Grecja,  Relacje

Sounion: Kameralna zatoczka w cieniu popularnej świątyni

Siedząc na wzniesieniu spoglądał w dół. Jego oczy zdradzały, że przeszedł więcej niż inni. Odgarnął stopą kamyki w idealnie białym kolorze. Jeden potoczył się w dół aż wreszcie spadł z klifu ginąc w lazurowych wodach Morza Egejskiego. Z wysokości ponad 60 metrów mężczyzna nie mógł dostrzec dramatu małego kamyka, nawet cichy plusk wody nie dotarł do jego uszu, które delikatnie owiewał gorący letni wiatr. Stojąc na klifie na Przylądku Sounion spoglądał w dal wypatrując białych żagli na horyzoncie. Nie dostrzegł jednak niczego, choć przychodził od tygodni wypatrując powrotu syna. Nagle pojawiły się. Z początku maleńkie punkciki, z każdym pokonany węzłem zdawały się w cudowny sposób rosnąć. Serce starca napełnione nadzieją w jednej chwili rozsypało się na tysiące kawałków, gdy ujrzał czarną jak sama śmierć barwę żagli. W rozpaczy, wiedziony żalem tak nieprzebranym jak wody Morza Egejskiego rzucił się w otchłań. Kamienie tuż przy słupach Świątyni Posejdona zdawały się nie zwracać uwagi na dramat małego człowieka. Czymże był dla nich jeśli li tylko chwilą w obliczu ich trwania od setek, tysięcy lat w jednym, tym samym miejscu.

Tak wyobrażam sobie narodziny legendy o śmierci króla Aigeusa, wyczekującego powrotu syna z upiornej misji. Ujrzawszy czarne żagle – oznaczające niepowodzenie misji i śmierć syna – król rzucił się z klifu Przylądka Sounion. Tragiczna konsekwencja jak na roztrzepanie syna, który w euforii zwycięstwa nie zmienił żagli na białe.  Nie mógł dostrzec dramatu swego ojca, który w chwili największego jego triumfu rzucił się z klifu. Patrząc z wysokości, być może z tego samego miejsca, gdzie Aigeus doświadczył dramatu, ja napawałam się pięknem krajobrazu.

W drodze na Przylądek

Trasa już za Atenami zdradza, że cel wart jest przejechania tych ponad 70 kilometrów. Mieliśmy szczęście, bo Iza – u której się zatrzymaliśmy w Atenach – akurat też chciała się tam wybrać. Umówiliśmy się po południu. Zabrał się z nami też Robert, inny lokator, doświadczający w każdym dniu swojego życia kaprysów losu, dzięki opowieściom o swoich niezwykłych przypadkach nawet nie obejrzeliśmy się jak minęła podróż. Jednak najpierw zapakowaliśmy się we fiata i w tempie żółwia, przemierzaliśmy ulice greckiej stolicy. Zatrzymaliśmy się na chwilę przed bramą uniwersytetu, gdzie można kupić nielegalne papierosy od Pakistańczyków i nikt nie ingeruje. Teren uniwersytetu jest nietykalny dla władz greckich. To szczególnie wrażliwa kwestia po strajkach studenckich, jakie wybuchły w 1973 roku. Młodzi ludzie wyrazić chcieli w ten sposób swój sprzeciw wobec rządów junty czarnych pułkowników. Odpowiedzią było krwawe i bestialskie stłumienie wystąpień z użyciem czołgów. Ponoć w obecnej konstytucji greckiej widnieje zapis o niezależności uniwersytetu od rządu, a konkretnie o niemożliwości wejścia na teren uniwersytetu służb mundurowych. Sprytnie wykorzystują to pokątni sprzedawcy tanich fajek. Co na to uniwersytet? Nie mam pojęcia. Jednak ten nadgniły obraz powagi uniwersytetu przesłonił mi tak chwalebną tradycję dawnych szkół filozoficznych, które rodziły się właśnie tu, w Atenach.

 
DSC_4668
 

Fiat ruszył dalej. Minęliśmy Plac Omonia. Miejsce na pierwszy rzut oka dość miłe. Ma w sobie namiastkę wzniosłości, którą niestety przyćmiewa fatalna od kilkunastu lat sława. Pierwotnie miał być to główny plac miasta, strefa reprezentacyjna po przekształceniu Aten w nową stolicę właśnie powstałej Republiki Greckiej. Stał się też szybko głównym węzłem komunikacyjnym. Ba! Jako jeden z pierwszych otrzymał komunikację szynową. Napowstawało tu hoteli. Jednak przyszedł krach i szybko dzielnica pretendująca do największej chluby miasta stała się jego największą bolączką. Jak cienie snują się tu narkomani. Widzieliśmy nie raz jak wstrzykują sobie w żyłkę igły, gdy my pełni werwy i optymizmu ruszyliśmy zwiedzać zabytki starożytnego miasta. Mieszkaliśmy dzielnicę dalej, jednak najprostsza droga do centrum wiodła przez Omonię. Przyznaję, że te cienie, zaledwie zniszczeni ludzie, budziły jednak po zmroku, gdzieś mój wewnętrzny niepokój, który podsycali sprzedawcy z przypadku, handlujący towarem spod bluzy, nagabujący syczącym szeptem sssomething… ssssomething..

Odetchnęliśmy, gdy tylko minęliśmy tłoczne centrum miasta i fiat pomknął w kierunku wciśniętego w morze przylądka Sounion. Prawdziwy wiatr w żagle złapaliśmy jednak za Vari, gdzie droga zaczęła dostarczać prawdziwej rozkosz dla oczu. Biegnie gładko wzdłuż linii brzegowej, pozwalając cieszyć się prawdziwie pięknymi widokami.

Na kameralnej plaży

Na przylądek dotarliśmy po 14, co oznaczało jakieś pięć godzin do zachodu słońca. Mimo iż jestem historykiem, a starożytność jest naprawdę fascynująca to jednak nie wyobrażałam sobie, by cały ten czas do zachodu słońca spędzić oglądając ruiny na klifie. Oceniając surowym okiem uznałam, że dwie godziny możemy poświęcić na beztroską kąpiel w morzu. Zeszliśmy z parkingu na wzniesieniu i przedzierając się przez niskie, ostre krzaki dotarliśmy do malowniczej, kameralnej zatoczki. Wydawała się po tysiąckroć ciekawsza niż długa, piaszczysta plaża zastawiona parasolami. Nie mam nic do piaszczystych plaż, jednak w tak kamienistych rejonach jak Grecja niosą ze sobą niemal zawsze większe czy mniejsze tłumy, bo tu piasek, w przeciwieństwie do naszego poczciwego Wybrzeża Bałtyku, to rarytas. Kamieniste, ba! skaliste wręcz plaże w Grecji to standard, dla mnie będący prawdziwym odkryciem.

 
DSC_5632
 

Właśnie ta mała, kostropata plaża przy Sounion była miejscem niemal nierealnym. Krystalicznie czysta woda nabierała z zupełnie nieznanych mi powodów odcieni turkusu. Kusiła obietnicą delikatnej ochłody. Z jednej strony nie mogłam się doczekać aż zanurzę stopę i oddam się rozkosznej kąpieli, z drugiej patrząc z niewielkiego dystansu pragnęłam, aby ta chwila nigdy nie minęła i trwała jak najdłużej. Nie chciałam zburzyć impertynenckim wtargnięciem do wody tego idealnego pejzażu.

 
DSC_5645-a
 

Zwyciężyło hedonistyczne pragnienie i ruszyłam przed siebie, ostrożnie krok za krokiem po śliskich skałach znalazłam się wreszcie w tych bajecznych wodach. Przyjemność czerpałam z tego ogromną i na dobre dwie godziny zapomniałam o świecie. Delektowałam się w pełni tym, co tu i teraz, chłonąc ciepło promieni słonecznych i burząc spokojną taflę wody. Gdy do zachodu słońca zostało około trzy godziny ruszyliśmy na wzniesienie, gdzie znajdują się ruiny kompleksu świątyni Posejdona.

 

Przez próg z bogiem mórz i oceanów

Charakterystyczne kolumny świątyni Posejdona są właściwie wizytówką Sounion. Absolutnie nie dziwi mnie, że właśnie tu postanowiono wybudować miejsce kultu dla boga mórz i oceanów. Stąd doskonale widać ich piękno i potęgę. Spoglądając z wysokości skalistego klifu podziwiałam morze w całej okazałości. Widok naprawdę zapierał dech w piersiach, a taki efekt jest przecież wskazany w świątyniach. Czyż katolickie lub prawosławne kościoły nie miały wprawiać w zachwyt? Człowiek przestępując ich próg miał czuć się, jakby przystąpił próg przedsionka zaświatów, jakby opuścił ziemski padół. Do tego samego celu posłużyła lokalizacja świątyni Posejdona na przylądka Sounion. Miała być elementem całego misterium wiary. Miała onieśmielać, zachwycać i przypominać o boskiej potędze i sile mórz.

 
DSC_5755
 

Świątynia Posejdona stoi nas przylądku od V wieku p.n.e., choć ślady kultu boga mórz i oceanów pochodzą z jeszcze wcześniejszego okresu. Dziś można podziwiać jej ruiny, które zachowały się w doskonałym stanie, jeśli porównamy je np. z agorą w Atenach, gdzie spustoszenia są straszne. Kolumny w porządku doryckim są podniszczone i w wielu miejscach poryte lub skruszałe, ale doskonale oddają ducha starożytnej epoki, gdzie kunszt i doniosłość architektury wyrażały się w prostych, lekkich a zarazem monumentalnych dziełach.

 
DSC_5777
 

Sounion to nie tylko świątynia Posejdona. Był to również punkt forteczny, wyznaczony w tym miejscu z uwagi na skalisty, trudno dostępny brzeg, ale przede wszystkim z powodu pobliskich kopalń srebra w Lawrionie. Na całym tym terenie wyznaczone są spacerowe szlaki. Prowadzą między zniszczonymi lub zburzonymi obiektami, a z tych ruin, a właściwie z tabliczek obok nich można odczytać ciekawe historie tego miejsca, a sam spacer jest nadzwyczaj przyjemny. Zwłaszcza przy linii brzegowej.

 

Najpiękniejszy zachód słońca w Grecji?

Nie bez powodu świątynia Posejdona na Sounion jest otwarta do zachodu słońca. Idealnie nadaje się do tego by podziwiać ten magiczny moment. Wysoki klif przylądka pozwala obserwować wodę rozciągającą się aż po horyzont. My wybraliśmy na obserwację słońca występ skalny na wzniesieniu obok wzgórza ze świątynią Posejdona. Dzięki temu charakterystyczne kolumny fantastycznie były widoczne na tle nieba i wody. W dole widzieliśmy też kilka jachtów, które wpłynęły, żeby podziwiać wieczorny spektakl świateł. Gdy słońce było nad linią horyzontu na wysokości jednego palca, a niebo zaczynało nabierać ciepłych barw czerwieni i pomarańczu, musieliśmy się zbierać. Niedosyt? Początkowo ogromny!

 
SONY DSC
 

Dlatego warto przyjechać tu swoim lub wynajętym autem. Nas podrzuciła Iza z Robertem, jednakże nie byli na wakacjach i w Grecji prowadzą normalne życie, dzień za dniem, musieli wyjechać wcześniej. Dlatego w drodze powrotnej skazani byliśmy na trzymanie się sztywnych godzin komunikacji.

Ostatnie dwa autobusy do Aten odchodziły o 19 i o 20. Słońce zaczęło zachodzić koło 18.45 więc zobaczyliśmy tylko prolog tego spektaklu, ponieważ chciałam załapać się na przedostatni transport. Jakoś ostatni brzmiał zbyt ostatecznie i wolałan nie ryzykować. Okazało się, że wybór był słuszny. Z okien autobusu widziałam gorejące na czerwono słońce zatapiające się w wodach zatoczek. Być może zachód słońca na Sounion wygląda pięknie, ale w drodze powrotnej do Aten jest za to arcyciekawy. I tak oto rozczarowanie, które przeżyłam opuszczając skaliste klif, szybko ustąpiło miejsca zachwytowi, jaki poczułam zapatrzona zza szyby autobusu na rozlewający się czerwienią po całym nabrzeżu zachód. W wielu przewodnikach to właśnie zachód nad

SONY DSC

Sounion jest określany jako najpiękniejszy w Grecji. To jak zwykle bardzo indywidualna kwestia, ale niewątpliwie należy do najpiękniejszych jakie widziałam w życiu.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Funpage Zza Grubych Szkieł w albumie Sounion: Kameralna zatoczka w cieniu popularnej świątyni

0 Komentarzy

Pozostaw odpowiedź addictedtopassion2016 Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *