, to jednak otaczający nas jeszcze śnieg budował wrażenie zimowego miesiąca. Stojąc na krawędzi ogromnego krateru Hverfjall o średnicy kilometra napawałam się widokiem pól lawowych zasnutych śniegiem, a w oddali majaczył obrys jeziora.

Najbardziej urzekła czarna nitka drogi, wyglądająca trochę jak rzeka, rozpoczynająca bieg pod skałami krateru. Wokół nie było nic. Gdzieś w oddali widać było sylwetki wulkanów i wzniesień, ale my zdawało się byliśmy jakby na wyspie otoczonej bielą. W najbliższej okolicy krateru teren był płaski. To niesamowite wrażenie potęgowała doskonała pogoda, gwarantującą doskonałą widoczność. Spacer wzdłuż całej krawędzi z każdym krokiem sprawiał coraz więcej radości. To właśnie pozwoliło mi przeżyć wyjątkowe chwile.

panoramy Islandia krater

Jeśli przeżycia, to emocje. Jeśli emocje, to mocne. Jeśli mocne, to dzięki adrenalinie. A ja można z pewnością znaleźć w parku atrakcji w Madrycie. Star Flyer to 80 metrowa karuzela łańcuchowa. Nigdy nie byłam nawet na takiej przeciętnych rozmiarów. Kiedyś jak do miasta przyjeżdżało wesołe miasteczko, to karuzela łańcuchowa była jedną z głównych atrakcji. Doskonale pamiętam jak starsze dzieciaki straszyły nas niestworzonymi opowieściami, że łańcuchy się pozrywały i doszło do katastrofy. Tak, to była moja pierwsza przejażdżka i od razu na 80 metrach. Czekaliśmy może z 15 minut, a ja 5 razy rozważałam wycofanie się. Warto było przełamać obawy. Takie oglądanie panoramy miasta jest niesamowite. Delikatny wiatr owiewał twarz, a ja trzymając Maćka za rękę czułam ekscytację, radość i spełnienie. Dawka adrenaliny mocno podkręciła emocje z tego przejazdu, a może właściwie to już lotu.

Mniej adrenaliny, ale nie mniej uroku miało w sobie oglądanie Sajgonu z dachu hotelu. Duc Vuong Hotel wpadł na niebanalny pomysł. Na dachu stworzył restaurację. Rozpoczynając dzień od egzotycznego śniadania można było tu naprawdę poczuć tętniące życiem arterie dawnej stolicy Południowego Wietnamu. Kruszejące tynki, stare dachówki i blachy, wyblakłe kolory ścian za dnia, nocą przestają być widoczne. Po zmroku cudownie widać było z wysokości oświetlone, wręcz żarzące się światłami ulice.

SONY DSC

Z dachu innego hotelu, w innym kraju, a do tego dawno dawno temu, gdy małżonek mój jeszcze miał status chłopaka podziwiał fantastyczną panoramę. Przed świtem wstał, gdy cały hotel łącznie ze mną, spał i wszedł na dach. Udało mu się uchwycić tę odrobinę piękna w Hurgadzie, której szukaliśmy przez cały wyjazd. Nie znaleźliśmy jej na targach, ani na plażach, ani też na morzu. Okazało się, że jest pod nosem.

Oszczędny w słowach opis To był naprawdę ładny widok udało mi się rozbudować do Głęboka cisza, którą można odkryć tylko w tych minutach między powrotem ostatnich nocnych królów a pobudką pierwszych zapracowanych maratończyków życia. I wstęga. Tak wstęga różowego światła rozwijająca się coraz śmielej i śmielej na niebie. Po prostu panorama miasta złapanego na tym, że na chwilę przysnęło. Udało mi się stworzyć ten opis dzięki zdjęciom zrobionym przez Maćka i postawieniu go w krzyżowym ogniu pytań. Potwierdzenie, że to mniej więcej czuł sprawiło, że po raz kolejny pożałowałam, że te kilka lat temu ten raz nie wstałam jednak wcześniej, by przeżyć wyjątkową chwilę.

panorama Hurgada

Człowiek uczy się jednak na błędach i teraz każda nawet najbardziej nieludzka pora pobudki nie wywołuje u mnie protestu, choć spanie to moje niemal hobby. Nie chcę tracić więcej okazji i momentów, a kiedyś najpewniej się wyśpię, a nawet jeśli nie to cóż z tego w obliczu możliwości obcowania z pięknem w czystej postaci.

Doceniać piękno wokół

Z niziny ulic i bruku miejskiego, z zalesionych ścieżek, których końca nie widać trudno dostrzec czasem piękno. Wystarczy niekiedy jednak wzniesienie, kilka ukruszonych schodków, gałąź drzewa, by perspektywa się zmieniła. Panoramy pozwalają wybić się nad codzienność, nad płaskie chodniki czy zasnute lasem góry I doliny. Patrząc z wysoka dostrzec można piękno, które kryje się wokół, którego nie sposób podziwiać in situ. Malownicza, pełna kolorów zabudowa nabrzeża Duoro w Porto z nadrzecznej promenady wygląda efektownie. Jednak w pamięć zapadła mi panorama oglądana z mostu Ponte Don Luiz I jest urzekająca. I nie, nie w pogodny dzień, nie o zachodzie słońca, lecz w pochmurne popołudnie. Ołowiane chmury zawieszone nad dzielnicą Ribeira nadawały melancholii tak charakterystycznej dla portugalskiego miasta.

panorama Porto Ponte dom Luis

Pełna kolorytu, blasku, ba! uwodzicielska wręcz na wydała mi się zaś panorama Barcelony z wysokości wieży katedry św. Eulalii. Mieniące się kolorami dachy, wystające raz nowoczesne budynki, raz niedokończone wieżowce, prześwitujące między dachami barwne ściany raz bijące w oczy bielą, innym znowóż razem straszące odrapanymi tynkami tworzyły panoramę niezwykłą. Zdawało się, że właśnie, w tym momencie dane zostało kilka chwil spokoju osadzonego nad dachami czerwonymi, rdzawymi, brunatnymi pod którymi wrze, bulgocze i pulsuje życie miasta.

panorama Barcelony katedra Eulalii

Nieco wyżej nad dachy miasta wznosi się winda Santa Justa w Lizbonie. Stanowi symbol tego miasta i jest niewątpliwie ikoną centrum portugalskiej stolicy. Łączy dzielnicę Baixa z położoną wyżej Chiado. Jest przepiękna. Wpatrując się w Santa Justa dojrzeć można coś znajomego, rozpoznawalnego, uchwytnego. Konstrukcja stalowa przypominała mi nieco wieżę Eiffla. Dopiero po wizycie dowiedziałam się, że projekt windy został stworzony przez ucznia Gustawa Eiffla, a mianowicie Raoula Mensierd de Ponsard. Konstrukcja wzbija się na 45 metrów, a na jej szczycie znajduje się taras widokowy. Można stąd rozkoszować się pięknem panoramy dzielnicy Baixa. Rzędy budynków ciągną się w kierunku Oceanu, tworząc bardzo efektowne labirynty dachów.

panorama Lizbona winda

Te dachy, bo o nie właśnie chodzi w miejskich panoramach, urzekły mnie niesamowicie w Rzymie. Najlepiej podziwiać je z Janikulum. Jest to najwyższe wzniesienie w obrębie starożytnych murów miasta, przycupnięte po południowej stronie Zatybrza. Już przy fontannie dell’ Acqua Paola czułam, że czeka mnie coś wyjątkowego, panorama idealna wprost do mojej rozkwitającej kolekcji widoków.

Przy fontannie nie zatrzymaliśmy się zbyt długo, choć wdzięku nie można jej odmówić. Wzniesiona została dla upamiętnienia otwarcia ponownie akweduktu starożytnego. Zaciekawiła głównie jej duży basen, odbudowany w 1690 roku. Panoramę podziwiać nożna jednak dopiero przy konnym posągi Giuseppe Garibaldiego. Wzrokiem ogarnia się niemal cały Rzym. Widać Pałac Wenecki, kopułę bazyliki Watykańskiej i tysiące dachów układających się falami gdzie okiem sięgnąć.

panorama Rzym Janikulum

Ale! I w Polsce nie brak cudownych panoram. Wspinam się niemal zawsze na najwyższe wieże kościołów, ratuszy, zamków. W pamięć zapadł mi widok Gdańska ze szczytu wieży Bazyliki Mariackiej. Sama świątynia robi kolosalne wrażenie, dzięki tej imponującej wysokości i cegle. Ponoć jest to największy kościół z cegły na świecie! Nie powinno więc dziwić, że właśnie z wieży tej świątyni widok onieśmiela. Po pokonaniu 412 schodów stałam na wysokości 82 metrów na poziomem ulic. Nie sposób nie zachwycić się tą panoramą.

Innym moim ulubionym widokiem miejskim w Polsce, który pozwala się cieszyć pięknem otoczenia jest ten z wieży widokowej kościoła garnizonowego we Wrocławiu, czyli kościoła św. Elżbiety, położonego nieopodal Rynku. Z wysokości 91 metrów roztacza się widok miasta ze strzelistymi dachami, tym pięknym dachem czerwono–zielonym (mój ulubiony dach w całym Wrocławiu).

Doceniam ją, pomimo faktu, iż każdego dnia mam okazję obcować z tym widokiem – doceniam panoramę Poznania z mojego własnego balkonu. Uwielbiam patrzeć na jesienną aurę, cieszyć się letnimi wieczorami, podziwiać sylwestrowe roziskrzone fajerwerkami niebo, czy rozkwitające wiosną miasto i to siedząc na miękkim, wygodnym fotelu. Tak doceniam piękno, które mam pod nosem.

panorama Poznań

Panoramy pozwalają doceniać piękno wokół nas, bardzo często wręcz nim zaskakują, co przeżyłam nie raz – jak wtedy z samego rana w Sosnówce w ostatni dzień zimnej majówki, i wtedy, gdy przechodziłam w Porto między jedną a drugą aleją, czy wtedy, gdy jechaliśmy do Delf, a zza zakrętu wyłonił się widok kurortu Arachova.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Panoramy: Czemu fascynują nielotów?

5 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *