Islandia,  Relacje

Reykjavík: Tam, gdzie wybuchł kryzys finansowy

Na ulice Rekjaviku wyszły tysiące ludzi po tym jak międzynarodowe śledztwo prowadzone przez agencję ICIJ ujawniło rewelacje na temat premiera. Zwolennik wsadzania bankierów za kraty, przeciwnik spłacania przez obywateli długów znacjonalizowanych banków wobec holenderskich i brytyjskich wierzycieli, ukrywał przed swoimi rodakami, którzy wierzyli w jego wyjątkową moc i prawość w obliczu krachu i załamania gospodarki, drobny szczegół. Chodzi o ponad 4 mld dolarów! Afera panamska ujawniła nazwisko premiera Gunnlaugssona wśród innych nazwisk wielkich osobistości świata polityki i show biznesu, którzy korzystali z tzw. rajów podatkowych. Ponad 4 mld dolarów miały znajdować się na kilku kontach firm, które łączono z nazwiskiem premiera i kancelarią panamską Mossack Fonseca, specjalizującą się w zakładaniu spółek w rajach podatkowych. Opinią publiczną wstrząsnął fakt, że najmłodszy w historii Islandii premier, który wykazał się hardą postawą wobec międzynarodowych korporacji finansowych w okresie kryzysu, sam sprzedał własnej małżonce za całego dolara udziały własne (czyli mniej więcej połowę) firmy Wintris Inc., będącej swoją drogą   wierzycielem Islandii, firmy, której istnienie premier przemilczał obejmując w 2009 roku przywództwo Partii Postępu.

Trafiliśmy do Reykjaviku po fali trzech protestów, które doprowadziły do dymisji premiera. Miasto zdawało się jednak nieco opustoszałe, spokojne, jakby nic tu się nie działo. A ponoć dzieje się tu wiele. Problem pewnie tkwił w tym, że byliśmy w sobotę rano, czyli jakieś kilkanaście godzin przed lub kilka po osławionych imprezach reykjavickich. Stanęliśmy na placu Austurvöllur znanym ze swych protestacyjnych dziejów. Mieszkańcy Reykjaviku wybierają ten plac aby oprotestować kwestie, które są dla nich ważne. Bliskość parlamentu nadaje temu miejscu odpowiedniej rangi dla protestów społecznych. Budynek jednej z najważniejszych i najstarszych instytucji islandzkich jest niepozorny. Dwupiętrowy obiekt znajduje się przy placu Eysturvetyayur. Jest ładny. Nie imponujący, nie monumentalny, nie olśniewający. Gdybym nie wiedziała, że znajduje się tu dom Althingu, to bym się tego nie domyśliła. Ot zwyczajny dość budynek z szarego kamienia w klasycystycznym stylu. A jednak w budynku tym zapadają ważne dla kraju decyzje od 1881 roku, gdy obiekt został ukończony. Wówczas parlament przeniósł właśnie tu swoją siedzibę. Nie dziwi mnie więc fakt, że to właśnie w pobliżu odbywają się protesty. Istotne znaczenia dla ekspresji idei wolnościowych  w przestrzeni placu Austurvöllur ma także  posąg wyjątkowej postaci.

2018-08-12 12.05.32 2-min
Z pozoru niepozorny budynek jest siedzibą islandzkiego parlamentu

Protestujących wspiera tu zawsze  swym autorytetem postać Jóna Sigurðssona, przywódcy ruchu niepodległościowego Islandii. Do najbardziej zapamiętanych należą protesty w następstwie krachu finansowego w 2008 roku. Organizacja Raddir fólksins rozpoczęła na placu Austurvöllur protesty 11 października 2008. Na placu pojawiali  się także artyści głównego nurtu kultury islandzkiej. Nie wszyscy. Wielu bowiem uznało, że biorący udział w garnkowej rewolucji chcą jedynie dobrze wypaść i na protestach zrobić image.

Prawdziwe pioruny zrzucił na nich nie kto inny jak Eiríkur Örn Norðdahl, znany islandzki pisarz. Nie tylko artyści wyszli na ulice. Na placu Austurvöllur protestowali ludzie, którzy stali się ofiarami bańki finansowej. Bańka pękła z wielkim hukiem wprowadzając w osłupienie tych wszystkich, którzy sprzeniewierzyli się tradycji ciężkiej pracy i uwierzyli, że eleganckie domy i drogie range rovery może mieć  każdy, wystarczy wziąć kredyt. I brali je, a banki rozdawały pieniądze na prawo i lewo, bo kredyt był najlepszym zapychaczem do zatkania luki między rosnącą konsumpcją a stałymi dochodami. Przy tych samych zarobkach chciano mieć więcej. Młode pokolenie bankowców wierzyło, że da się to zrobić a wzrostu po prostu nie da się powstrzymać. Kredytobiorców utrzymywało w wierze w krajowe rekiny finansjery przekonanie o rosnącnej potędze swoich banków, które otwierały coraz to nowe filie za granicą. Pomimo głosów, co jakiś czas mówiących o bliskim krachu systemu nikt nie wierzył, a krach przyszedł w drugiej połowie 2008 roku i zaatakował najważniejsze islandzkie banki, które utraciły płynność finansową. Glitnir, Landsbanki oraz Kaupthing znalazły sie pod kontrolą rządu. Szczególne problemy miał Landsbanki, wobec którego rząd brytyjski zastosował prawo antyterrorystyczne. Nie ma co, doborowe towarzystwo! Będąc na liście tuż obok Al-Ka’ida nie można liczyć na wzrost zaufania. Obecnie kontynuatorem banku jest Landsbankinn. Niby to samo, ale dla pewności dodano dwa „n” na końcu. Nikt nie chce być kojarzony z Al-Ka’idą.

Trafiliśmy pod drzwi Landsbankinn w poszukiwaniu miejsca, gdzie moglibyśmy wymienić euro na korony.  Wylądowaliśmy dzień wcześniej na tyle późno, że kantor na lotnisku był zamknięty. W Reykjaviku byliśmy na tyle wcześnie, że bank był jeszcze zamknięty. Nieco patowa sytuacja. Skoro już przytargaliśmy tu ze sobą żywą gotówkę to chcieliśmy choć części jej się pozbyć na pamiątki lub lokalne atrakcje. Ponowne przewalutowanie na polskie złote nam się nijak nie kalkulowało. Znalezienie jednak miejsca, które pozwoliłoby nam na pozyskanie lokalnej waluty nie było łatwe. Czemu? Bo na Islandii honorują głównie jedną formę płatności. Plastkiem. Kartą można płacić praktycznie wszędzie. Gotówka jest nieprzydatna. No ale skoro już ja mieliśmy to wypadało z niej skorzystać. Wymiany dokonaliśmy w centrum informacji turystycznej. Z koronami w kieszeniach postanowiliśmy ruszyć na szukanie pamiątek. Znaleźliśmy się, a jakżeby inaczej, ponownie na placu Austurvöllur.

Szczerze dziwiło mnie, że te tysiące ludzi zmieściły się na tym niewielkim placu. Po zapoznaniu się z jego topografią, co zajęło nam niewiele czasu, powędrowaliśmy dalej w poszukiwaniu otwartego sklepu z lokalnymi upominkami. W ścisłym centrum miasta wśród uroczej niskiej zabudowy takich miejsc jest całkiem sporo. Wnętrza wypełnione są charakterystycznymi sweterkami z trójkątnymi wzorami, magnesami, maskotkami, kosmetykami na bazie lawy i innymi cudami, cudeńkami, cudakami. Dla każdego coś dobrego! Na sweterek się nie zdecydowałam. Owszem są ładne i na pewno ciepłe, ale drapią. Mam nawet wrażenie, że bardziej niż te zakopiańskie. Gdy przejechałam dłonią po rękawie, to miałam pewność, że jest to wełna z domieszką drutu kolczastego. Standardowo więc wybraliśmy magnesy na ścianę. Cena kosmiczna aż w boku boli, ale płacimy, bo kto wie czy jeszcze odwiedzimy wyspę. Chudsi o ponad sto złoty opuszczamy sklepik i kierujemy się w stronę ratusza.

Budynek położony jest w sercu miasta tuż nad jeziorkiem Tjörnin. O dziwo ta postmodernistyczna budowla z betonu, stali i szkła komponuje się nad wyraz dobrze z otoczeniem przyrody. Budynek od 1992 roku funkcjonuje jako siedziba władzy wykonawczej. Można tu spotkać burmistrza Reykjaviku jak też urzędników miejskich, a co pewien czas także artystów.  Ratusz gości różnego rodzaju wystawy sztuki.

2018-08-12 12.05.32 1-min
Jeziorko w centrum miasta sprawia tworzy bardzo przyjemną przestrzeń.

W zabudowie otaczającej miejskie jeziorko wyraźnie wybija się na plan biała bryła kościoła z zielonym dachem. Należy on do Wolnego Kościoła w Islandii, zgromadzenia wiernych, które wykształciło się w 1899 roku na skutek pojawiających się wśród wiernych pewnych zastrzeżeń co do niektórych aspektów organizacji kościoła narodowego. Budynek nad jeziorkiem Tjörnin został konsekrowany w 1903 roku. Jeszcze do niedawna, czyli do 1987 roku przedstawicielem Kościoła narodowego w Islandii, a więc  ewangelicko luterańskiego, była katedra Chrystusa Króla, położona nieopodal siedziby parlamentu. Niewielki, klasycystyczny budynek nie przypomina w niczym wielkich budowli sakralnych Polski czy Hiszpanii. Swoją niepozorną bryłą nie zdradza w ogóle rangi jaką posiadał, o której dziś przypominają jeszcze nabożeństwa z udziałem członków parlamentu przed otwarciem sesji.

Status najważniejszego luterańskiego kościoła skradł jej sławny obiekt górujący, za sprawą 75 metrowej wieży, nad miastem – Hallgrímskirkja, czyli w dosłownym tłumaczeniu kościół Hallgímura na cześć islandzkiego pastora i poety Hallgímura Péturssona. Jego budowa trwała 40 lat I zakończyła się w 1987 roku. Inspiracją dla tej niecodziennej bryły architektonicznej był bazaltowe słupy, doskonale widoczne na plaży Reynisfjara i charakterystyczne dla tej wulkanicznej wyspy. O ile wygląd zewnętrzny miał naśladować naturę Islandii, o tyle wnętrze miało oddawać jej niezwykłą przestrzeń i wszechobecne niemal pustkowia. Po wizycie w środku mogę stwierdzić, że Guðjón Samúelsson zrealizował swój plan. Pomieszczenie wydawało mi się puste. Surowość wnętrza przełamują dekoracyjne  organy, na które składa się aż 5275 piszczałek, wykonane przez Hansa Gerda Klaisa.

2018-08-12 12.05.31 1-min
Ikona stolicy Islandii – kościół o fasadzie wzorowanej na bazaltowych skałach. Widać, że w tym kraju przyroda rządzi.

Wychowana w tradycji katolickiej i mająca w pamięci poznańską farę, czy barcelońską katedrę nie umiałam się odnaleźć w tym pustym, prostym wnętrzu. Choć nie dziwiło mnie to w środku protestanckiego kościoła, który z natury swojej niejako musi być pozbawiony ozdób. Nie to co świątynie katolickie. W Reykjaviku nie dane nam było tego oglądać. Bazylika katedralna Chrystusa Króla – największy i najważniejszy w tym mieście kościół rzymskokatolicki – była zamknięta w sobotni ranek. Na pierwszy rzut oka świątynia przypominała mi kościoły francuskie, zapewne to skojarzenie jest zasługą neogotyckiego stylu, w którym zaprojektowano świątynię. Uczynił to Guðjón Samúelsson. Jego projekt realizowano od 1918 do 1929 roku. Nie był to prosty drewniany kościółek, który można było szybko postawić i odprawiać msze nim opadły wióry z desek. Bazylika katedralna Chrystusa Króla przypominała mi połowę osławionej katedry paryskiej Notre-Dame. Wysoka wieża wygląda nieco samotnie, trochę jakby była tylko wstępem do monumentalnej budowli. Na trop, że jednak kościół jest gotowy naprowadził mnie ambit i transept. Pomyślałam, że raczej by ich nie dodawano w neogotyckiej budowli, gdyby jeszcze coś miało być.

Pozbawieni możliwości obejrzenia wnętrza i bez konkretnego planu ruszyliśmy w stronę przeciwną niż centrum. Już po kilku chwilach na widoku pojawił się nowoczesny budynek. Szklane tafle osłaniające ściany odbijały promienie słońca i ciemny kolor wody, tak niezwykle czystej w porcie, że wydało mi się to iluzją. Harpa, nowoczesna hala koncertowo-konferencyjna, wyrasta w strefie nabrzeżnej i przypomina trochę bryłę lodu wyrzuconą na brzeg jeziora Jökulsárlón. Postanowiono postawić ją właśnie tu, trochę na uboczu, ponoć w celu rewitalizacji strefy nadbrzeżnej. Władze Reykjaviku zamarzyły sobie tchnięcie nowego życia w obszar portowy i nadanie tej dzielnicy prestiżowego charakteru. W parze z Harpą miała iść ulica handlowa, hotel i przestronny plac. Dla mnie tym co ożywiało tę dzielnicę był właśnie port. Przechadzając się między kutrami nie dostrzegłam co prawda zbyt wielu ludzi, ale kolorowe burty łodzi i barwne budki na brzegu miały w sobie wiele uroku. Zestawienie tych dwóch światów – nowoczesnej sztuki z tradycyjnym rybołówstwem – miało w sobie nawet pewną atrakcyjność, ale w mojej subiektywnej ocenie te dwa światy dzieliła zbyt wielka przepaść i może lepiej by im było osobno. Oddajmy to co morskie morzu, a to co wzniosłe sztuce.

2018-08-12 12.05.31 2-min
Jeden z moich ulubionych budynek na świecie i jedna z nielicznych rzeczy, które zauroczyły mnie w Reykjaviku

Reykjavik nie zachwycił mnie. Może nie dałam mu szansy. Byliśmy tu zaledwie cztery godziny. Jest to prawdopodobnie zbyt mało czasu, żeby lepiej poznać miasto. Można je zobaczyć, zwiedzić, ale nie zagłębiać się w nie. Z drugiej strony jak tu zagłębiać się, gdy w oddali widać Esję. Miejskie góry, jak nazywają masyw Esja, mieszkańcy stolicy, widać niemal z każdego miejsca w Reykjaviku. Wysuwa się ku górze na 914 metrów w najwyższym miejscu. Nie był i to nasz cel, ale wiódł na pokuszenie. Patrząc na ośnieżone jeszcze szczyty coraz bardziej chciałam wsiąść do auta i zobaczyć tę prawdziwą, tę osławioną przyrodę Islandii. Spod Harpy udaliśmy się więc do wypożyczonego Hyundaia I ruszyliśmy w kierunku północy.

Ale! Islandia to nie jest przecież tylko stolica. O tym co można zobaczyć, gdy Reykjavik znika z horyzontu przeczytacie TU,  a o innych atrakcjach wyspy na kolejnych postach na blogu o Północy, Wschodzie, Południu.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Reykjavík: Tam, gdzie wybuchł kryzys finansowy

7 komentarzy

Pozostaw odpowiedź Alexis Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *