MÓJ_Poznań

Termy Maltańskie

Roku Pańskiego 2013 doszło do czynu przedziwnego. Na zwykłym swym miejscu, gdzie od przeszło ośmiu dekad produkowano wódkę wyborową procederu tego zaprzestać miano. Jako powiedziano, tako uczyniono. Obszar Poznania wokół Jeziora Maltańskiego miał stać się terenem rekreacyjnym, tylko i wyłącznie. Wskazywały już na go poczynione inwestycje, a w szczególności inwestycja nad inwestycjami , czyli Termy Maltańskie.

Budowę obiektu rozpoczęto w 2009 roku, a już po dwóch latach oddano go do użytku. Poznaniacy walnie ruszyli grzać się w wodach termalnych i hasać na zjeżdżalniach. Początkowy entuzjazm nie osłabł z czasem w narodzie i kompleks zdaje się na stałe wpisał w krajobraz wielkopolskiej stolicy, a także codzienny, cotygodniowy, czy comiesięczny harmonogram. Ja odwiedzam ten przybytek nie tak znowu często, gdyż jest to moje osobiste koło ratunkowe w chwilach grozy, zmęczenia materiału i ewidentnego zaniku chęci wszelakich. Wtedy zaczyna się planowanie, kiedy się wybrać, w jakich godzinach, autem czy tramwajem, na ile. Jeśli po 10 minutach nie rzucamy tego całego pomysłu, to jest szansa, że się powiedzie. Potem zostaje już tylko wskoczyć w kostium, a w kostiumie wskoczyć do wody.

Na Termach Maltańskich jest strefa sportowa, rekreacyjna oraz saun. Na terenie Strefy Niebieskiej znajduje się pełnowymiarowy basen sportowy o długości 50 m. Można tu również poużywać sobie skacząc. Jest bowiem basen, jest i wieża do skoków. W Strefie Żółtej królują sauny. Aż 14 różnych saun z koloroterapią! Zapewne ochy i achy bym piała, gdybym sauny lubiła (bądź lubiała- wybierz jeśli chcesz, żeby zdanie się rymowało). Jest wprost przeciwnie, wręcz odwrotnie, no nie przepadam. Nie byłam, nie komentuje. Ale! Strefa Zielona to mój żywioł. Aquapark!

Strefa Zielona w Termach Maltańskich gwarantuje zabawę. Dwie godziny zleciały szybko. Na początek wybraliśmy basen relaksacyjny wypływowy składa się z 4 niezależnych stref. W każdej z nich czeka na złaknionych odprężenia inna atrakcja. Kurtyna wodna i parasol wodny najmniej mnie zainteresowały. Leżanki z bąbelkami kusiły, ale oblężenie było większe niż pod Wiedniem, a że Sobieskiego talentów nie mam i husarii żadnej przy boku nie posiadałam, to oddałam się wirowi wodnemu. Przyjemne poddać się takiemu nurtowi. Ale umówmy się prawdziwą atrakcją są tu zjeżdżalnie.

Moim niekwestionowanym faworytem jest Dzika Rzeka. W szczególności ta wewnętrzna, jest bowiem też zewnętrzna, ale z uwagi na warunki termiczne jest niedostępna późną jesienią i zimą. Fioletowa rynna o długości 64,5 m naprawdę świetnie imituje rwącą rzekę. Kotłująca woda sponiewierała mną przez kilka minut szastając raz w prawo, raz w lewo.

Maćkowi przypadła do gustu zjeżdżalnia Turbo. Żółta rura ciągnie się spiralami i serpentynami przez 54 metry, przy spadku nawet 20 procent. Jest naprawdę szybka, a na dole można sprawdzić swój wynik. I to właściwie wyjaśnia czemu faceci najbardziej lubią właśnie ją. Ja piszczałam jak nawiedzona mysz pod miotłą i cieszyłam się z zakończenia tej ekspresowej podróży.

Bardzo efektowna jest też zjeżdżalnia Czarna Dziura. Na 92 metrach długości czekają fenomenalne doznania wizualne. Migoczące światełka przechodzą w czarną czeluść, by za chwilę zaskoczyć jasnym, białym światłem. Serca nasze podbiła też zjeżdżalnia pontonowa. Siadając na wielkim, podwójnym pontonie, przypominającym dwa połączone donaty mknęliśmy w dół przez 124 metry z idealną prędkością. Nie przerażającą, ale i nie zbyt wolną. A doświadczenie z żółwim tempem miałam w Aquaparku w Zakopanem. Nurt wody był tak słaby, że zatrzymałam się po przejechaniu połowy trasy, a do końca dobrnęłam odpychając się rękami. Z rury do basenu po prostu się wyturlałam przypominając bardziej zobojetniałą ma wszystko sardynkę, wylewającą się z puszki niż ukontentowaną turystę w parku wodnym. Nawet nudna klasyczna zjeżdżalnia na Termach Maltańskich jest po tysiąckroć razy ciekawsza niż aquapark zakopiański, ale też nie po to jeździ się do Zakopanego. Maltańskiei zjeżdżalnie zewnętrzne w grudniu nie działają. Testowaliśmy je latem, ale i tak pozostaje przy opinii, że najlepsza jest Dzika Rzeka.

Dobrym zakończeniem szaleństw jest wymoczenie się na solankach. Przyjemna temperatura, bąbelki, a w gratisie ponoć zdrowotne właściwości. Woda pozyskiwania jest z własnego odwiertu. To oblegana atrakcja – przez grupę 60+ i damy, które przychodzą na basen, cytuję: „tak żeby za bardzo się nie pomoczyć” – sprawia, że ciężko znaleźć tu wolny skrawek ławek z bąbelkami. Nam się udało! Po tym wszystkim można podjąć się każdego wyzwania. Ja przynajmniej idealnie się dobrze tego nastroiłam.

autor: Magdalena Drajkowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *