Australia,  Relacje

Sydney: Spacerownik po mieście (dzień 3)

Ależ ja się cieszę! Zwiedzanie (1) zoo zawsze ma w sobie ten nieodparty urok dziecięcej beztroski. Oglądanie zwierząt z różnych zakątków świata wyzwala dreszczyk emocji, a obserwowanie endemicznych gatunków australijskich to już prawdziwa rozpusta. Jasne, że ciekawiej byłoby je obejrzeć w naturze, ale jeśli nie planujesz road tripu po Australii, to ogród zoologiczny może być jedyną okazją na oglądanie z bliska kangurów, koali, dziobaka czy kuoki.

 

Taronga Zoo i Lunapark w Sydney
Taronga Zoo leży nieco na uboczy Sydney, ale można dotrzeć do niego statkiem. To dodatkowa atrakcja. Po tej samej stronie mostu znajduje się też klasyczny lunapark – polecam obejrzeć wieczorem.


Pierwsze publiczne zoo w Nowej Południowej Walii otworzone zostało w 1884 roku
, na terenie należącym do Zoological Society of NSW, które rozpoczęło swoją działalność zaledwie 5 lat wcześniej. Lokalizację zoo jednak zmieniono, po tym jak jeden z organizatorów ogrodu zoologicznego – Albert Sherbourne Le Souef – powrócił z Hamburga. Zapragnął stworzyć w Nowej Południowej Walii ogród zoologiczny oparty na podobnym założeniu wybiegów, dla tego celu dotychczasowy teren zoo był za mały. Rząd przyznał wreszcie w 1912 roku 43 akty ziemi, a kolejne 9 w cztery lata później. Nowy ogród zoologiczny – Taronga Zoo – otwarto oficjalnie 7 października 1916 roku.

Obecnie ogród zoologiczny troszczy się o ponad 4000 zwierząt z około 350 gatunków. Ponadto znajduje się tu szpital dla dzikich zwierząt, który pod opieką ma podopiecznych głównie rodzimych gatunków. To z reguły zwierzęta odtrącone przez matki lub stado bądź poturbowane. Trafiają tu z reguły z lokalnych ośrodków pomocy, a pracownicy Taronga Zoo troszczą się o przywrócenie ich do zdrowia i wypuszczenie na wolność.

Jest tu tyle atrakcji, że nie wiem od czego zacząć. Dobrze, że rozdają te mapki na wejściu, jakoś łatwiej się zorientować. O i popatrz! Są rozpisane pokazy oraz pory karmienia. To w mojej ocenie najpierw idziemy na show z dzikimi ptakami. Dobra przejdziemy obok słoni. Jakiś maluch tu jest. Znaczy maluch, no kilkaset kilo to już pewnie waży, ale jest młodziutki. Ma niecały rok. Uroczy. Dobra chodź na ten pokaz orłów. Nie no nie jestem pewna czy będą orły, ale dzikie ptaki na bank.

Powiem szczerze, że te papużki to mnie urzekły. Sęp? Myślisz, że to był sęp? No w każdym razie to ptaszysko co rozłupało kokos było imponujące i trochę przerażające. Słucham? Do pokazu fok mamy jeszcze 1,5 h to idziemy zwiedzać. Przejdźmy obok szympansów i gadów. Jest tu waran z Komodo. Potem możemy odwiedzić małpy przechodząc przez ścieżkę rodem z dżungli i dojdziemy do wybiegu dla słoni. Obok są małpy, czerwona panda, bongo, hipopotam i prawdziwe królestwo pingwinów i fok, gdzie znajduje się prawdziwy wodny teatr z pokazami talentów.

One są kapitalne! Przed pokazem leżały na kamieniach i wygrzewały się jak największe leniwce na świecie, a tu takie show zrobiły! Moim ulubieńcem jest Mav. Potrafi takie sztuczki, że wprawia w osłupienie. I pomyśleć, że trafił tu rok po rehabilitacji. Oj zwinny jest i całkiem zabawny. Zresztą, cała ta wodna trupa teatralna mnie rozgromiła. Szkoda, że tak krótko trwał ten pokaz. Naprawdę? Byliśmy tam pół godziny? To zleciało jak z bicza strzelił.

Pokaz umiejętności fok w zoo w Sydney
Pokaz umiejętności fok to kapitalny show w Zoo w Sydney! Moim ulubieńcem stał się Marv

Masz ochotę na jeszcze jeden pokaz? Będzie za…godzinę. Zaganiania owiec. Wydaje mi się, że może być bomba. Chodź teraz skoczymy obejrzeć strefę zwierząt australijskich. Jeszcze nie widzieliśmy pawilonu z nocnymi zwierzętami. Bardzo chętnie przejdę się też po Kids Trial. Mają tam alpaki!

Dasty był rewelacyjny! Biegał za tymi owcami jak szalony. Fantastycznie ułożony, a do tego taki szczęśliwy, że może się popisać przed publicznością. Swoją drogą nie wiedziałam o istnieniu takiej rasy. Kelpie. Zabawnie brzmi. Ponoć wzięła się od imienia pierwszej suki rozrodczej. No słuchałam trochę co mówił właściciel Dasty’ego…hehehe…a Ciebie to aż tak pochłonął pokaz? Specjalnie wyhodowano tę rasę do celów pasterskich. Collie by się pewnie nadawały, zresztą kelpie wywodzi się poniekąd od collie, ale nie dawały rady ze swoją długą sierścią w tych upałach australijskich, a kelpie daje radę. W ogóle ten kelpie to jakiś tytan pracy. Może dziennie przebiec 60 km! Już widzę jak Rey tyle biegnie na tych krótkich łapkach. Nie ma szans!

Uciekł ten czas. Jest po 14:00. Byliśmy w zoo tak długo? W sumie to jednak się nie dziwię. To jedno z lepszych jakie zwiedziałam, choć u mnie na pierwszym miejscu dalej pozostaje zoo w Madrycie. To może teraz skoczymy do centrum? Pokręcimy się po Śródmieściu jest spektakularne. Naprawdę. Jestem zauroczona podejściem Australijczyków do historii. Zabytkowe budynki są wkomponowane w tkankę miasta w wybitnie przemyślany sposób. Nic tu się nie gryzie ze sobą. Przy okazji może uda nam się kupić coś dla rodziny. Jakie pamiątki przywieźć z Australii?

Wiesz dawniej zbierałam ze sobą z podróży mnóstwo rzeczy. Z Krymu przywieźliśmy fajkę wodną, piękne chusty, które do dziś noszę zimą zamiast szalika, wielkie i ciepłe czapy, biżuterię, wazon, no naprawdę olbrzymią liczbę rzeczy. Z czasem, z kolejnych wyjazdów przywoziłam coraz mniej. Z jednej strony robiło się coraz mniej miejsca w domu na nie, z drugiej strony zaczęłam myśleć o pamiątkach trochę inaczej. Zaczęłam zabierać ze sobą z wyjazdów drobiazgi, ale dużo znaczące. Uwielbiam przywozić z podróży smaki, dlatego z Australii zabrałam suszone mięso z emu, kangura i krokodyla. Głównie dlatego, żeby poczęstować rodzinę i znajomych, osobiście nie uważam tych kąsków za przysmaki. Zupełnie inaczej sprawa miała się z sosem bbq, który jest w Australii popularnym dodatkiem do dań mięsnych. Kupiliśmy domowej roboty sos oraz tej samej produkcji marmoladę z wiskhy w sklepie przy drodze w Górach Błękitnych.

Zastanawiasz się nad winem? Też tak miałam. Zastanawiałam się długo czy wziąć wino, ale skoro ja ledwo przetrwałam 28 godzin podróży i dwie przesiadki, to czy butelka, która jest dużo bardziej kruche j postury ode mnie to zniesie? Zdecydowaliśmy z Maćkiem, że bierzemy drobiazgi. Klasycznie już magnesy, małą maskotkę koali, żeby postawić na półce obok ceramicznego była z Madrytu i Buddy Bear z Berlina, a także bumerang. Wybraliśmy prosty wzór, ponoć skręca i wraca. Kto wie może przetestujemy.

Dobra mamy pamiątki i upominki dla rodziny to zrobimy sobie spacer po centrum? Tak to miałam na myśli, po śródmieściu. Są tu naprawdę rewelacyjne budowle.

 

Śródmieście Sydney - mapa
Śródmieście to plątanina ulic, przy których znaleźć można piękne, zabytkowe budowle.

Mówiłam Ci! W Śródmieściu znajdują się perełki architektury, a jedną z najpiękniejszych jest (2) Queen Victoria Building. Został wybudowany w 1898 roku według projektu George’a McRae, zastępując dotychczasowe rynki w Sydney. Budynek został wykonany jako pomnik dla długo panującego monarchy, a budowa przypadła na czasy ciężkiej recesji, dlatego specjalnie zaprojektowano go na wielki obiekt, aby zatrudnić jak najwięcej bezrobotnych robotników. W początkach znajdowała się tu sala koncertowa, a także kawiarnie, sale wystawowe, magazyny, itp. Przez lata lokatorzy obiektu się zmieniali, a w 1959 roku zawisła nad nim groźba wyburzenia i postawienia w tym miejscu parku, placu i fontanny. W latach 1984-1986 odrestaurowana to jednak za 86 mln dolarów! Wygląda fenomenalnie i mieszczą się tu ekskluzywne butiki.

 

Wiktoriański budynek Queen Victoria Building
Spektakularny Queen Victoria Building! Galeria handlowa najbardziej stylowa jaką w życiu widziałam.

Już z zewnątrz robi wspaniałe wrażenie z tą ogromną kopułą, pokrytą patyną w centralnej części bryły, a także mniejszymi kopułami w rogach. Ten spektakularny efekt podkreśla wiktoriański styl z elegancją wydobyty dzięki łukom, kolumnom i ogromnej liczbie szczegółów. Jeszcze efektowniej wygląda wnętrze. Fenomenalny urok dawnych lat roztacza się tu na kilku kondygnacjach. Wszystkie butiki utrzymane są w tym samym stylu. Nie ma ogromnych kolorowych reklam. Tylko dyskretne szyldy nad drzwiami wskazują na prestiżową markę, która kryje się za progiem. Wyłącznie najbardziej renomowane stać na to, aby tu się ulokować. Najbardziej hipnotyzuje jednak ten zegar pośrodku o imponujących wymiarach i tak szczegółowo wykonany.

Tak, to jest właśnie (3) ratusz! Mi też się bardzo podoba. Wybudowany został w 1880 roku i ma niechlubny początek. No cóż, stoi na starym cmentarzu, pierwszym cmentarzu w Sydney, gdzie chowano zmarłych między 1782-1820. Ponoć w tym okresie dokonano 2000 pochówków. Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że jednak przenieśli ciała. Co tu było wcześniej? Ratusz. No, tak. Od początku. Znaczy wcześniej był cmentarz, a potem wybudowano ratusz i w tym budynku nieprzerwanie od lat 80-tych XIX wieku istnieje aż do dziś ratusz. Jest efektowny prawda? Trzeba przyznać, że styl wiktoriański ma w sobie coś imponującego i majestatycznego. To podjedziemy jeszcze na chwilę obok. Chcę Ci pokazać (4) Katedrę św. Andrzeja. To jest najstarsza w całej Australii świątynia katedralna. Kamień węgielny wmurowano tu już w 1819 roku, a konsekrowane została w 1868 r.

Sydney - katedra św. Andrzeja
Kolejny efektowny budynek w sercu nowoczesnego miasta. Piękne połączenie historii i współczesności

To przejdziemy się teraz do przystani mijając te wszystkie piękne budynki, ulice i uliczki. Myślę, że najsensowniej będzie teraz skręcić w Market Street . Za chwilę miniemy (5) The State Theatre, działający od 1927 roku. Fasada robi wrażenie. Utrzymana została w gotyckim stylu zgodnie z projektem architekta z Sydney Henry’ego Eli White’a, który oparł swoją pracę na dziele amerykańskiego architekta teatralnego Johna Ebersona. Ponoć we wnętrzu znajduje się największy na świecie żyrandol, składający się z 321 żarówek i 17 363 kawałków rżniętego szkła kryształowego. Dobra, to teraz w (6) Pitt Street. Dokładnie tam mam hostel. To dobra lokalizacja noclegów w Sydney. Poza tym to jedna z pierwszych nazwanych w Sydney ulic.

No przyznaj z tej perspektywy opera wygląda najlepiej. Wiedziałam, że rejs statkiem zapewni nam frajdę, ale że przy okazji zobaczę ikonę miasta z najbardziej fotogenicznej perspektywy to nie pomyślałam. Acha, masz rację też bym mogła tak płynąć i płynąć, można się w tym zatracić. Przy upałach dochodzących w końcówce lata do 30 stopni ten wiatr na pokładzie jest naprawdę przyjemny. Trochę mi przykro, że płyniemy tak szybko, chętnie bym postała na tym pokładzie dłużej a już widzę, że zbliżamy się do Manly. A wiesz, też gdzieś słyszałam, że to plaża dla surferów i jeszcze, że uciekają tu Ci, którzy mają dość Bondi Beach.

 

Manly w Sydney
Do Malny można dotrzeć statkiem z Circular Quay i jest to chyba najprzyjemniejszy sposób, a samo Malny dostarcza pięknych widoków.

 

Jesteśmy! Mamy stąd do plaży naprawdę blisko. Przejdziemy (7) The Corso i będziemy na głównej plaży. To aleja piesza z butikami, sklepami z pamiątkami, hmmm… taki pasaż handlowy.

Ta plaża jest boska! (8) Manly Beach jest bardzo malownicza, można tu leżeć i po prostu wpatrywać się w wodę, ale dla nas to za mało. Mam pomysł jak przyjrzeć się tej części Sydney. Nie, nie będziemy nurkować ani surfować, chyba, że masz ochotę. Można się tu nauczyć. Na co wpadłam? Przejdziemy się do North Head, to ciekawy costalwalk, którym zdecydowanie warto się przejść. Pętla ma jakieś 9 kilometrów i dostarcza naprawdę niesamowitych wrażeń. A, póki pamiętam zostaw butelkę. Uzupełniamy sobie wodę na powrót, bo jest dziś potwornie ciepło a po drodze nie znajdziemy sklepu, żeby kupić sobie wodę w butelce. Jest restauracja w North Head, ale możesz tam napić się na miejscu czegoś.

Trasa costalwalk zaczyna się przy (9) Shelly Beach, którą jeszcze sto lat temu wykorzystywano jako spokojną przystań dla łodzi, gdzie chronione były przed sztormami i silnymi wiatrami. Dziś ta urocza zatoczka pozwala delektować się ciszą i spokojem w najdoskonalszym wydaniu. W pobliżu znajdują się kawiarnie, gdzie chętnie wezmę espresso albo chociaż latte, bo przyznam, że przyda mi się doładowanie energii. Z plaży wejdziemy wreszcie na właściwy szlak tworzący wokół tego niewielkiego przylądka pętlę. Pierwszy przystanek warto zrobić przy (10) Shelly Headland, na trasie znajduje się jeszcze wiele punktów widokowych skąd rozciąga się malowniczy widok na ocean. Szczerze zachwycające są i warto się nimi ponapawać przed wejściem w busz.

Widok z Manly
Z Manly rozpościerają się fenomenalne widoki na okolicę

Serio. To nie jest koniec szlaku. Zobacz tam masz niewielką dziurę w tym murze. Byłam tu i też na początku byłam zdziwiona, ale dokładnie tą ścieżką prowadzi dalsza trasa. Skąd ten mur? Wybudowano go w 1880 roku, żeby oddzielić tereny kościelne od obszaru kwarantanny. Dalej przejdziemy przez niesamowity teren. Naprawdę! Strasznie mi się tam podoba. Krajobraz nie przypomina mi nic co znałam do tej pory. Spękana ziemia, ostre krzewy spalone słońcem i woda tworzą naprawdę niecodzienny widok. Idąc dalej miniemy bagna, ciekawa jestem jak będą w tę pogodę wyglądały.

 

Manly - rezerwat przyrody
Przyroda w rezerwacie w Manly jest kosmiczna…popękana ziemia a z drugiej strony bagna?! Zadziwiające

Dobra tu chwilę odpoczniemy. Jest cień, a za chwilę wyjdziemy na jedną z ciekawszych atkacji i tam nie będziemy mieli, gdzie się skryć. Widzisz. Ziemia jest piekielnie czerwona na tym placu i piekielnie się kurzy. Pomyśleć, że ten ogromny plac gościł parady. No cóż w końcu to część dawnego terenu wojskowego.

I dotarliśmy! Jesteśmy w (11) North Head Sanctuary. Teren ten ma szczególne znaczenie dla rdzennych mieszkańców Sydney, ale na przylądku odnaleziono także ślady dawnej obecności Agorygenów w postaci rytów skalnych. W XIX wieku teren North Head było wykorzystywane do kwarantanny osób, które przybywały do kolonii na statkach. Od lat 30-tych XX wieku przekształcono go natomiast w obiekt wojskowy, a zarazem punkt ten stał się jednym z najlepiej ufortyfikowanych miejsc w historii Australii podczas II wojny światowej.

To chodź! Tu jest (12) North Fair’s Fairfax Walking Track. Trasa jest krótka, ma około 1 km, i prowadzi po utwardzonej nawierzchni. Można tu podziwiać pocztówkowe wręcz widoki, a ponoć od czerwca do lipca z platformy widokowej, znajdującej się na tej trasie, można obserwować migrujące wieloryby.

Nie wiem jak Ty, ale ja mam dość słońca na dziś. Proponuję wskoczyć na statek i wrócić do Circular Quay. Schłodzimy się trochę na pokładzie. A na koniec dnia proponuję przejść Harbour Bridge do wesołego miasteczka. Najprawdziwszego klasycznego (13) Lunaparku!

 

Lunapark - Sydney
WOW! Takie wejście to rozumiem 🙂 Lunapark w Sydney to najbardziej retro wesołe miasteczko jakie widziałam. Świetnie wygląda po zmroku

Chyba wstrzeliliśmy się w najlepszy moment. Wszystko się świeci! A to wejście?! Najbardziej niesamowite, jakie widziałam. Ta przerażająca twarz została zaprojektowana przez artystę z Melbourne na otwarcie Lunaparku w 1935 roku. Cały lunapark jest utrzymany niezmiennie w stylu art deco lat 30-tych. Ma swój urok i można poczuć się tu jak dziecko bez względu na faktyczny wiek. Idziemy na samochodziki? Albo nie! Na zjeżdżalnie na kocach! Klimat retro to i retro rozrywka.

Nie wiem jak Ty, ale ja świetnie się bawiłam. Co prawda nie w jeden, nie w dwa, ale w trzy dni zwiedziliśmy Sydney, ale myślę, że warto było. To miasto można poznawać jeszcze dłużej, ale na pewno jak każdy, kto wybiera się do Australii chcesz zobaczyć więcej niż jedno miasto. Są tu przecież najpiękniejsze plaże i niesamowita przyroda. Udanego pobytu i do zobaczenia!

autor: Magdalena Drajkowska

ZapiszZapisz
ZapiszZapisz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *