Relacje,  Ukraina

Sewastopol: starożytne ruiny, wojskowa baza i komunistyczne pomniki

Jechaliśmy marszrutką już tak długo, że powoli przestawałam wierzyć Lenie. Obiecywała pokój w centrum Sewastopola, a od dworca dzieliło nas już chyba ponad pół godziny drogi lokalnym busikiem. A może mniej? Chyba nie spodziewaliśmy się, że miasto będzie tak rozległe. Byliśmy gotowi wysiąść na kolejnym przystanku i szukać dalej noclegu, ewentualnie rozbić namiot gdziekolwiek…nawet w środku blokowisku. Gdy marszrutka się zatrzymała Lena na szczęście wstała, błysnęła w uśmiechu swoim złotym zębem, mówiąc  mniej więcej „Podziemny Pierechod. Zapamiętajcie przystanek”. Kiwnęliśmy głowami i ruszyliśmy w kierunku bloku za starą Ukrainką o obfitym biuście, spoczywającym na wystającym brzuchu. Byliśmy ponad 1600 kilometrów od domu na południowym krańcu Półwyspu Krymskiego, po 40 godzinach jazdy pociągiem.

Wybrzeże w centrum Swastopola
Miejska plaża jest dość…osobliwa

Pamiętam jak dziś…

Minęło 10 lat od tego ciepłego wieczoru, gdy szliśmy za tą postawną kobietą w głąb blokowiska dużego Krymskiego miasta. Pomimo, że upłynęła dekada pamiętam wiele szczegółów, wiele momentów z tego wyjazdu utkwiło mi w pamięci. Szczerze – myślę, że to przez tę wyprawę zakochałam się w podróżach. Byliśmy w następnych latach na wyjazdach organizowanych z biurami turystycznymi, ale tęskniłam do tej adrenaliny, wolności i niezależności jakie daje wyjazd na własną rękę… i to pomimo, że dalej w pamięci miałam i mam nadal bardzo żywy obraz pierwszego wieczoru na Ukrainie. 

Lena prowadziła nas zadowolona, że znalazła chętnych na pokój. Gdy tak kroczyliśmy po ciemku stara kobieta zapytała nas czy umiemy po ukraińsku. My: Niet. A po rosyjsku. My: Niet. Z rozbrajającą szczerością zaśmiała się w głos, mówiąc: To co wy tu robicie? Pomyślałam – cholera faktycznie, co my tu robimy?

Wdrapaliśmy się na jedno z wyższych pięter bloku. Lena otworzyła drzwi do mieszkania i zaprowadziła nas na tył, gdzie gestem dobrej gospodyni otworzyła drzwi. Zabudowany balkon z dwiema pryczami i rozwieszonymi sznurkami na pranie miał być naszym lokum na najbliższe 5 dni. Ku mojemu zaskoczeniu oprowadziła nas po kuchni, pokazując jak działa czajnik elektryczny oraz kran. Było już bardzo późno, więc zanim skorzystaliśmy z tych „dobrodziejstw cywilizacji, poszliśmy coś kupić do zjedzenia, a ja przez całą drogę czułam jak wielka kula rośnie mi w gardle.

Byłam zmęczona po podróży pociągiem, opadła mi adrenalina po poszukiwaniu noclegu, jadłam batona i właśnie wtedy rozryczałam się jak dzieciak. Pamiętam, jak przez łzy powiedziałam do Maćka: Czy my jesteśmy tacy głupi czy odważni? On zachował zimną krew. Przytulił i powiedział, że jeśli następnego dnia dalej będę czuła się tak źle, to wrócimy. Potem zwinęliśmy się w jeden kłębek na jednej pryczy i zasnęliśmy.

Następnego dnia wyspałam się i już to sprawiło, że poczułam się lepiej. Pierwsze co chcieliśmy zrobić i co mogło nas zatrzymać na Ukrainie to zobaczenie morza. Nie mieliśmy bladego pojęcia jak nad nie dotrzeć. Nie mieliśmy Google Maps w telefonie, w Polsce nie mogliśmy nigdzie znaleźć mapy Sewastopola, a ta w przewodniku była w tak dużej skali, że naszej dzielnicy nie obejmowała. Dlatego co jakiś czas stawaliśmy i pytaliśmy: do morya?

W pewnym momencie Maciek zobaczył starszego mężczyznę w marynarskim kapeluszu i z kółkiem dmuchanym. Nie było innej opcji – wiedzieliśmy, że musiał jechać nad morze. Poszliśmy za nim. Wsiedliśmy do marszrutki i jechaliśmy w nieznane, kierując się trochę absurdalny przekonaniem, że starszy facet w granatowym nakryciu głowy doprowadzi nas do wody. O dziwo, w ten sposób po kilkunastu minutach znaleźliśmy się nad Morzem Czarnym, pierwszym w naszym życiu ciepłym morzem.

Gdy zanurzyłam stopy w wodzie, choć plaża była kamienista z wybetonowanymi falochronami, już wiedziałam, że nie chcę wracać i ucieszyłam się na samą myśl, że przed nami prawie trzy tygodnie niesamowitej przygody.

Osobliwy klimat centrum miasta

Gdy już sama przed sobą z lekkim zażenowaniem przyznałam, że pierwszy wieczór był dość…hmmm.. rzewny, postanowiłam, że drugi i każdy kolejny już na pewno takie nie będą. Mieliśmy wrzucić na luz i pozwolić miastu, żeby się przed nami odkryło. Sprawę zdecydowanie ułatwiły nam marszrutki. Wsiadając do busika o tym samym numerze jednego dnia już następnego, ba! nawet po południu tego samego dnia jechaliśmy inną trasą niż rano, więc siłą rzeczy trafiliśmy w zupełnie różne miejsca. W jednym ze sklepów zaopatrzyliśmy się w mapę, która już wówczas miała chyba z 10 lat i była wyblakła, ale innej nie znaleźliśmy, więc musieliśmy cieszyć się z tej. Dzięki niej mieliśmy jakikolwiek pogląd na topografię i układ miasta oraz szybko zorientowaliśmy się, gdzie jest centrum.

Miasto leży nad zatoką i do lat 80-tych XVIII wieku nie było tu praktycznie żadnej zabudowy. Dopiero plany carycy Katarzyny II, która zapragnęła właśnie w tym miejscu ulokować port Floty Czarnomorskiej, doprowadziły do budowy miasta, a kolejne dekady i stulecia systematycznie przyczyniały się do rozbudowy metropolii. Życzenie carycy się spełniło, a podczas naszego pobytu w Sewastopolu mogliśmy podejrzeć, co prawda z pewnej odległości, okręty należące do Floty Czarnomorskiej (także wynurzony, ogromny okręt podwodny!).

W porcie w Sewastopolu stacjonuje Flota Czarnomorska
Widok na port
Ogromna liczba statków świadczy o dużej wadze portu

Port podglądaliśmy z niewielkiego punktu widokowego lekko wysuniętego w kierunku wody, do którego bardzo łatwo dotrzeć z Placu Nachimowa, jednego z najbardziej charakterystycznych punktów miasta, wokół którego koncentruje się większość atrakcji turystycznych. Na środku placu zastaliśmy pomnik, który przedstawia admirała floty rosyjskiej Nachimowa i zwycięzcę bitwy pod Sinope. W pobliżu znajduje się także inny pomnik  – Obrońców Sewastopola z II wojny.

Muszę przyznać, że duża liczba pomników jest tym, co szczególnie zapadło mi w pamięć z tego kilkudniowego pobytu w Sewastopolu. Wystarczyło przejść przez leżący obok Placu Nachimowa park , żeby dojść do Bulwaru Korniłowa – właśnie z tego miejsca podziwialiśmy widok na miasto i wodę. Spacerując po bulwarze minęliśmy Przystań Grafską. Nazwa wywodzi się od tytułu hrabiego Wojnowicza, kontradmirała Floty Czarnomorskiej w 1840 roku. W ciepłym popołudniowy słońcu patrzyliśmy na fale miękko ukladające się na wodzie. 

Delektując się pogodą i okolicznościami doświadczania  nowego miejsca stawialiśmy kroki niespiesznie, aż dotarliśmy do pomnika Zatopionych Okrętów. Znajduje się  na małej wysepce kilka metrów od nabrzeża. Zapadł mi szczególnie w pamięć, bo odniosłam wrażenie, że idealnie oddaje to, czemu został poświęcony, a ustawiono go w 1905 roku z okazji 50-tej rocznicy obrony Sewastopola. Samotna, wysoka kolumna z orłem na szczycie wydała mi się pięknym symbolem poświęcenia statków, które zostały zatopione u wybrzeży miasta, ponieważ chciały zagrodzić wejście do portu. Idąc dalej dotarliśmy do zatoki Artyleryjskiej, skąd ruszyliśmy dalej w głąb miasta. Nie pamiętam już dokładnie uliczek, którymi meandrowaliśmy chłonąc osobliwy urok miasta, ale dotarliśmy do parku, w którego centralnym punkcie stała wielka statua Lenina, będąca śladem po niedalekiej przeszłości komunistycznej Ukrainy.

Starożytne obrzeża miasta

Między VIII a V wiekiem p.n.e wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego powstawało wiele kolonii greckich o charakterze handlowym. Jedną z nich był Cherzones, którego założenie datuje się na lata 422-421 p.n.e. W III w p.n.e właśnie ta jednostka państwowa – Republika Chersoneska – była największym państwem niewolniczym regionu, a już w kolejnym stuleciu została wchłonięta przez sąsiadujące Królestwo Bosporańskie. Pozostałości starożytnej cywilizacji można jeszcze zobaczyć na terenie Rezerwatu Historyczno-Archeologicznego. 

Dojechaliśmy trolejbusem, który na Krymie jest bardzo popularnym środkiem transportu, a gdy tylko przekroczyliśmy z biletami w rękach próg rezerwatu i wyjęliśmy aparat, zobaczyliśmy to, czego nikt nie chce zobaczyć w takiej sytuacji. Brak baterii. Zostały w ładowarce – dzięki temu nie mamy ani jednego zdjęcia z tego dnia, ponieważ cały spędziliśmy właśnie na Chersonesie. Musicie, więc uwierzyć mi na słowo, że ruiny nie były imponujące. Zachowały się ślady dawnych założeń urbanistycznych oraz pozostałości niektórych budowli np. teatru, cytadeli, mennicy. Pamiętam jednak,  że bardziej zastanowiła mnie wielkość tego miejsca, ponieważ teren wygrodzony, który obejmował obszar antycznego miasta, był naprawdę duży. 

W strefie archeologicznej można skorzystać z dwóch kamienistych plaż. Absolutnie nie były to małe wkurzające kamyki, po których nie da się przejść gołą stopą. Plażę tworzyły  potężne głazy, na których spotkaliśmy kilka osób leżących na słońcu. Zdecydowana większość plaży pozostawała w cieniu, co początkowo wydawało nam się wyjątkowo przyjemną odskocznią od gorącego powietrza. Wiatr od wody i chłodny zimny głaz, na który rzuciliśmy ręczniki sprawił, że porządnie zmarzłam po wyjściu z wody. Sama kąpiel w morzu, choć bardzo przyjemna wymagała odrobiny skupienia na wejściu i wyjściu, ponieważ trzeba było z gracją ześlizgnąć się i wpełznąć potem na głaz. Ciekawostką była ogromna ilość krabów, które para chłopaków tuż obok nas łapała łatwością do tego stopnia, że obawiałam się, że gdy tylko wsadzę nogę do wody, to na palcach u stopy wyciągnę przynajmniej 5 krabów. Nic takiego się nie wydarzyło, a podjęte przez Maćka próby polowania dowiodły, że to trudniejsze niż się wydaje.

Opuściliśmy miasto po czterech dniach, by ruszyć w dalszą podróż do Ałuszty i Bakczysaraju Sewastopol okazał się on osobliwym miastem, gdzie starożytne ruiny wygrzewają się w słońcu w przedziwnej symbiozie z militarną przeszłością i pamiątkami komunizmu. Miasto zaskoczyło nas nie tylko swoją rozległością, ogromną liczbą pomników oraz militarnym anturażem, ale też osobliwą swobodą. Dostrzegałam ją w bliżej nieokreślonym rozkładzie jazdy marszrutek bez wiadomej godziny odjazdu. Zawsze też trzeba było wejść i krzyknąć do kierowcy nazwę przystanku, bo można było odnieść wrażenie, że przebieg trasy był planowany na bieżąco. Ta osobliwa swoboda panowała też na targach, gdzie obok soczystych owoców zawieszone na hakach wisiały porcje mięsa z kawałkami futra, a zaledwie stragan dalej kupić można było spódnicę z taką ilością falban, że przypominała stój do flamenco.  Sewastopol wspominam z ogromnym sentymentem i zastanawiam się z pewnym smutkiem, jak miasto wygląda teraz w rosyjskim państwie.

2 komentarze

  • Ewelina

    Wreszcie udało mi się przeczytać! Moja ulubiona część wpisu „jak rano będzie tak źle to wracamy” i „śledzenie chlopa z kółkiem do morza” i „jak wsadzę nogę do morza to wyciągnę pięć krabów”. Buźka!

    • Magdalena

      Cieszę się, że Ci się spodobały te fragmenty. Na początku, jeszcze tacy nieopierzeni, to byliśmy w ogóle nieprzygotowani do podróży, choć i teraz często idziemy na żywioł i… zmieniamy plany w trakcie 🙂 Buźka!

Pozostaw odpowiedź Ewelina Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *