Polska,  Relacje

Płock: Słoik miodu i łyżka dziegciu, czyli powroty do rodzinnego miast

Na Rynku przed ratuszem zebrały się tłumy. Na scenie miały wystąpić gwiazdy polskiej sceny kabaretowej. Konferansjer z werwą zagrzewał zgromadzonych do wspólnej zabawy. Pierwsza część poszła jak z płatka. Prowadzący zagajał, żartował, publika reagowała. Ni z tego, ni z owego padło pytania: „A jak się nazywają mieszkańcy Płocka?”. Na odpowiedź nie czekał długo. Z tłumu, z dumnej piersi Płocczanina wyrwało się „Naf-cia-rze!” No i dobra. Jestem więc nafciarzem. Z urodzenia. Nie chodzę na mecze piłki ręcznej, ani nożnej Wisły Płock, ale i tak im kibicuję. Jeśli grają. Podobnie jak Warszawiak nie zostanie nigdy fanem Białej Gwiazdy, a mieszkaniec Gorzowa nie będzie kibicował Falubazowi. Z urodzenia jesteśmy przypisani do tych lokalnych klubów i nawet migracja, czy emigracja nie zmienią tego skąd się człowiek wywodzi. Ja jestem z Płocka. Urodzenie i wychowanie w tym mieście daje mi – w moim całkowicie subiektywnym mniemaniu – prawo do krytykanctwa i piania peanów pochwalnych. Ale! Krzywię się i kręcę nosem, gdy ktoś spoza Płocka wypowiada się o nim źle. Miasto rodzinne tworzy tę szczególną więź, plączącą oddanie i sympatię, z zawodem, rozczarowaniem. Urodzenie i wychowanie w tym, a nie innym miejscu na ziemi wiąże człowieka nierozerwalnymi więzami na całe życie czy tego chce, czy nie. Nie ma takiej siły, która skłoniłaby mnie do porzucenia raz na zawsze tego miasta na Wzgórzu Tumskim, choć w równym stopniu mnie irytuje, co zadziwia. Dlatego moje powroty mają słodko-gorzki smak.

 

Na głównym deptaku: Ulica Tumska

Powroty w rodzinne strony są zawsze sentymentalne. I nie zawsze łatwe. Bolą zaniedbania. Pamiętam z okresu dzieciństwa Płock tętniący życiem. Ulica Tumska pulsowała od ludzi wracających z pracy. Po obu stronach było pełno sklepów. Trochę trzeba było się nachodzić, żeby kupić sobie buty, kurtkę, czy cokolwiek innego. A już dramat się pojawiał, gdy jednak najbardziej do gustu przypadła ta rzecz mierzona w pierwszym sklepie. Trzeba było czasem spory kawałek się wracać. Teraz Tumska świeci pustkami, a sklepy przeniosły się do galerii handlowych. Dawniej najważniejsza ulica miasta zmieniła się w aleję banków i pizzerii. Czasem hula po niej tylko wiatr. Ożywa raz na jakiś czas. W szczególności w okresie Jarmarku Tumskiego. Wówczas przywdziewa strojne szaty i kusi mieszkańców oraz przyjezdnych największym jarmarkiem staroci jaki widziałam. Podczas jednej z jego edycji kupiliśmy cudowne dwa obrazy olejne, malowane przez Jana Bebmenistę – Płocczanina, który przeniósł się do Chorzowa. Posmakowaliśmy też pysznej pajdy ze smalcem.

Niestety wśród wielu ciekawych stoisk znajdą się tandeciarze. Strasznie mnie irytuje dopuszczenie do takiego wydarzenia sprzedawców szczekających piesków na baterie „made in China”. W okolicy są przecież artyści. Tacy lokalni z krwi i kości. Tacy, którzy tworzą dzieła niezwykłe, choć proste. Oryginale i takie widziane ich oczyma. Wiem, że są. Widziałam magazyny Spichlerza – części Muzeum Mazowieckiego wystawiającej sztukę ludową. Nie pamiętam nazwisk artystów, ale w pamięć zapadły mi ich dzieła. Cudowne szopki ciosane z drewna i prymitywne figurki ptaszków z drucianymi nóżkami, których nikt już nigdzie w ten sposób nie robi. Ale jak mi uprzytomnił to Maciek, artyści nie będą wystawiać się na Jarmarku Tumskim, ponieważ nie mają ochoty rywalizować z tymi, którzy oferują plastikowe wycinaki do pierogów czy machające główkami laleczki. Po prostu nic na tym nie zyskają. Konsumpcjonizm rządzi się swoimi prawami i chyba nic mi do tego. Może za dużo oczekuję. Jarmark przecież od zawsze był elementem rozrywki, a nie sztuki i jako taki spełnia swoją rolę w 100%. Jest hucznie, jest kolorowo, jest wesoło.

W centrum rozrywki: Ulica Grodzka

Z Tumskiej skręca się w prawo na ulicę Grodzką, będącą dla Płocka niczym Piotrkowska dla Łodzi, czy Nowy Świat dla Warszawy. Mieściło się tu dawniej wiele pubów. Jeszcze wcześniej – nim zaczęłam chodzić do lokali – pamiętam też, że tu właśnie był pierwszy sklep Adidasa. Namówienie rodziców na oryginalne buty wymagało kunsztu dyplomacji. Ale uzyskana zgoda i wkroczenie dumnie do sklepu na Grodzkiej każdego z dzieciaków, jak i mnie wówczas, uwzniaślało. Większość chodziła w „pepegach z rynku” lub „trampkach z Manhatanu”. Tak mieliśmy Manhatan. Nieopodal hotelu Petropol znajdował się plac, gdzie stały stragany, w których sprzedawano  wszystko – od spożywki, po odzież. Była „Babcia Wojna” – starsza Pani sprzedająca ciuchy w militarnym stylu. Rosyjscy i polscy sprzedawcy prześcigali się w cud produktach. Teraz Manhatanu już prawie nie ma. Grodzka jest dalej, bez firmowego sklepu Adidasa, bez pierwszego salonu Epmik, trochę ogołocona.

Niezmiennie od lat tkwi na Grodzkiej „Pub Grodzki”. Bywał tam, ba nawet mieszkał nad nim – zgodnie z miejską legendą – Tata Kazika. Na ów czas ponoć główny urbanista miejski. Lokal mieści się w dawnej barokowej kamienicy. A właściwie mieścił się. Z przykrością przyjęłam wiadomość o jego zamknięciu. Nie żebym szczególnie często tam bywała. Pewnie ilość wieczorów tam spędzonych zliczyłabym na palcach jednej dłoni. Nie mniej był to dla mnie jakiś symbol miasta. Jego zamknięcie w moim odczuciu zamknęło pewien okres w jego historii. A może w historii mojej.

Z dziewczynami – jak to się mawiało, a później z moim obecnym mężem – na ówczas facetem o statusie „mój facet” – zdecydowanie częściej bywało się na Grodzkiej w lokalu „Zachęta”. Środowisko było zróżnicowane. Chodzili tam ludzie, którzy szukali trochę innych brzmień. Słyszało się hip-hop, czasem reggae, ale głównie elektroniczną muzykę. Może dlatego od początku kibicowałam festiwalowi muzyki elektronicznej – tak, tak mówię o Audioriver.

Na głównym placu: Stary Rynek

Ulica Grodzka wpada na najważniejszy plac miejski. Stary Rynek w Płocku ma kształt niemal niezmieniony od XIV wieku. W tym okresie, zgodnie ze średniowiecznymi założeniami urbanistycznymi, pełnił rolę placu targowego, stąd też wzięła się jego nazwa. W związku z pełnioną rolą musiała być to przestrzeń pusta, pozbawiona we wnętrzu zabudowań, przez co ratusz usytuowany był na jednym z krótszych boków prostokątnej zabudowy okalającej plac. Tak wygląda również dziś. Co prawda nie odbywają się już tu targi, ale w Dni Historii Płocka, czy przy innych okazjach rozstawiają się tu stragany, więc niekiedy historyczna rola tego miejsca daje o sobie znać.

Nie zmieniło się także usytuowanie ratusza. Tkwi w tym samym miejscu, w którym został ulokowany pierwotnie ratusz gotycki. Wyjątkowo podoba mi się prosta, klasycystyczna forma, cudownie symetryczna obecnego budynku ratusza. Wieńczy ją ośmioboczna wieża, która stylowo nie łączy się z fasadą. Stanowi element dobudowany w późniejszym okresie, podczas gdy całość budowali powstała na przestrzeni lat 1824-1827. Wisienką na torcie jest natomiast to, co kryje ta wieża. W samo południe, każdego dnia można podziwiać inscenizację jaka rozgrywa się na wysokościach. Nad miastem przy dźwiękach wygrywanego na trąbce hejnału codziennie odbywa się pasowanie Bolesława III Krzywoustego na rycerza. Figury naturalnej wielkości wysuwają się po otwarciu wrot na wieży ratuszowej i w mechanicznych ruchach oddają jeden z najważniejszych momentów w historii nie tylko regionu, ale i całej Polski. Bo Płock, tak Płock, był stolicą książąt mazowieckich, ba nawet samej Polski! Na czas, gdy umiłował go sobie jako siedzibę Władysław Herman, ojciec wspomnianego Bolesława.

Tak malowniczy rynek, o pięknej historii, unikatowym planie urbanistycznym, położony na pięknym wzniesieniu marnieje w oczach. Szczery ból sprawiają mi ruiny kamienic, straszące przyjezdnych i turystów obdrapanymi tynkami. A jest ich kilka. Obok elegancko odmalowanych i odrestaurowanych budowli tkwią straszydła, z każdym dniem przemieniające się w zabytkowy gruz. Plac, który mógłby być prawdziwą perełką niszczeje i nie wiem czy tylko mi, czy jeszcze komuś to przeszkadza. Stan ten utrzymuje się od pewnego czasu. Jeśli zdarzy Wam się być w Płocku miejcie litość dla Starego Rynku i nie przekreślajcie jeszcze tego miasta patrząc przez pryzmat tej degeneracji dawnego wdzięku i czaru. A najlepiej przemknijcie prościutko w kierunku fary, broń Boże nie patrzcie za siebie!

 

W centrum religii: Wzgórze Tumskie

Płocka fara, czyli kolegiata św. Bartłomieja, to najstarszy kościół parafialny w mieście, ufundowany został jeszcze za czasów panowania Kazimierza Wielkiego. Jak na kościół parafialny przystało znajdowały się w nim ołtarze dla różnych cechów rzemieślniczych miasta, a jego „miejski” charakter zdradzała lokalizacja. Zgodnie z tradycją kościoły parafialne były budowane na rogach głównych placów miejskich. Początkowo była to budowla gotycka, jednak po przybyciu do miasta Wenecjanina Jana Baptysty zyskał naówczas nowoczesną formę. Stał się zgodnie z modą renesansowy. Taki pozostał do dziś. Mimo upływu lat widać ten barokowy czar. Pastelowe ściany stanowią bajeczne tło do ekspozycji kunsztownych obrazów oraz bogatego ołtarza, a miejscami mienią się czy to w słońcu, czy to od blasku świec złote detale. Zewnętrza bryła, w ostatnim czasie odremontowana, nie zdradza bogactwa wnętrza, ale nie można przejść obok niej obojętnie.

Sensację w mieście wzbudziło odsłonięcie elewacji. Pod warstwą tynku , na ścianie od strony Wisły, znajdowały się drzwi, które jak donosi odpis wizytacyjny z 1609 roku były wejściem głównym do świątyni, to przez nie wkraczał ponoć Kazimierz Wielki. Z prawdziwym zainteresowaniem śledziłam rozwój wypadków w tym czasie i szereg hipotez wysuwanych przez zainteresowane odkryciem kręgi świeckie i duchowne. Jedną z nich było twierdzenie o osunięciu się fragmentu kościoła z wieżami do Wisły, według innych przypuszczeń to osunęła się tylko kruchta wprowadzająca do kościoła, zaś część z wieżą po prostu rozebrano. Jaka była prawda, nie sposób rozstrzygnąć. Dokumenty milczą, a świadectwa materialne, no cóż wykopaliskom i badaniom archeologicznym dano zbyt mało czasu na dokładne rozeznanie. I pozostają domysły.


Niedawno obok fary stworzyli placyk, a na placyku postawili pomnik, a na pomniku uwiecznili postać Bolesława Krzywoustego ze swoimi wojami. Pamiętam jeszcze spory dotyczące tego pomnika. Czy przedstawiać ma Bolesława czy Władysława, ojca Bolesława. Władysław był przecież władcą, rządził on krajem właśnie z Płocka. Z drugiej strony bardziej znany jest jego syn. Bolesław, trzeci tego imienia w rodzie Piastów, był przecież obrońcą Polski, obrońcą chrześcijaństwa na tym terenie, za jego czasów Polska umacniała się. Postawiono na syna, Władysław Herman do dziś widać pokutuje za swoją decyzję o wznowieniu uległości wobec Świętego Cesarstwa i niechętnie uwieczniany jest na pomnikach.

Na Wzgórzu Tumskim mieści się też katedra. A właściwie powinnam napisać KATEDRA. Według mnie to najbardziej imponująca budowla w mieście, a jej historia tylko to potwierdza. Pochowani w niej zostali liczni, zamożni mieszczanie, a także przedstawiciele szlachty, arystokracji i wysocy dostojnicy duchowni oraz książęta mazowieccy, ale przede wszystkim władcy Polscy. W Kaplicy Królewskiej spoczywają Władysław Herman oraz Bolesław Krzywousty. Uwagę przykuwa czarny sarkofag z Piastowskim Orłem i inskrypcją „Władcy i dziedzice”, to napawa mnie dumą jako Płocczankę.

Bazylika Katedralna w Płocku należy do pięciu najstarszych w Polsce bazylik! Dzisiejsza budowla stoi w tym samym miejscu, w którym w 1075 roku wzniesiono drewnianą świątynię, gdzie według przekazu Kroniki Galla Anonima został pasowany na rycerza Bolesław Krzywousty w 1099 roku w uroczystość Wniebowzięcia Panny Marii, patronki bazyliki katedralnej. Drewniana konstrukcja została jednak spalona w wyniku najazdu Pomorzan na ten gród w latach 20-tych XII wieku. Na tym miejscu została wybudowana romańska świątynia, a inicjatorem tego przedsięwzięcia był biskup Aleksander z Malonne, postać wyjątkowo zasłużona w dawnych czasach dla Płocka. Ufundował nie tylko największą w tym czasie świątynię na ziemiach polskich, ale też umieścił w niej nadzwyczajne drzwi, zwane Drzwiami Płockimi. Poszczególne kwatery odlane z brązu zawierają przedstawienia scen ze Starego i Nowego Testamentu, a także postacie fundatorów. Niestety wejście główne do płockiej katedry zdobi kopia tego arcydzieła odlewnictwa. Niedługo Płocczanie mogli cieszyć się ich widokiem. Według jednych źródeł było to zaledwie kilkadziesiąt lat, według innych dwa i pół wieku. Potem w niewiadomych okolicznościach trafiły do soboru św. Sofii w Nowogrodzie Wielkim na Rusi, gdzie znajdują się do dziś. Bazylikę Płocką zdobi ich wierna kopia, XX-wieczna.

Dzisiejszy wygląd świątynia zawdzięcza licznym zmianom, które w ciągu wieków przekształcały jej bryłę. Romański charakter straciła po zniszczeniach, jakie dokonał pożar oraz najazdy Pomorzan i Litwinów. To właśnie na przełomie XIII i XIV wieku dobudowano dwie gotyckie wieże, które obniżono, ponieważ groziły zawaleniem. W końcu XV wieku znajdujące się w nich dzwony przeniesiono do pobliskiej baszty zamkowej, która zaczęła pełnić rolę dzwonnicy. Kolejną zmianą było wprowadzenie ośmiobocznej kopuły, która nadała całości nieco renesansowego charakteru. Było to zasługą cenionego w Europie architekta weneckiego – Jana Baptysty. O dzisiejszym wyglądzie budynku zadecydował jednak gruntowny remont przeprowadzony przez Stefana Szyllera w latach 1903-1915. Do dziś zachowują się wprowadzone wówczas duże kamienne płyty u podstawy i czerwone cegły powyżej.

Na drodze między miastami: Żelazny most na Wiśle

Lubię przyjeżdżać do Płocka tym właśnie mostem, noszącym imię Legionów Piłsudskiego. Żelazna konstrukcja wsparta na ośmiu betonowych filarach spina starą i nową część miasta z dzielnicą Radziwie, która według miejskich legend zamieszkana była dawniej przez jeńców tatarskich, gdyż z uwagi na częste zalania tego obszaru, nikt nie chciał tam mieszkać. Warto obejrzeć także sam most, w szczególności nocą, gdy jest podświetlony barwami miasta.

Z mostu doskonale widać dumne Wzgórze Tumskie i górującą nad nim katedrę. Widać amfiteatr, molo, piaszczystą plażę i potężną rzekę. Widać miasto dumne i imponujące. Czy pozostało takie do dziś? Na pewno nie ma już w sobie tego splendoru jak za czasów Władysława Hermana, czy Bolesława Krzywoustego. Straciło z pewnością impet z jakim rozwijało się w czas budowy kombinatu petrochemicznego. Nadal ma sobie wiele piękna, które warto odkrywać. Dzięki temu, że mieszkałam tu przez dziewiętnaście lat nim wyjechałam na studia poznałam je bardzo dobrze. Mam swoje ulubione miejsca, którymi się w przyszłości na pewno z Wami podzielę. Jednak najpierw chciałam zacząć od trzonu tego miasta. Tego co pozostało z jego wielkiej historii.

Mimo wszystkich słabości Płocka, zostanie on moim rodzinnym miastem. Zawsze będę spoglądała w jego stronę z sentymentem i broniła. Może nie zaciekle. Widzę jego wady, tak jak dostrzegam zalety i wady miast, w których przyszło mi mieszkać kilka lat, a także tych miejsc, które udało mi się zwiedzić w swoim życiu. Jednak to miejsca, w których spędzamy więcej niż dwa tygodnie w roku podczas wakacyjnego urlopu zdradzają przed nami swoje blaski i cienie. Jednak to miasta rodzinne zawsze budzą największe emocje, to z nich jesteśmy najbardziej dumni i równie mocno rozczarowani.

autor: Magdalena Drajkowska

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *