Australia,  Relacje

Sydney : spacerownik po mieście (dzień 2)

Pierwszy dzień zwiedzania Sydney już za nami! Och daj już spokój! Nie przesadzaj, wcale nie jest tak wcześnie. Jest już 8, a uwierz mogłam zmusić Cię do wcześniejszego wstania, bo (1) targ rybny otwierają o 7 rano każdego dnia. Wiem, wiem mogliśmy przyjść później, bo działa do 16, ale jeszcze sporo atrakcji nam zaplanowałam, więc zbieraj się i ruszamy.

 

Atrakcje w Sydney - mapa
Mapa atrakcji, na spacer drugiego dnia w Sydney

To jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc w Sydney i można tu z pewnością dobrze zejść lub kupić świeże owoce morza i przyrządzić w domu. Pachnie tu słoną wodą i cytryną. Zobacz tam masz fantastyczne kraby, a tu bliżej idealnie czerwone pancerzyki krewetek. Po prostu rozpusta dla oczu. Jasne, że możesz tu zjeść śniadanie. To weź mi kawę, a ja porobię zdjęcia. Jadłam już. No co poradzę, że od zjedzenia rosołu na nerkach o 8 rano w Sajgonie nie wyobrażam sobie śniadania wytrawnego. Wolę na słodko, no jeszcze jajecznica lub omlet ujdą. Smakowało? Dzięki za kawę. Mhmhhmm zrobiłam zdjęcia. To teraz proponuję spacer. Do otwarcia akwarium mamy jeszcze trochę ponad godzinę, a stąd spokojnym krokiem dojdziemy w 15 minut.

To już wiesz czemu się uparłam, żeby tu przyjść? W (2) Giba Park jest jeden z najlepszych widoków na Harbour Bridge i przyznaj, że jest tu dość kameralnie jak na 5-milionowe miasto. Kiedyś był to teren fabryczny, zresztą widać to po zabudowie. Doki statków czy budynki przemysłowe przerobiono na obiekty użyteczne, w tym niektóre na mieszkania. Teren zaczął dobrze prosperować już w początkach XIX wieku. Stąd między innymi pozyskiwano piaskowiec na wiele budynków w Sydney. Pod koniec XIX stulecia teren zaczął popadać w ruinę, gdy wyniosły się stąd przedsiębiorstwa budowlane i magazyny. Dzielnica odżyła dzięki połączonym siłom rządu i miasta, które wyłożyły pieniądze na rewitalizację. Według mnie udaną. Ruszamy dalej?

Tu mi się podoba. Nowoczesna zabudowa nabrzeża wygląda rewelacyjne. Nowoczesne budynki kontrastują z historią tego miejsca a jednocześnie fenomenalnie komponują się z przyrodą. Szkło i stal zawsze pasują do tafli wody. (3) Darling Harbour to zatoka na zachodnich obrzeżach centralnej dzielnicy Sydney.

 

Darling Harbour - zatoka w Sydney
Darling Harbour wygląda fenomenalnie z tą nowoczesną, szklaną zabudową.

Kiedyś mówiono na nią Cockle Bay, ale później została przemianowana na Darling Harbour na cześć gubernatora Nowej Południowej Walii w latach 1825-1831, Ralpha Darlinga. Choć tak naprawdę sam ją tak przemianował. W tej dzielnicy znajduje się (4) Australijskie Narodowe Muzeum Morskie, które otwarto w 1991 roku. Budynek przypomina nieco rozpięty żagiel. Dalej jak pójdziesz to dotrzesz do (5) Powerhouse. Dawna elektrownia dziś zaadaptowana została na potrzeby muzeum techniki. Ponoć na 4 piętrach znajduje się aż 380 tyś. eksponatów.

Jest 10:00! Możemy iść do akwarium. Przejdziemy się (6) mostem Pyrmont? Te łopoczące na wietrze flagi mnie hipnotyzują, podobnie jak ta perspektywa. Nabrzeże wygląda obłędnie z tego punktu. Pierwszy most powstał w tym miejscu już w marcu 1858 roku. Był drewniany i obrotowy. Ten, na którym się właśnie znajdujemy zbudowano w 1902 roku. Musieli. Solidna konstrukcja stalowa mogła wreszcie przyjąć ruch samochodowy. Przyjrzyj się jej. Ten mechanizm dalej może się obracać! To najstarszy na świecie elektryczny most wahadłowy.

 

Sydnejski most Pyrmont
Niezwykły, wahadłowy most Pyrmont w w Darling Harbour

Most został zaprojektowany przez inżyniera Percy’ego Allana, który był znany ze swojego zdrowo rozsądkowego podejścia do projektów inżynierskich. Miały być ekonomiczne, praktyczne i wytrzymałe. Most Pyrmont składa się ze stalowego wahadła z kratownicy, a przy budowie rząd nalegał na używanie lokalnego żelaznego pręta dla obniżenia kosztów. Do mechanizmu wahadłowego użyto energii elektrycznej, co było uważane za zaawansowane rozwiązanie technologiczne, ponieważ prawie wszystkie mosty obrotowe były obsługiwane przez wciągarki, parę lub moc hydrauliczną. Elektryzacja tramwajów w Sydney zapewniła Allanowi niezbędną moc i sprzęt, ponadto w pobliżu znajdowała się elektrownia Ultimo Power House, obecnie Powerhouse Museum, a silniki tramwajowe, zmodyfikowane z przekładnią, były odpowiednie do napędzania wahadła.

Ciężko stwierdzić mi czy warto zwiedzić to (7) akwarium. Nie jest spektakularne, nie umywa się do oceanarium w Lizbonie choć jest kilka naprawdę interesujących zbiorników wodnych. Ciekawe są z pewnością tunele, które otulają florą i fauną podwodnego świata tworząc niesamowite otoczenie. Akwarium zostało otwarte w 1988 roku i od tego czasu jest udoskonalane. Na mnie wrażenie zrobiły tunele z pływającymi piersiopławkami oraz wybieg dla pingwinów cesarskich. Przy samym wyjściu znajduje się także imponujących rozmiarów zbiornik oddający środowisko Wielkiej Rafy Koralowej. Można się w niego zapatrzeć.

Wejdźmy jeszcze do sklepiku na dole. Kupimy może pamiątki jakieś? Wiesz bumerang może w innym miejscu, gdzie można kupić przedmioty lokalnych twórców. Tu na pewno znajdziesz magnesy i może suszone mięso kangura lub emu? Z reguły z wyjazdów przywożę właśnie coś do spróbowania, charakterystycznego dla danego kraju lub regionu.

 

Sydney  - akwarium
Duży zbiornik przedstawiający Wielkią Radę Koralową jest prawdziwą ozdobą akwarium w Sydney

Chodź brzegiem do końca promenady aż do (8) Parku Tumbalong. W tym miejscu odbywają się uroczystości sylwestrowe i świętowany jest Dzień Australii. Nie to jest jednak nasz cel. Idziemy do Chinatown!

Jasne, że tak. Wejdziemy do (9) Chińskiego Ogrodu Przyjaźni. Za chwilę będziemy. Wiesz, że to podarunek. Ładny upominek, co? Zamiast bukietu kwiatów, Chińska Republika Ludowa podarowała Australii ten przepiękny ogród z okazji 200-lecia obchodów rocznicy osadnictwa europejskiego, a 1 ha został urządzony w charakterystycznym stylu chińskim. Tę wyjątkową przyjaźń między Australią i Chinami, a konkretnie między Nową Południową Walią a Guangdong reprezentują stojące naprzeciw siebie smoki, stanowiące główny motyw muru smoka stojącego w pobliżu głównego wejścia do ogrodu.

Sydney - Chiński Ogród Przyjaźni
Orient w sercu Sydney! Cudowny Chiński Ogród Przyjaźni.

O niezwykłym charakterze decyduje wybijający się spośród zieleni dwupoziomowy gurr,  usytuowany w najwyższym punkcie terenu. Zresztą godny uwagi jest cały kompleks, zaprojektowany zgodnie z zasadami Ying-Yang oraz Wu-Xing. Można tu znaleźć miniaturowe krajobrazy prawdziwej natury, jak wodospady, rzeki, lasy, czy góry. Przechodząc dookoła jeziora, stanowiącego pewnego rodzaju oś wokół, której skupiony jest cały projekt, można podziwiać wyjątkowe okazy roślinności i to dedykowane pod poszczególne pory roku, jak wiosenna Michelin ligo czy zimowy Prunus Mume. W tym miejscu można się zatracić co? Posiedźmy jeszcze chwilę, jest tak niesamowicie, że jeszcze nie chcę wychodzić.

I jesteśmy w (10) Chinatown. Naprawdę czuć tu klimat chińskich ulic, trochę mi przypomina Tsim Sha Tsui w Hongkongu. Ciężko powiedzieć mi czemu. Na pewno przez wszechobecne chińskie znaki, rozmowy Chińczyków, czy zapach jedzenia. Naprawdę można poczuć tu oddech Orientu. Chińczycy pojawiali się w Australii już od połowy XVIII wieku, jednak największy napływ nastąpił w czasach gorączki złota w Nowej Południowej Walii, byli wówczas ściągani do Australii do pracy. Napływ ludności chińskiej doprowadził do tworzenia się na Antypodach enklawy tej ludności. Powstawały gazety, restauracje oraz całe dzielnice chińskie. W Sydney także. Napływ ten został zahamowany w 1901 roku przez Immigration Restriction Act, który rozpoczął politykę białej Australii, której elementem były między innymi specjalne testy, utrudniające lub uniemożliwiające dostanie się do Australii Chińczykom. Wraz z odejściem od tej polityki w latach 70-tych XX wieku, fala imigrantów wzrosła i rozwinęła się dzielnica Chinatown w Sydney.

 

dzielnica Chinatown w Sydney
Prawdziwy Orient w sercu Sydney, czyli dzielnica Chinatown.

Wejdziemy do (11) Market City, dobra? Po pierwsze, bo warto. To galeria handlowa, w której znajdują się wyłącznie chińskie sklepy. Po drugie, bo chcę kupić sobie cukierki matcha. Oszalałam na ich punkcie w Hongkongu, więc jak jest okazja ich znalezienia w tym miejscu, to idę w ciemno!

Ja do wieczora nic nie ruszam już. Objadłam się. Mówiłam, że w dzielnicy (12) The Rocks są dobre knajpy z jedzeniem. Jakoś nie przemawiało do mnie jedzenie w Chinatown. Wiem, wiem może jeszcze swojej chińszczny nie znalazłam, ale w starciu smażonego makaronu z owocami morza z burgerem z frytkami… wygrywa u mnie burger. To skoro już taki kawał drogi przeszliśmy z Chinatwon do The Rocks, to może pokręcimy się po dzielnicy. Jest tu fajny klimat.

Ogólnie trudno pominąć The Rocks podczas zwiedzania Sydney. Od początku istnienia kolonii dzielnica była kojarzona ze slumsami, domami publicznymi, miejscami przygodnych zbliżeń między marynarzami i prostytutkami, a także terenem, gdzie osiedlano skazańców. W 1788 roku rozbito tu miasteczko namiotowe dla więźniów, a z czasem zaczęły powstawać pierwsze budy i baraki.

Idziemy przez (13) Glaucester Street. To właśnie jest uliczka, którą naprawdę warto się przejść będąc w The Rocks. Jej wąska zabudowa przypomina scenerię filmów historycznych o londyńskiej obyczajowości z połowy XX wieku. Widzisz te małe domy, które wyglądają teraz trochę jak podupadłe kamienice? To (14) Susannah Place. Miejsce to faktycznie tworzą domy oraz sklep, a zabudowania pochodzą z lat 40. XIX wieku, są tu zaaranżowane autentyczne wnętrza, także przybudówki i kuchnia w piwnicach. Można sobie wyobrazić jak tu się żyło klasie robotniczej w XIX wieku. Wiesz to naprawdę perełka, bo w połowie XIX wieku wybuchła tu epidemia dżumy i wiele budynków wyburzono, a te zostały.

Teraz zobacz tam, widzisz ten budynek? To (15) Australian Hotel, typowy hotel z początku XX wieku, zbudowany w 1914 roku. Zachowano tu oryginalne tłoczone, metalowe sufity i elementy z trawionego szkła. Ten nieco dziwny kształt wiąże się z koniecznością dostosowania do budowy Sydney Harbour Bridge. We mnie ten budynek wywołuje mieszankę czułości i podziwu, fantastycznie zachowany, a zarazem tak kameralny, tak z boku. Po prostu uroczy.

Australian Hotel
Australian Hotel zachwyca swoim dziwnym kształtem

Mamy świetny czas! Jeszcze możemy wejść na (16) Wzgórze Obserwacyjne. Ma tylko 43 m n.p.m.i jednocześnie jest najwyższym punktem miasta. Rozciąga się stąd piękny pejzaż Sydney. W czasach kolonizacji wzniesienie miało strategiczne znaczenie dla miasta. W 1795 roku powstał tu pierwszy wiatrak, a w 1858 roku- obserwatorium w stylu włoskiego renesansu. Nie, teraz nie działa. Działało do lat 80-tych XX wieku, dopóki światła miasta nie zakłóciły jego funkcjonowania. Teraz w obiekcie tym mierzy się tylko wysokość opadów atmosferycznych. Można zwiedzać za darmo.

Zdradzę ciekawą rzecz. W XIX wieku personel obserwatorium codziennie o 13:00 opuszczał kulę chronometryczną, która znajdowała się na wieży obserwacyjnej. Po co? Był to znak do wystrzału z armat fortu Denisona dzięki czemu załogi statków mogły weryfikować dokładność swoich chronometrów pokładowych, a miało to nie lada znaczenie dla precyzji nawigacji.

Sydney - Wzgórze Obserwacyjne
Widok ze Wzgórza Obserwacyjne w Sydney

Do zachodu słońca zostało jeszcze na tyle czasu, że możemy skoczyć na piwo. Przejdziemy obok (17) kościoła Garrison. Był to pierwszy oficjalny kościół wojskowy w Nowej Południowej Walii i obsługiwał garnizon wojskowy w Dawes Point. Stąd już mamy rzut kamieniem do (18) Hero of Waterloo. To ten budynek z ostro ściętymi ścianami z piaskowca. Pub działa tu od 1884 roku. O jakiego bohatera chodzi? O księcia Wellingtona, najbardziej znanego z tego, że pokonał Napoleona w bitwie pod Waterloo, kończąc epokę napoleońską w historii Europy. Był konserwatywnym przywódcą wojskowym, który często wygrywał bitwy w trudnych warunkach i słynął ze zdyscyplinowanej i wiernej jednostki żołnierzy. Ba! W 1828 roku. Wellington został premierem Wielkiej Brytanii. Podoba mi się wnętrze tego lokalu. Wielkie kamienie w ścianach i drewniane belki tworzą klimat rodem z minionej epoki. Można tu się napić naprawdę dobrego piwa, a przy okazji posiedzieć w spokoju z dala od gwarnego centrum.

Dobra, zbieramy się. No wiem, że fajnie się siedzi, ale mieliśmy być na Sydney Tower przed zachodem słońca. Złotej godziny nie przesuniesz. Przejdziemy przez (19) George Street. To główna ulica The Rocks i była pierwszą ulicą wytyczoną w okolicy. Możemy jeszcze na chwilę zboczyć w (20) Suez Canal, to wąska uliczka, kiedyś płynęły nią potoki po każdym deszczu, stąd taka osobliwa nazwa. Jeśli chcesz zobaczyć jeszcze jedną ciekawostkę, to idziemy w (21) Nurses Walk, ścieżka do złudzenia przypomina starą, XIX-wieczną zabudowę Sydney.

Jest nieziemsko! Fakt, że jesteśmy 309 metrów nad ziemią siłą rzeczy ma na to wpływ. Mam słabość do panoram, kiedyś już o tym wspominałam. Dlatego pomyślałam, że warto wjechać na (22) Sydney Tower. Wieża wygląda imponująco z dołu, a Sydney nieziemsko wygląda z góry. Napatrzyć się nie mogę. Mogę tak chodzić w kółko i oglądać panoramę miasta 360°. Pomyśleć, że całość utrzymuje w pionie 56 lin, fakt, że jedna waży jakieś 6 ton, ale to i tak imponujące. Wiesz co tak naprawdę jest ciekawego w tym obiekcie? Jego najwyższą część stanowi segment o masie 1800 ton, a przeważający ciężar to woda, która pełni funkcję przeciwwagi przy porywach wiatru. Sprytne, co? Dobra mam pomysł, poczekamy aż się ściemni. Wtedy zaczyna się prawdziwy spektakl, gdy powoli na tysiącach budynków pojawiają się miliony świateł.

Widok Sydney nocą
Widok miasta z Sydney Tower

Teraz możemy skoczyć coś zjeść i chyba na nocleg, nabierać sił, bo jutro ruszamy do zoo, połazimy po Śródmieściu, kupimy pamiątki i zobaczysz najbardziej demoniczny uśmiech. Tak, dużo straszniejszy niż Jack’a Nicholsona.

A co zrobić poza Sydney? Możesz pojechać do Brisbane, podziwiać zniewalające plaże Australii  lub odkrywać przyrodę w Krainie Kangurów.

autor: Magdalena Drajkowska

ZapiszZapisz
ZapiszZapisz

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *