Polska,  Relacje

Sopot: Czas zmierzwiony nad Bałtykiem

Wiatr przerzuca jedno ziarenko po drugim z prawej na lewą. Obok mojej stopy usypała się już całkiem spora górka, która z takim mozołem uformowana po chwili rozdmuchana została przez jeden mocniejszy podmuch. I nikt tego nie zauważył. Nie dlatego, że zajęci byli wszyscy wcieraniem olejków ochronnych w nagie ciała. Nie dlatego nawet, że parawany przesłoniły plażę tworząc swojskie i na pewien sposób urzekające targowisko próżności. Nikt nie dostrzegł dramatu malutkiej wydmy na Bałtyckim Wybrzeżu, ponieważ nikogo oprócz nas nie było. W październikowy wieczór byliśmy nielicznymi spacerowiczami. W oddali majaczyła jakaś zbliżająca się do nas para. Wybrzeże jesienią cichnie, pustoszeje, a sopockie plaże nabierają wdzięku tajemniczych famme fatale.

Senny klimat Sopotu

Nie śpieszymy się. Od plaży dzieli nas około sto metrów. Powoli jemy śniadanie. Maciek pije herbatę. Cytrynową. Gorzką. Ja godzę się na dość podłą kawę. Z saszetki. 3w1. Dramat antyczny. Iść do kawiarni i wypić dobrą, jak Pan Bóg przekazał? Ale minie ta chwila poranku, moja ulubiona, gdy czas rozciąga się w leniwych minutach, dając złudzenie nieskończoności trwania. Czy zostać i korzystać z koła awaryjnego – wyciśniętego w boczną kieszeń plecaka. W zamian otrzymać miałam tysiące sekund w piżamie, rozciągnięta na puszystej kołdrze, z przyklejonymi promieniami słońca do twarzy. Nieśmiałymi. O jesiennej temperaturze. Zostaję w łóżku. Kawę można wypić zawsze. A takie chwile ulatują.

SONY DSC

Gdy wyrzucam spod powiek ostatnie ziarenka snu, decydujemy się ruszyć na plażę. Spacer brzegiem morza jest najbardziej banalną z atrakcji Sopotu, a zarazem najcudowniejszą. W atmosferze późnego ranka, obijającego się już o południe, powolne pokonywanie piaskowych metrów sprawia przyjemność. Chwila minęła i z grząskiego gruntu wkroczyłam na deski molo. Tego molo. Molo będącego kwintesencją wszystkich polskich mol. Krocząc po głównym trapie widzę fale uderzające o dolne podesty. Charakterystyczny kształt tej konstrukcji stał się wizytówką sopocką. Białe drewniane barierki i lekko zagięte latarnie są dopełnieniem całości niczym delikatne perły założone do wdzięcznej koktajlowe j sukni.

Przy molo wnosi się imponujący Sofitel Grand Hotel. Utrzymany w starym, dobrym stylu hoteli z przepychem, przypomina bardziej wytworny pałac niż ogólnodostępny obiekt turystyczny. No może nie tak ogólnodostępny. Wysokie ceny jakoś jeszcze nie „skusiły” mnie do odwiedzin. Nie można mu jednak odmówić uroku, który dla wielu jest wystarczającą zachętą. Cudownie symetryczna bryła z charakterystyczną kopułą w środkowej części hipnotyzuje wręcz, a jasna elewacja kontrastuje z czerwonym dachem na mój ulubiony sposób.

Moja sopocka aktywność obejmowała jeszcze spacery głównym deptakiem, przerywane nieśpiesznymi dygresjami w boczne alejki. Kojący szum morza, garstka turystów i październikowy święty spokój sprawiały, że w Sopocie chciało mi się nie-chcieć. Mierząc czas minutami lenistwa rozkoszowałam się perfekcyjną nicością. Nie oznacza to leżenia do góry brzuchem przez pięć dni. W pobliżu przecież Gdynia, przecież Gdańsk, przecież cały Półwysep Helski. Na romantyczne tête-à-tête z Sopotem pozwalałam więc sobie rankami i późnymi wieczorami.

Efektowne akwarium Gdyni

Z całej Trójmiejskiej aglomeracji to właśnie Gdynia wydaje się najmniej atrakcyjna. Kojarzy się z robotniczą zabudową i to właściwie na tyle. Przyznam, że nie zagłębiłam się na tyle w jej zakamarki, by odkryć prawdziwe oblicze miasta, ale na pewno bym nie nazwała Gdyni nudną. Poleciłabym zdecydowanie wybrać się na nabrzeże. Ja zaczęłam odkrywanie od tego co uwielbiam, od jedzenia. Maciek skusił mnie do wizyty w restauracji tuż przy plaży. Będąc wcześniej w Gdyni właśnie tu jadł pyszne sardynki smażone i koniecznie chciał żebym ja też spróbowała. Nie mylił się. Były wyborne. Idealnie chrupiące. Jednak prawdziwą przyjemnością był zaserwowany potem halibut. Zrozumiałam znaczenie połączenia świeżości i minimalizmu. Świeża ryba przyprawiona solą i pieprzem z kilkoma kroplami cytryny przysmażona w punkt była samą przyjemnością. Mięso po prostu idealnie odchodziło od ości i skóry. Wprawiona w dobry nastrój dobrą kuchnią ruszyłam obejrzeć Akwarium Gdyńskie.

SONY DSC

Budynek budzi sprzeczne emocje. Nie wydaje się na tyle duży, by wystawa mogła zaskoczyć lub zaimponować. Jednak z drugiej strony byłam nad morzem, a to chyba najlepsze miejsce, żeby odwiedzić akwarium. Wnętrze było dużo przestronniejsze niż wydawało się to z zewnątrz. Na trzech piętrach udało się zmieścić kilkanaście setek mieszkańców podwodnego świata. Zmienność fauny i flory w kolejnych zbiornikach naprawdę była fantastyczną podróżą przez kraje i kontynenty. Sceptycy zarzucą może mało spektakularną oprawę,   maruderzy powiedzą, że za mało. Ja stanę gdzieś między nimi i bez złośliwości powiem, że owszem zapachniało malizną, ale tylko dlatego, że się naprawdę wciągnęłam.

SONY DSC

Na nabrzeżu na wygłodniałych atrakcji doznań czekają dwa okręty muzea. Znany chyba wszystkim Polakom Dar Pomorza. Imponujący trójmasztowiec od zawsze był wykorzystany do szkolenia. W drugim muzeum na wodzie jest ORP Błyskawica. Pomimo, iż byłam już kilka razy w Gdyni, nigdy nie czułam potrzeby zwiedzenia jednego z nich. Zdecydowanie bardziej pociąga mnie majestatyczny żaglowiec. Przyznam, że fregata wydaje mi się dużo ciekawsza z zewnątrz niż w środku. Dlatego napawałam się jej pięknem z oddali.

Gwarna starówka Gdańska

Przejście pod Złotą Bramą na ulicę Długą w Gdańsku jest jak przejście przez portal do innego wymiaru. Naprawdę odniosłam wrażenie, że tłum zrobił się gęstszy, a do ochów i achów w języku polskim dołączył gwar rozmów prowadzonych po niemiecku oraz w innych językach pochodzenia germańskiego. W rozedrganym i rozgadanym morzu ludzi przemieszczaliśmy się powoli ulicą Długą, reprezentacyjną dla Gdańska, przebiegającą przez centrum, a konkretnie przez Główne Miasto. Patrząc na kunsztownie odrestaurowane kamienice bez trudu wyobrażałam sobie zamożnych kupców i mieszczańskie bogate rody tu żyjące. Dom Ferberów, Schumannów, Uphagena, Czirenbergów, czy Lwi Zamek doskonale podkreślają rangę tej ulicy w dawnym życiu całego miasta.

SONY DSC

Bez pośpiechu doszliśmy do Długiego Targu, dawnego miejsca straceń. Tu pozbawiani byli życia heretycy, czarownice oraz złoczyńcy, ale tylko jeśli byli prawowitym mieszkańcami Gdańska bądź członkami możnych rodów. Przyznam, że marny to przywilej. Zwłaszcza, gdy obok w najlepsze trwał handel. Długi Targ, jak sama nazwa wskazuje był miejscem handlowym, znanym głównie ze sprzedaży mięsa, w szczególności prosiąt. Dziś przechadzając się tędy turyści, znaczą swoją obecność w czasie miarowymi lub bardzo pośpiesznymi krokami.

Błąkając się bezwiednie po ulicach i uliczkach Starego Miasta w Gdańsku nie sposób przejść obojętnie obok Bazyliki Mariackiej. Jej postawna, ceglana sylwetka kusi. Nie wejść to jak zostawić pod skórą zadrę, małą, kłującą, nie dającą spokoju. Weszliśmy do wnętrza. Było jasne. Brak zdobień potęgował jeszcze wrażenie ogromnej przestrzeni. Uwagę z miejsca przyciągają duże organy i ogromny zegar astronomiczny. Jednak najbardziej pociągała mnie wieża. Uwielbiam panoramy, o czym pisałam już w innym poście. Właśnie dlatego szybko zdecydowałam się ruszyć po 412 schodach na górę 82-metrowej wieży. Na końcu czekała nas zasłużona nagroda w postaci widoku miasta z perspektywy lotu ptaka.

SONY DSC

Zostawiliśmy za sobą gwarą starówkę, pełną podekscytowanych głosów, głośnych rozmów i brzęku sztućców i szkła wznoszonego ni to w toastach, ni to półgębkiem, nieco wstydząc się za rejwach wywołany przez współtowarzyszy.

 

Cisza na Helu

Kontrastem dla hałaśliwego centrum Gdańska był spokój Półwyspu Helskiego. Po prostu jechaliśmy. Nie zatrzymywaliśmy się w każdej miejscowości, tylko dokładnie tam, gdzie naszła nas ochota. We Władysławowie pokręciliśmy się trochę po porcie. Jest to ponoć jeden z najważniejszych portów rybackich w Polsce. Faktycznie można tu zobaczyć pełno kutrów rybackich, które tworzą kolorową mozaikę na tafli wody. W sezonie można natknąć się tu ponoć nie tylko na rybaków. Port ma też keję przystosowaną do jachtów turystycznych. Być może część z właścicieli tu cumuje swoje żaglówki lub motorówki na czas zimy, ponieważ widzieliśmy sporo sennie kołyszących się jachtów na wodzie.

SONY DSC

Poza portem Władysławowo nie wyróżnia się niczym szczególnym. Otwarte w szczycie lata stragany, poza sezonem są zamknięte. Jeśli więc przychodzi ochota na rybę to najlepiej i tak udać się do lokalu przy porcie. Zdecydowanie ciekawiej prezentowały się plaże na Helu. Akurat nie ta we Władysławowie. Plaża na Helu, na samym końcu półwyspu, jest malownicza. Trafiliśmy na świetny moment. Ciemne, burzliwe chmury powoli znikały, zastępowane przez czyste, niebieskie niebo. Jednak kontrast między jasnym piachem, a granatowym kłębami przypominał oryginalne płótna z okresu malarstwa romantycznego. No nic tylko robić zdjęcia albo malować olejne obrazy. Kontrast jasnego piachu i pochmurnego nieba przełamują zielone kępy traw wyrastające na granicy plaży i lasu. Można zdecydować się na klasyczny spacer wzdłuż brzegu, co wybraliśmy my, mając świadomość pełnych piachu skarpetek, lub wybrać wygodne drewniane pomosty, co dla osób z wózkiem dziecięcym oraz niepełnosprawnych jest udogodnieniem.

SONY DSC

Ale! Spacerować nie da się w nieskończoność. Choć nogi rwały do przodu brzuch wołał błagalnie o wypełnienie. Przypadkiem zupełnie, poszukując jakiś smakowitości zabrnęliśmy w portowe alejki. Miasto posiada bowiem własny port, jednak nie tak znaczący jak Władysławowo. Między portem a miastem w jednej z alei trafiliśmy na wystawę zdjęć. Pomysł oryginalny i z pewnością umilający tę nieciekawą, betonową drogę. Hel posiada także własne fokarium, latarkę morską oraz muzeum rybołówstwa, które zwiedziłam jeszcze za nastoletnich czasów i nieszczególnie miałam ochotę na powtórkę. Wobec czego zabraliśmy się w drogę powrotną, przystając obowiązkowo w Juracie. Dlaczego warto odwiedzić Juratę?

Przez całą drogę nad morze mówiłam Maćkowi, że musimy wybrać się na Hel i musimy zobaczyć plażę w Juracie. Ma najbielszy i najdrobniejszy piach jaki kiedykolwiek w życiu widziałam. Po dojechaniu wyskoczyłam z auta jak kuna i popędzałam Maćka. – No chodź! Mówię Ci to jest plaża z najładniejszym piaskiem w całej Polsce, ba! a może i na świecie – wreszcie drzewa przerzedziły się i było widać…dosłownie nic. – No – słyszałam już szyderę drgającą w głosie Maćka za moimi plecami – faktycznie najpiękniejszy ten piach. Oboje wybuchęliśmy śmiechem. Praktycznie równo z linią trawy zaczynała się linia wody. Zero, nic, null piasku. Piach faktycznie był ładny, ale że aż tak się spodobał, że nawet ziarnko na ziarnku nie zostało? Jedynym słusznym wyjściem było przedostanie się na drugą stronę przylądka. Bingo! – Okej – usłyszałam tonem aprobaty – Miałaś rację. Piach jest biały.

SONY DSC

Miałka konsystencja ustępowała natychmiast po rękami, a osypując się zostawiła delikatną mgiełkę na dłoni. Delikatnością i kolorem piach Juraty bardziej przypomina mąkę tortową niż grubych, surowy piach plażowy. Przemierzaliśmy krok za krokiem brzeg tak po prostu bez pośpiechu przy rozmowie przebijającej się przez uderzenia fal. Jesienny nadmorski klimat pustych plaż jest pełen spokoju. Nie ma też nic przyjemniejszego niż chwile relaksu w popołudnie październikowe. Czas zmierzwiony wiatrem nad Bałtykiem celebrowałam przy delikatnej kawie z mleczną pianką.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Facebooku w albumie Sopot: czas zmierzwiony nad Bałtykiem

0 Komentarzy

Pozostaw odpowiedź Asia Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *