Impresje

Przygoda na wakacjach: 10 mikro komediodramatów w podróży

Staliśmy na przystanku i czułam narastający stres. Autobus się spóźniał. Zapas czasu, jaki przyjęliśmy na dojechanie na lotnisko zaczynał się niepokojąco kurczyć. To zadziwiające. Przez cały czas pobytu w Hongkongu miałam wrażenie, że miasto pracuje na wysokich obrotach. A teraz, w chwili gdy najbardziej liczyłam na to tempo, miasto jakby zwolniło. Po 45 minutach przyjechał autobus. Nie ten numer. Wbiegam do przedniej części – Czy jedzie Pan na lotnisko? – pytam z wyczuwalnym niepokojem w głosie. – Tak – odpowiada. Wołam Maćka, żeby wsiadł. Jedziemy. I wtedy Maciek pyta – Ale na to lotnisko jedzie? Temperatura podskoczyła mi momentalnie, a jednocześnie zimny pot spływa po plecach. Nie spytałam! Cholera! Jeśli jedziemy w złym autobusie na złe lotnisko nie wyrobimy się na lot do Oslo. Z zakamarków pamięci wygrzebuję informację, że ta linia też jechała na to samo lotnisko, z którego mamy odlot. Dopytuję kierowcy. Odpowiada coś półgębkiem. Przez około 40 minut jedziemy ze ściśniętymi gardłami i maksymalnie napiętymi mięśniami. Gdy wjeżdżamy na wyspę, stres trochę odpuszcza. – Nie przypominam sobie, żeby na Lantau były dwa lotniska. – mówię do Maćka – Też mi się tak wydaje. – odpowiada – Chyba jedziemy dobrze. Nasze obawy rozwiewają się całkowicie, gdy autobus zatrzymuje się przed terminalem odlotów. Ufff…udało się. Wiecie… pod wieloma względami podróże da się przygotować, ale nie można zaplanować wszystkiego. Rodzą się setki a nawet tysiące sekund wywołujące silne emocje i zapadające w pamięć na długo. Kilkoma zaraz się z Wami podzielę.

DSC_6207

Strajk na lotnisku

Dokładnie na dzień przed wylotem do Madrytu dostałam SMSa od firmy Ryanair z informacją, że w dniu wylotu i przez następnych kilka dni na głównym lotnisku Madrytu będzie zorganizowany strajk ekip obsługujących bagaże. W wiadomości tekstowej oraz w mailu zaznaczono, że odbiór bagaży rejestrowanych będzie utrudniony i jeśli mam taką możliwość, to lepiej zabrać ze sobą bagaż podręczny. Proponować coś takiego kobiecie, wybierającej się na tydzień do Hiszpanii? Pierwszy odruch wkurzenie. Drugi odruch… no trzeba działać. Po godzinie byłam spakowana i niczego nie brakowało! Owszem musiałam zrezygnować z bluzek na rzecz szybkoschnących koszulek. Ważne, że najpotrzebniejsze rzeczy spakowałam. Mistrzem okazał się Maciek. Spakował niezbędne ubrania i udało mu się upchnąć jeszcze normalnej wielkości plecak do plecaka! Tak na wszelki wypadek jakbyśmy z powrotem mieli zwieźć dużo pamiątek. Mogliśmy przecież wykorzystać opłatę za bagaż rejestrowany.

Zagubiony bagaż

Zrelaksowana i odprężona po prawie dwutygodniowym urlopie w Wietnamie i trochę niewyspana po kilkunastogodzinnym locie byłam rozczarowana na wieść o zaginionym bagażu. No i zaczęły się formalności, opis bagażu, zawartości. Zmartwiło mnie to, że nie znaleziono go od razu. Pani z obsługi nie była w stanie  odpowiedzieć, gdzie znajduje się zagubiona walizka. Po godzinie czekania i godzinie spisywania informacji o bagażu wyszliśmy z lotniska. Zdecydowanie nie w pourlopowych nastrojach. Najgorsze było to, że w walizce była część prezentów gwiazdkowych, bo wróciliśmy na 10 dni przed świętami Bożego Narodzenia. Na szczęście na kilka dni przed wyjazdem do rodziny zjawił się kurier z walizką… jak Święty Mikołaj. Drugi raz zagubienie bagażu ( ta sama walizka! Czy to można było przewidzieć?) przydarzyło nam się wracając z Hongkongu. W tym przypadku byliśmy zdziwieni, że przepadł tylko jeden przy dwóch przesiadkach. Formalności trwały zaledwie kilka minut a bagaż trafił do nas już następnego dnia.

Szarżowanie z bagażami

Wysiedliśmy na dworcu w wietnamskim Vung Tau z dwoma plecakami sportowymi i dwoma walizkami na kółkach (w końcu chciałam poprzebierać w ciuchach podczas wyjazdu). Podczas przygotowań do podróży wyczytałam, że trzeba uważać na taksówki, żeby nie dać się naciągnąć. Postanowiliśmy, że po prostu dojdziemy do hotelu. Odległość to zaledwie 3 km. To były naprawdę trudne kilometry. Żar lał się z nieba, a my ciągnęliśmy walizki po nierównych i brudnych ulicach (po tym wydarzeniu zaczęliśmy owijać walizki na czas lotu i transferu lotnisko-hotel folią spożywczą). Hotel był nieopodal posągu wielkiego Chrystusa, a nikt nie umiał nam wskazać drogi. Na szczęście leżał też nad morzem i z pokazaniem nam drogi na plażę mieszkańcy nie mieli już problemu.  Nauczeni tą marszrutą w upale, w dniu wylotu poprosiliśmy obsługę hotelu o zamówienie taksówki. Kosztowała nas jakieś 15 zł. Naprawdę nie było warto leźć z bagażami te 3 km w dzień przylotu w upale by zaoszczędzić 15 zł. Nauczka, żeby informację sprawdzać w kilku źródłach.

Bagaże w bibliotece

W drodze między Porto a Lizboną postanowiliśmy się zatrzymać w Coimbrze. Wybraliśmy pociąg. Mniej problemów niż z wynajmowany autem i oboje możemy się przespać w trasie. Minusem jest konieczność taszczenia ze sobą bagaży. Zupełnie się tym nie przejmowałam. Wzięłam to na polską logikę. W jednym z największych miast w kraju musi być przecież przechowalnia bagaży. Dlatego mieliśmy wszystko ze sobą – a oznaczało to duży plecak i dwa małe pleckami. Planowaliśmy zostawić bagaże na dworcu i dopiero zwiedzać. Na miejscu przeszedł nas zimny dreszcz, nie mieliśmy gdzie zostawić bagaży!! Pani w okienku biletowym skierowała nas do kiosku. Kiosk był zamknięty. W hotelach też nie chcieli nam przyjąć walizek. Musieliśmy wejść na górę, gdzie mieści się najstarszy uniwersytet w Portugalii i najpiękniejsza biblioteka ze wszystkimi tobołami (największy i najcięższy taszczył Maciek). Na szczęście, żeby zwiedzić kompleks trzeba było zostawić bagaże. I tak udało nam się zostawić w jakimś pokoiku na zapleczu uniwersytetu walizki na ponad cztery godziny.

Biletowe przeboje

Staliśmy na dworcu w Symferopolu. Do wyjazdu zostało pół godziny, a my dalej nie znaleźliśmy busa, który miał nas zawieść do Sewastopolu. Wreszcie jeden z kierowców wziął od nas bilet i zaprowadził do odpowiedniego autokaru. Poruszaliśmy się po Krymie takimi busami przez prawie 3 tygodnie i dopiero pod koniec pobytu jeden z kierowców nam wyjaśnił, żebyśmy szukali pojazdu po rejestracji. Numer był wydrukowany na bilecie. To nie jedyna osobliwość transportu ukraińskiego. Gdy po tygodniu pobytu trafiliśmy do stolicy, żeby kupić bilety powrotne do Warszawy  (w Polsce nie mogliśmy kupić od razu biletów w dwie strony, a przez Internet nie było takiej możliwości). Na dworcu podaliśmy Pani w kasie karteczkę z napisem po rosyjsku „Dwa bilety. Symferopol-Warszawa”. Maciek męczył się chyba z godzinę, żeby przypomnieć sobie jak to napisać, bo rosyjski miał w podstawówce, a ja nigdy się go nie uczyłam. Pani w kasie nagryzmoliła coś na kartce i podała ją nam z informacją, że jest to adres. Okazało się, że bilety na trasy międzynarodowe na termin z wyprzedzeniem kupuje się nie na dworcu! Trafiliśmy do białego wieżowca, gdzie na parterze znajdowały się kasy.

Niedziałający wodolot

Mieliśmy przedostać się z Ho Chi Minh do Vung Tau wodolotem. Jednak nie działał. Alternatywą był bus. W drodze z lotniska do centrum już zasięgnęliśmy języka. Dwie urocze kobiety powiedziały nam, że z dworca znajdziemy bus i podały cenę biletu. Gdy już byliśmy w centrum wszyscy kierowali nas do prywatnego przewoźnika, który chciał kilka razy więcej za transport. Po czasie… jak ochłonęły nam głowy i przeliczyliśmy kwotę na złotówki, koszt oscylował koło 30 zł. Jednak w chwili poszukiwań nie wpadliśmy na ten banalny pomysł, żeby przeliczyć kwotę na PLNy. Kierowała nami tylko cena podana poprzednio przez dwie kobiety. Wreszcie znaleźliśmy autobus, a w nim mężczyznę, który powiedział, że wskaże nam miejsce skąd dojedziemy do Vung Tau. Wysiedliśmy na tłocznej, absolutnie nieturystycznej ulicy. Mężczyzna zaczepił dziewczynkę, która zaprowadziła nas na dworzec, kupiła bilety i doprowadziła do autobusu prawie na nas nie patrząc. Gdy po sprawdzeniu biletów, które wręczyła kierowcy, odwróciłam się, żeby jej podziękować, już jej nie było. Zniknęła w sekundę!

DSC_1282

Winogron w pociągu

Byliśmy już w trasie ponad 20 godzin. Pociąg dawno przekroczył granicę i tłukł się po ukraińskich torach. Wybór gastronomiczny w wagonie ograniczał się do tego, co ze sobą wzięliśmy. Suchy prowiant i zupki w proszku. Marzyliśmy już o czymś innym. W pewnym momencie, gdy rozmawialiśmy o mijanym krajobrazie, pociąg stanął. W szczerym polu. Nie było tu nic. Wreszcie dostrzegliśmy w oddali ruch. W stronę wagonów biegły kobiety z wiaderkami i reklamówkami. Nagle w pociągu zawrzało. Będzie handel! – pomyślałam. Były kurczaki. Były napoje. Były owoce. Od starszej kobiety wzięliśmy winogron. Zapłaciliśmy niedużą kwotę a kobieta się tak bardzo rozpromieniła  i zaczęła dziękować, że byliśmy zdziwieni. Okazało się, że właśnie sprzedała cały towar  jaki miała i mogła iść do domu. Oddała nam ogromną reklamówkę wypełnioną zielonymi gronkami i wybiegła. Zostaliśmy z kilkunastoma kilogramami winogron. Starczyło nam to do samego Symferopolu. Ja natomiast tak się nimi objadłam, że przez cały wyjazd i jeszcze długo po nim nie tknęłam tego owoca.

Nieprawidłowy numer

Była trzecia w nocy a my staliśmy na ulicy w Atenach pod jedną z kamienic. Wybierałam numer podany mailowo. Nie ma takiego numeru! Mieliśmy nocować na kwaterze prywatnej i zadzwonić, ja tylko dotrzemy. Dotarliśmy. Dzwoniliśmy. Numeru nie było. W pierwszej chwili zdziwienie. Potem irytacja. Na końcu myślenie. Patrzyliśmy po domofonie. Wszystko w greckim alfabecie. W pewnym momencie już myślałam, że będziemy czekać tu do świtu. Ale! Nawet w najbardziej absurdalnym dowcipie taka sytuacja by się nie zdarzyła. Stary Grek w piżamie otworzył drzwi kamienicy, żeby wpuścić kota. Dopadłam do niego i pytam, czy wie gdzie mieszka I.P. Wiedział! Pojechaliśmy windą, która mieściła ledwo trójkę osób, dwa plecaki, jedną walizkę i jednego kota. Wysiedliśmy na drugim piętrze, stary Grek wskazał drzwi. Pukaliśmy, dzwoniliśmy i nic. Po chwili stary Grek ukazał się ponownie i gestami pokazał, że to nie tu, że I.P to jednak piętro wyżej mieszka. Super! Dobijaliśmy się do jakiś w spokoju śpiących Greków w środku nocy. Wreszcie dostaliśmy się do mieszkania i ze spokojem usnęliśmy. Okazało się, że I.P. podając numer mailowo zjadła jedną cyfrę.

Ręka w plecaku

Wyszliśmy z hotelu i skierowaliśmy się w stronę Al-Fondok. Ponad tydzień w Hurgadzie sprawił, że szukaliśmy jakiś nowych miejsc do obejrzenia. Po prostu nam się już nudziło. Szliśmy drogą, a po jej obu stronach straszyły nieskończone budynki. W pewnym momencie na drodze pojawiła się para dzieciaków. Dziewczynka czarowała nas, żebyśmy kupili tandetne papirusy. Skoncentrowani na odmawianiu jej nawet nie zauważyliśmy co robił chłopiec. Po chwili, gdy Daria sięgała do plecaka zauważyła, że to samo co ona robi chłopiec. Dziewczynka z papirusami miała tylko odciągnąć naszą uwagę. Gdy Daria złapała chłopca za rękę zaczął krzyczeć z całych sił, płakać i szarpać się. Puściła go. Chwilę potrzebowaliśmy na ochłonięcie, a dzieciaki zniknęły w równie tajemniczy sposób jak się pojawiły.

20170310_161021

Nogi w recepcji

Zeszliśmy po starych schodach kamienicy, w której dawniej mieściły się z pewnością pokoje robotnicze. Miałam wrażenie, że od tamtego czasu nie zmienił się mocno wystrój. Hostel w centrum Londynu był noclegiem o najgorszym stosunku ceny do jakości. Za kilka nocy słono zapłaciliśmy a warunki były kiepskie. Stare łóżko, skrzypiąca szafa, wspólna łazienka i ponure wnętrze. Ale! Było wszędzie blisko. Po każdym stąpnięciu drewniane schody skrzypiały. Zeszliśmy po nich z pierwszego piętra, gdzie był nasz pokój, żeby zapłacić. Na recepcji nikogo nie było. Na pierwszy rzut oka. Po chwili dostrzegliśmy nogi na podłodze. Przepraszająco i nie za głośno pytam  Excuse me… brak reakcji. Podniosłam nieco głos. Nic. Po trzecim razie już martwiłam się, że recepcjonista nie żyje lub coś mu się stało. Po co miałby leżeć na podłodze? Po chwili nogi poruszył się, a mężczyzna jak gdyby nigdy nic ziewając i otrzepując ubranie spytał w czym może pomóc. Spał! Normalnie spał na bieżniku w recepcji!

Do podróży ciągle się przyzwyczajam. Do ich nieprzewidywalnego tempa, pomimo szczerych chęci i przygotowań nie dającego się okiełznać. Z czasem nauczyłam się większego spokoju. Jednak zdarzają się jeszcze sytuacje, które po prostu mnie wkurzają, wzruszają lub zadziwiają. Myślę, że to właśnie te małe sytuacje dodają kolorytu każdej podróży. Wyjazdy to nie tylko relaks na plaży, zwiedzanie muzeów, próbowanie kuchni lokalnej, to cała masa komediodramatów na lotniskach, dworcach, na ulicach, cała masa mikromomentów, które zapadają w pamięć  i które przywożę ze sobą do domu niczym cenne pamiątki.

0 Komentarzy

Pozostaw odpowiedź balkanyrudej Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *