Miasto

VENI VIDI VICI CITY – jak zwiedzamy miasta

Mam swoje tempo. Jak każdy. Swoje rytuały, paranoje, everesty. Jak każdy kto przyjeżdża do miasta mam swoje cele, intencje, plany, pomysły. Na poznanie. Wiem, że każde miasto ma swoją historię do opowiedzenia. To zawsze jest prosta fabuła. Nie prostacka. Nie epicka. Taka zwykła. Jak rozprawka. Jest wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Nie taka z folderów reklamowych. Nie taka z podręczników akademickich. Taka wydeptana własnymi nogami po ulicach miasta. I taka gaszona lodowatą Coca Colą w upalny dzień. I taka przeklinana pod parasolem w deszczu. Każde miasto każdemu opowiada historię i od każdego zależy jej zakończenie.

Jak zwiedzamy miasta?

Każde miasto opowiada każdemu swoją historię. Zaraz opowiem Wam jak ja się w nią wsłuchuję, ale nie byłabym sobą, gdybym nie podpytała innych. Zasięgnęłam opinii w dużej grupie facebookowej Gdzie na wakacje. Poprosiłam o odpowiedź na kilka pytań. Nie uważam tej ankiety za pełnoprawne badania socjologiczne i nie chcę żebyście tak do tego pochodzili. Byłam po prostu ciekawa jaki jest szerszy odbiór miasta jako destynacji podróżniczej i jak inni się na nią zapatrują, bo już teraz Wam zdradzę, że ja miasta obdarzyłam ogromnym sentymentem.

Do jakich wniosków doszłam? Mniej więcej do takich:

To teraz zdradzę Wam, jak to u mnie jest z tymi miastami, jaką mi historię opowiadają. Po co jeżdzę do miast? Czemu wybieram te a nie inne miasta? Co mnie do nich ciągnie? Ile dnia tam spędzam?

Miasto na celu

Pogrzebać stopą w miękkim piachu lubię. Nie powiem jest to nawet przyjemne. Pewna forma naturalnego peelingu #forfree delikatniejsza niż tajski masaż i mniej inwazyjna niż sprzedawcy na targu w Hurgadzie. Zdecydowanie mniej jednak lubię nudę, która następuje potem. Jestem absolutnie nieprzystosowana do leżenia na plaży i opalania się. Myślę, że moi przodkowie w prostej linii nie wykształcili przez całe pokolenia genu przyspasabiającego do przebywania na otwartej przestrzeni w upale. Na 99% pochodzę od tych homo sapiens, którzy chowali się po jaskiniach lub wzięli swoje prymitywne narzędzia kamienne i wybudowali pierwszą galerię handlową z klimatyzacją,  bo ile można w upale grzebać stopą w miękkim piachu!

To już domyślacie się czemu wybieram miasto na urlop.

  • Po pierwsze: Mój organizm domaga się neonów, hałasu, spalin, szeregu bodźców, które stymulują mój umysł i przyjemnie drapią po korze mózgowej dostarczając wstydliwą przyjemność z obcowania z tymi betonowymi molochami.
  • Po drugie: Miasta wyzwalają we mnie żarłoczność, napędzając do działania, poznawania i odczuwania odmienności miejsca, do którego przybywam.
  • Po trzecie: Miasto doprowadza do wrzenia krew w moich żyłach i mogę dreptać tak po nim nawet 36 godzin na dobę jak dobrze nakręcona mechaniczna zabawka. Ja po prostu odczuwam fizyczne zadowolenie z poznawania miasta.
  • Po czwarte: Jeżdżę do miast dla zaspokojenia swoich fizycznych popędów obcowania z nim i poznawania nowych miejsc.

Mam pełną świadomość, że nowym miejscem jest każde, w którym nie byłam, czyli równie dobrze Toronto, jak i mały staw na obrzeżach mazurskiej wsi. Jednak wybrałbym miasto, gdyż ono w moim osobistym odczuciu będzie dla mnie nowym miejscem bardziej niż ten staw.

Być może mam na tyle dużą wadę wzroku lub osobliwą ślepotę wybiórczą, ale więcej różnic dostrzegam między miastami niż pejzażami naturalnymi. Więcej odmienności widzę w ulicach miast niż małych stawach, którymi absolutnie nie gardzę, jednak traktuję je w innych kategoriach. O ile podróże po miastach wywołują u mnie ekscytację i podniecenie, o tyle łono natury daje ukojenie i wyciszenie, którego nie powiem też czasem potrzebuję.

Miasto na czas

Biorę dobre buty. Raz wzięłam złe. Za miękkie. Po kilku dniach czułam jak w miejscu, gdzie stopa łączy się z łydką, kilka centymetrów nad pietą wykwitł mi duży siniak. Dość absurdalne miejsce na siniaka. Paradoks pogłębiał fakt, iż pojawił się na jednej nodze a buty nosiłam przecież na obu. Ten wątpliwej urody order piechura pojawił się, po kilku dniach zwiedzania dużego miasta na własnych nogach.

Tak mam. Jakieś takie donkiszotowskie zadufanie, że zwiedzę miasto pieszo! Że dam radę! Że tak najlepiej! W mojej głowie załącza się taki auto-coach na sterydach i drze się: Just do it! … i jak trafiam do nowego miasta to jakby psa ze smyczy puścić . Chodzę po nim aż jęzorem trę niemal po bruku z głupkowatym wyrazem twarzy na pograniczu samozadowolenia i tępoty. Dopiero wtedy czuję, że wiem choć trochę jaką historię dla mnie to miasto przygotowało. Ale wbrew temu co sobie teraz myślcie nie robię tego na czas.

Nie zwiedzałam Lizbony, Rzymu ani Hongkongu na czas ze stoperem w ręku i kijem w tyłku, bo wszystko musiało być obejrzane punkt po punkcie. Robię to na tyle dobrze, na ile mi czas pozwala. Owszem przed wyjazdem czytam, oglądam, wertuję i węszę. Zabieram te znalezione puzzle ze sobą i na miejscu konfrontuję z rzeczywistością, znajduję nowe elementy i z tego wszystkiego układam swoje wyobrażenie tego miasta.

W miastach spędzam z reguły kilka lub kilkanaście dni. Proporcjonalnie tak długo jak bardzo atrakcyjne jest miejsce. Mam pełną świadomość,  że im dłużej jestem w jednym mieście, tym głębiej mogę w nie wejść, poznać nie tylko centrum, ale i obrzeża, wejść w małe uliczki, zauważyć, dostrzec, zapamiętać. Im krótszy pobyt, tym bardziej moja relacja z miastem przypomina zakochanie. Nie widzę wad i śmigam przeszczęśliwa 10 cm nad chodnikami. Dlatego ciężko mi czasem zdecydować na ile jechać i zazwyczaj robią to za mnie linie lotnicze. 

Do Aten mieliśmy lecieć na 5 dni, ale po przeliczeniu okazało się, że wylot na 2 tygodnie daje cenę biletów o połowę niższą. Posiedzieliśmy więc stolicy w Grecji okrągłe 14 dni jak koloniści na turnusie w Ciechocinku. Z kolei do Rzymu wybraliśmy się tylko na 4 dni, taką promocją skusiły nas loty, ale niedosyt po tak krótkim czasie w Wieczny Mieście był zbyt duży  więc na jednych odwiedzinach się nie skończyło.

Ale! Nie oddaję jednak decyzji o podróżowaniu we władanie wyłącznie liniom lotniczym. Jako posiadaczka wolnej woli, jednak zdecydowanie mniej wolnego portfela staram się, gdzieś to wszystko wyważyć, żeby i wilk był syty, i owca cała. Z reguły przeszukuję więc strony w poszukiwaniu dobrych cen do miejsc, które od dawna siedzą mi w głowie.

Miasto na wynos

Skupiam wzrok maksymalnie i powstrzymuję koniuszek języka przed wyślizgnięciem się z ust. Chwila na bezdechu i jest. Nieporuszone zdjęcie opery sydnejskiej. Chyba dopiero w tym momencie uprzytamniam sobie gdzie jestem. Stoję w Sydney, na drugiej półkuli ziemskiej, z aparatem w ręku i ekscytacją trzymaną na wodzach, choć unoszące się co chwilę kąciki ust świadczą o moim niepohamowanym zadowoleniu.

Najczęściej w czasie podróży dociera do mnie tak naprawdę gdzie jestem, gdy mam kontakt z absolutnymi ikonami tych miast. Big Ben w Londynie, Koloseum w Rzymie, czy właśnie Opera w Sydney. Wydaje mi się, że to właśnie te historyczne miejsca przyciągają do konkretnego miasta.

Może z racji historycznego wykształcenia albo z uwagi na aktualny kurs dolara do jena, taki a nie inny układ konstelacji gwiazd, czy inne mniej lub bardziej wiarygodne wytłumaczenie… ja w miastach najczęściej odwiedzam miejsca historyczne.

Jeśli w mieście są stare kamienice, pałace miejskie, budynki urzędowe czy jakiekolwiek inne ciekawe zabudowy, które nadgryzł już ząb czasu, to prawdopodobnie tam pójdę. Stare kościół? No jasne! Dawne akwedukty? Na bank! Główne place targowe pamiętając średniowiecze? Tak, tak, tak! A do tego wszelkie muzea. Możliwość obserwowania przedmiotów, które pochodzą z przeszłości wyzwala w moim organizmie przypływ endorfiny. Serio byłam przeszczęśliwa, gdy  nadszedł wreszcie dzień kiedy mogłam przystąpić próg British Museum w Londynie, choć większe wrażenie zrobiło na mnie Muzeum Viktorii i Alberta (o którym nie miałam pojęcia przed przyjazdem do stolicy Anglii).

Wobec tego, skoro tak uwielbiam historyczne miejsca, to zapewne największe wrażenie zrobiło na mnie jedno z europejskich miast?Rzym? Ateny? Londyn? Otóż nie. Zafascynował mnie Hongkong. Próbowałam określić co jest tego powodem. Można znaleźć w nim stare budowle, jak i nowoczesną architekturę. Jednak myślę, że zadziałał na mnie ruch i kolor. Tysiące neonów, światła aut, miliony ludzi, sięgające nieba budynki, woda przecinająca miasto na pół. Każdy z tych elementów z osobna i wszystkie razem odpowiedziały mi historię, w którą uwierzyłam, którą poczułam na własnej skórze, która do teraz pozostaje dla mnie egzotyczna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *