Impresje

Ryk miasta – żyć, podróżować, czuć!

Urodziłam się na dwa lata przed upadkiem komunizmu w Polsce w mieście z kominami rafineryjnymi wpisanymi w krajobraz. Spędziłam dzieciństwo w bloku bez windy, więc darłam się pod oknem, żeby mama rzuciła z czwartego piętra pieniądze zawinięte w jednorazówkę. Na chrupki lub oranżadę. Wszystkie dzieciaki się wtedy darły, to i ja się darłam. Bandą chodziło się na mirabelki dwa bloki dalej. Nie po to żeby je zbierać i jeść. Była niepisana zasada, że kto przejdzie z drzewa na drzewo przez cały rząd mirabelek bez dotykania stopą ziemi, ten kozak. Wyniosłam się z miasta do miasta na studia. Przez trzy lata miałam gotyk na dotyk, a potem do jedynego miasta w Polsce, gdzie 11 listopada obchody niepodległościowe są w cieniu imprezy św. Marcina i zgodnie z obyczajem wcinam co roku od 6 lat rogale z białym makiem.

Jestem więc mieszczuchem z urodzenia i z wyboru, trochę organicznie i całkiem na poważnie sentymentalnie. Miasta kocham miłością platoniczną i choć doceniam twórczość natury, to pomimo biologicznej przynależności do świata ssaków czuję się jak ryba w wodzie dopiero w mieście. Być może jest to jakaś anomalia, że będąc zwierzęciem każdą komórką swojego 157-centymetrowego ciała dopiero w środowisku okiełznanym ludzką ręką doświadczam poczucia swobody.

Natura wydaje się bardziej obca niż kultura i cywilizacja pomimo rozbuchanego trendu na bio, organic czy „no gmo”. Prawdopodobnie jako homo urbanus nawykła do udogodnień miasta zginęłabym po tygodniu zostawiona sam na sam z przyrodą po niefortunnym zjedzeniu trującej rośliny lub z głodu- w obawie przed śmiercią w wyniku zjedzenia trującej rośliny.

Naturalnie kulturalnie

A może jednak nie? Może obawa przed ciemnym dzikim lasem w ciemną głuchą noc jest czymś zwyczajnym dla zwierzęcia, jakim w wyniku ewolucji stał się współczesny człowiek. Przez setki lat, próbowaliśmy umościć się wygodnie w tych wszystkich jaskiniach, dżunglach, na stepach i w tajgach małymi kroczkami zastępując tę ciemną i głuchą noc w lesie światłem tysięcy ledowych lamp rozpraszających ciemność w miastach.

miasto1-min

Okazuje się, że nie tylko ja mam obawy przed nieobliczalnością natury. Już samo pochodzenie tego słowa zdradza, jaki stosunek mieli starożytni do otaczającego ich świata przyrody. Łacińskie naturalis oznacza wrodzony, czyli taki, który powstał i istnieje bez ludzkiej ingerencji. Ba! Myślę, że natura niespecjalnie przejęta jest obecnością człowieka, którego traktuje raczej jak niegroźnego pasożyta, pobłażliwie znosząc jego wybryki z pełną świadomością epizodycznego jego wystąpienia w spektaklu zatytułowanym „Historia Ziemi”. Zupełnie inne znaczeniowo brzmienie ma kultura, wywodząca się etymologicznie od łacińskiego zwrotu cultura oznaczającego uprawę, a niosącego za sobą dużo większy ładunek znaczeniowy, bowiem słowo to wiązało się ściśle z człowiekiem i jego aktywnością. W bardzo subiektywnym ujęciu powiedziałabym, że jednym z najznamienitszych wytworów tej człowieczej kultury jest miasto.

Miasta zaczęły powstawać z bardzo błahych pobudek. Głównie ze zwykłej wygody i dla jak najbardziej zrozumiałego poczucia bezpieczeństwa. Siedliska ludzkie tworzyły się w miejscach dobrych pod kątem polowań, z czasem gdy opanowaliśmy sztukę uprawy i hodowli zamieszkiwanie grup ludzi na jednym obszarze na stałe spowszedniało. Myślę, że można zauważyć przyśpieszenie procesów urbanizacyjnych w XIX wieku, co było wywołane rewolucją przemysłową i tym, co za sobą niosła. Trzeba powiedzieć, że było tego nie mało. Maszyny parowe zmieniały oblicze manufaktur, które mogły przyjmować więcej pracowników, rekrutowanych nie rzadko ze wsi, a także przyczyniły się do zmian w środkach transportu. Drugim tak intensywnym momentem w historii, głównie Europy, w zakresie urbanizacji był czas po 1945 roku, na co wpływ musiały mieć zniszczenia wojenne. Ludzie ciągnęli do miast choć te były zniszczone w poszukiwaniu zajęcia i za chlebem. Mimo upływu lat mechanizm pozostaje ten sam. Wiele ludzi ucieka ze wsi i małych miasteczek do miast, żeby móc zdobyć wykształcenie i pracę, a tym samym podnieść swój standard życia. Ciekawe jest też zjawisko odpływu z miast osób, które przenoszą się na wsie lub do małych miejscowości w niedużej odległości od miasta, traktując owo miasto jako środowisko pracy oraz rozrywki.

Miejska zupa

Świat, tak naturalny, jak i okiełznany przez człowieka, tworzą komponenty. Natura opiera się na skałach, roślinach, wodzie, uformowanych w góry, wąwozy, rzeki, morza i lasy. Podobnie jest z miastami. One też składają się z elementów, podobnych bez względu na szerokość i długość geograficzną, na jakiej się znajdują. Nieodłącznym składnikiem miejskiej zupy jest starówka.

miasto4-min

Współczesne miasta nie powstały z dnia na dzień, a ich kształt jest wynikiem ewolucji w strukturze społecznej i urbanistycznej trwającej lata. Dużą szansę na świetlną przyszłość wielomilionowych metropolii miały wczesnośredniowieczne grody królewskie i książęce, choć to absolutnie nie było regułą. Płock, jedno z najważniejszych miast w średniowiecznej Polsce, siedziba biskupów i książąt stracił na znaczeniu, podczas gdy Warszawa, która później zyskała prawa miejskie, jest obecnie stolicą kraju i metropolią z liczbą mieszkańców zbliżającą się do 2 mln.

Na historycznych rynkach, gdzie dawniej rozbijały się targi, gdzie wystawiano pod pręgierzem złoczyńców na pośmiewisko i ku przestrodze dziś koncentruje się serce miasta. Madrycka starówka jest dostojna, rozpięta nieprzyzwoicie rozlegle, bo w Stare Miasto stolicy Hiszpanii wpisałabym i Pałac Królewski i Plaza Mayor. Zupełnie inne oblicze ma starówka Porto pełna wąskich i ciasnych uliczek, wznoszących się w górę, a zarazem otwarta na ocean. Poznańskie Stare Miasto kusi tą perełką renesansową, jaką jest ratusz i szerokim placem, zdecydowanie bardziej urokliwym od jesieni do wiosny, gdy widać jego rozległość ogołoconą z ogródków piwnych. O ile w europejskich miastach nie trudno mi zidentyfikować Stare Miasto, o tyle jako niewyrosła w azjatyckim klimacie mam większe problemy z odnalezieniem tego Starego Miasta w metropoliach Dalekiego Wschodu. Zazwyczaj, w europejskich warunkach, szuka się go w środku miasta, a w Wietnamie w sercu Sajgonu znalazłam wielkie rondo i wielki targ, w Hongkongu zaś dzielnica Central, jednoznacznie wskazująca na centrum obrośnięta była wieżowcami.

Wrażenie, jakie budzi w człowieku pierwszy kontakt z niebosiężnymi drapaczami chmur jest trudne do opisania. Stałam na ulicy w Hongkongu w szpalerze budynków, sięgających kilkudziesięciu metrów i czułam się jak elektron osadzony na powłoce walencyjnej – trochę oddalona od miasta, a zarazem gotowa na wejście z nim w reakcje chemiczne. Centra biznesowe miast wyzwalają we mnie tę dziwną mieszankę emocji, w której gotuje się gotowość na wyzwanie z onieśmieleniem nowoczesnością. Dzielnice biznesowe są bowiem stosunkowo nowym tworem, w porównaniu do długiej tradycji setek lat kształtowania się miejskich starówek. W większości dużych metropolii można bez większych problemów je zidentyfikować. Najbardziej imponująca wydawała mi się ta w Hongkongu, gdzie wielkie banki świata postanowiły usadowić swoje wielkie siedziby. Sydnejskie CBD (Central Bussines District) wydawało mi się nieco bardziej przestronne, luźniej zabudowane, choć i tu pejzaż drapaczy chmur został przemyślany ze wszystkimi tymi niuansami poziomów i kształtów.

Te prestiżowe dzielnice biznesowe powstają często w sąsiedztwie starych części miast, zapewne z uwagi na rewelacyjną lokalizację, a położenie w biznesie ma znaczenie. Przenikanie się tych współczesnych płaszczyzn z warstwą historyczną jest w miastach nieuniknione i częste. Urzekało mnie to w Queen Victoria Building w Sydney, gdzie w zabytkowym obiekcie stworzono nowoczesną przestrzeń wymiany towarowo-pieniężnej.

miasto2-min

Znajduje się tu bowiem centrum handlowe z wystrojem pełnym staromodnego czaru, a zarazem z błyskiem nowoczesności i współczesnego konsumpcjonizmu. Faktem jest, że od początku budynek ten miał służyć do celów handlowych, zastępując dotychczasowe targi – a targi są nieodłącznym elementem żywej tkanki miasta.

Targi kojarzą mi się z tłumem, wezbraną falą ludzi płynącą strumieniem i wdzierającą się w wąskie targowe alejki raz wartkim, innym razem powolnym nurtem.Uwielbiam hiszpańskie rynki. Mercado San Miguel w centrum Madrytu z wyborną sangrią i różnorodnością tapas daje osobliwą okazję do rozkoszowania się smakiem życia w powolnym tempie mijających minut i godzin przy szemrzącym do późnej nocy towarzystwie. Barceloński Mercat de Sant Josep de la Boqueira przy popularnej promenadzie La Rambla jest miejscem, gdzie skosztować można świeżych ostryg, rozmaitych serów i wędlin oraz soczystych owoców. Owszem ma wymiar towarzyski, ale dalece inny niż madrycki targ.

miasto3-min

Na La Boqueira kupuje się świeże produkty do domowych kuchni a może i składniki na wytrawne potrawy prestiżowych restauracji. Targ ma spożywczy charakter, co nijak ma się do mojego polskiego wyobrażenia o rynku. Na Rynku Jeżyckim w Poznaniu dostać można podczas jednej wizyry soczyste pomidory, góralskie skarpety i bawełniane majtki. Pamiętam wyprawy na targ w wakacje u babci na Podlasiu. Targ rozkładał się w czwartek w centrum miasta, niedaleko rynku. Trzeba było wstawać wcześnie, żeby wyprawa miała w ogóle sens. Na miejscu nie mogłam nasycić oczu tymi wszystkimi przedmiotami wystawianymi na kocach na ziemi lub własnej konstrukcji stołach. Jednym z najcudowniejszych łowów, jakie zapamiętałam z tego targu była lalka.

Jednak najbardziej fascynują mnie targi w krajach azjatyckich, gdzie jeszcze nie zanikł całkiem ich nieco dziki i drapieżny charakter. W wietnamskim Vung Tau doświadczyłam najgorszego smrodu targowego przy straganach ze sztukami mięsa rzuconymi na śliski blat bez kostki lodu. Hongkong zaś stanowił jakby wielką siatkę targów, tworzących zupełnie inną mapę miasta, mapę prowadząca od sprzedawców złotych rybek po handlarzy jadeitową biżuterią.

Z wolna obok targów, a niekiedy zamiast nich wyrastają w przestrzeniach miast wielkie galerie handlowe. Zawsze je odwiedzam, żeby popatrzeć w co ludzie się ubierają, co jedzą, jakich kosmetyków używają, co czytają lub czym się bawią dzieci. Niekiedy galerie handlowe są czymś więcej niż skupiskiem sklepów. Londyński Harrods czy berliński KaDeWe to już ikony tych miast, odwiedzane przez turystów ciekawych i zbytkowego przepychu, i atrakcyjnej architektury. O ile w centrach handlowych można znaleźć coś dla ciała, o tyle w poszukiwaniu pokarmu dla duszy w mieście można udać się do świątyni.

W metropoliach, gdzie znajduje się prawdziwy tygiel kulturowy napotyka się miejsca kultu religijnego różnych wyznań – od imponujących katedr katolickich jak te w Poznaniu, Toledo czy Porto, poprzez świątynie buddyjskie jak te w Sajgonie czy Hongkongu, a kończąc na luterańskich kościołach ja ten w Reykjaviku. Im większe miasta, tym ta różnorodność intensywniejsza, a budowle bardziej imponujące.

miasto5-min

Ducha, a właściwie umysł można nasycić też w miejscach takich jak galerie sztuki czy muzea, a muzealnym królestwem pozostaje dla mnie niezmiennie Londyn. Muzeum Historii Naturalnej w stolicy Anglii chciałam odwiedzić z powodu wielkich szkieletów dinozaurów i są one faktycznie imponujące, choć szczerze to jedna z sal – Central Hall w Life Galleries – zrobiła na mnie większe wrażenie. Kręcono w niej teledyski oraz filmy, a te olbrzymie kamienne schody naprawdę są tak monumentalne jak się wydają na zdjęciach. Londyn jest wręcz obrośnięty muzeami i naprawdę trzeba poświęcić kilka dni na ich choćby pobieżne zwiedzenie. Zachwycające muzea – tak pod kątem zbiorów, jak i architektury budynków – stanowią prawdziwą perłę wielkich miast. Muzea Watykańskie z cudowną Kaplicą Sykstyńską zdobią Rzym, Muzeum Prado jest dumą Madrytu, Muzeum Pergamońskie zaś to punkt obowiązkowy podczas wizyty w Berlinie. Spacery po muzealnych salach pozwalają podróżować w przeszłość w mikro i makro skali. Czasem są to wyprawy do historyczny źródeł miejsca, kraju, czy w głąb niezwykłych nurtów sztuki albo do korzeni nauk.

Jestem mieszczuchem i nim zostanę. Oczywiście nie są mi obojętne uroki natury. Księżycowe krajobrazy Islandii, rajskie plaże Australii, tajemnice lasów w Borach Tucholskich zapadły we mnie głęboko. Jednak po kilku dniach w głuszy, po dniach z dala od cywilizacji słyszę wzywający mnie pomruk. Jeśli raz usłyszysz prawdziwy ryk miasta, będziesz go słyszeć już zawsze nawet za siedmioma górami i siedmioma lasami – może cichszy, może mniej donośny, może tylko pomruk, ale niezmiennie hipnotyzujący i wzywający do powrotu do miasta.

autor: Magdalena Drajkowska

Jeden Komentarz

  • Ewelina

    Fajnie przeczytać o tym za co lubisz miasto., choć lubisz to nie do końca pasujące słowo. Ja dobrze się czuję właśnie na łonie natury, choć teraz spędziłam kilka dni w mieście i było fajnie. Życie tylko na wsi w pewnym momencie nudzi i to jest niezaprzeczalny fakt, jak to, że czasem z miasta trzeba wyjść. Co do tego ostatniego, zrobiłam nawet fajne zdjęcie z 22 piętra- kojarzy mi się z Twoim z Hongkongu, choć jest nieco inne- tylko widać światła samochodów. Może dodam niedługo:D buziaki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *