Relacje,  Wietnam

Vũng Tàu: 36-metrowy Chrystus w cieniu targowych alejek

Patrzy na mnie pustym wzrokiem. Odwzajemniam spojrzenie. Jej oczy błyszczą. Tak jak ona cała, jak one wszystkie. Są jednym z powodów, dla których mieszkańcy Vũng Tàu zbierają się tłumnie na lokalnym targu, godząc się na ścisk, gwar i nieprzyjemne zapachy. Targ otworzono w Vũng Tàu w 1985 roku dla zaspokojenia potrzeb ludności lokalnej. Jego koloryt stał się atrakcją turystyczną dla przybyszów, głównie tych wyrosłych w innej cywilizacji.

Sapcer po targu

– W którą idziemy? – pytam Maćka, mojego towarzysza podróży – tej przez życie, w roli męża, i tych po świecie, w roli nawigatora, fotografa, a także ratownika z opresji.

– Ja bym się jeszcze porozglądał – Maciek jest w swoim żywiole. Wyjęty aparat świadczy, że podobnie jak lokalsi pogodził się z tym zapachem na pograniczu aromatu morza i smrodu gnijących wnętrzności. Tusze ryb piętrzą się na blatach mokrych od topniejącego w sekundach lodu. W ukropie podrównikowego klimatu sprzedaż świeżych ryb wydaje się zaskakująca. Ale nie w Vũng Tàu! Tu owoce morza i ryby są elementem tradycji.

– To przed siebie – ruszam między stoiska, mijając z największą gracją na jaką mnie stać w tych wąskich alejach stosy łusek i rzucone od niechcenia wnętrzności.

Stoiska z rybami płynnie przechodzą w stragany mięsne. Odarte z futra zwierzęta zwisają z pałąków. Widać sprężyste mięśnie tuż pod cienką warstwą skóry. Brak lodu na dziale mięsnym powoduje, że odczuwam lekko słodki, charakterystyczny dla gnijącego mięsa zapach. Z prawdziwym wysiłkiem kryję swoją europejską wrażliwość na coraz bardziej dokuczliwy smród. Opuszczając dział mięsny czuję ulgę. Męczący zapach znika, pojawia się setka nowych aromatów. Wchodzę między stragany pełne przypraw. Całą powierzchnię niewielkich blatów pokrywają paczuszki rozmaitości. Mnie tutejsza kuchnia nie przekonała. Próbowałam wielu smaków i żadnego nie chciałam zabrać do kraju, może poza kawą i jaśminową herbatą. Nie na wszystko się odważyłam.

SONY DSC

SONY DSC

Plamą na honorze jest owoc Duriana. Organicznie nie byłam w stanie zmusić się do jego zjedzenia. Owoc Duriana, określany niekiedy królem owoców, to specjalność nie tylko Wietnamu. Można go odnaleźć w innych państwach Azji. Obok tytułu królewskiego zaskarbił sobie też miano najbardziej śmierdzącego owocu. To właśnie specyficzny aromat uniemożliwił mi jego zjedzenie. Mieszanina zapachów zepsutego mięsa z cebulą, przechodzących w pardon odór wymiocin, stała się barierą nie do przełamania. Ale! Na szczęście Maciek się zdecydował. Opis smaku sporządzam na podstawie zeznań Macieja D. Słodki, ale niedobry. Nie nazwałbym tego królem owoców. Do tego taki papkowaty. Posmakować Duriana odważyłam się dopiero w postaci cukierka. Jest faktycznie słodki, w specyficzny, mdlący sposób, przypomina trochę syrop na kaszel z dzieciństwa. Pozostawia posmak smażonej cebuli. W szafce kuchennej mamy jeszcze opakowanie tych cukierków z datą ważności do końca sierpnia 2016 roku. Panuje milczące przyzwolenie na przeterminowanie.

Wzniesienie Boga

– Excuse me – uderzam owszem naganną amerykańszczyzną do młodej Wietnamki w sklepie na rogu, ale nie reaguje. – I’m sorry! – Uderzam w głośniejszy ton. Jest! Kobieta zerka na mnie z uśmiechem. – Where is statue of Christ? – Dalej ten sam uśmiech, lekko zaniepokojony. – The Christ? The big man with cross? – Uśmiech staje się nerwowy. Rezygnuję z planu A i przechodzę do B. – Where is the sea? Uśmiech rozciąga się szeroko. Kobieta rysuje na kartce szlaczek. W kraju, gdzie chrześcijaństwo stanowi 8% ogółu wyznań i tak mnie dziwi, że łatwiej wskazać drogę do morza niż do 36-metrowej postaci Chrystusa i to na wzniesieniu! Wydaje się, że ogromny posąg jest w cieniu sławy lokalnego targu.

Planowana przechadzka na niewielkie wzniesienie, staje się prawdziwą męką w upale i przy dużej wilgotności powietrza. Czuję jak strużka potu spływa mi spod linii włosów i mknie rozpędzona wzdłuż całego kręgosłupa. Prawdziwe tropiki. Niewielkie ochłodzenie przychodzi od listopada do stycznia. Będąc w grudniu nie uznałabym temperatury bliskiej 30 stopni Celsjusza za chłód. W tym mniej więcej okresie panuje tu pora sucha. Nie oznacza to jednak suszy w naszym apokaliptycznym rozumieniu. Dało się wyczuć wilgoć w powietrzu.

DSC_4509

DSC_4482

W połowie drogi do statuy Chrystusa w piekielnym upale, przystanęłam na odpoczynek. I poczułam, że jestem inna. Wybierając się do Wietnamu nie sądziłam, że mój kolor włosów bądź skóry będzie zwracał uwagę. W Sajgonie nie rzucałam się w oczy wśród tłumu poprzetykanego Szwedkami, Amerykankami, czy Rosjankami, ale w Vũng Tàu… tu po prostu się na mnie gapili. Mało tego robili sobie ze mną zdjęcia!

Staliśmy na niewielkim placyku między dwoma ciągami schodów, gdy podeszła do mnie dziewczyna. Za nią stała grupka nastolatek w podobnym wieku lekko chichoczących. Dziewczyna wyciągnęła dłoń z aparatem w moją stronę i pytająco zaintonowała „Foto? Foto?”. Odpowiedziałam zdecydowanym kiwnięciem. Dziewczyna podała aparat Maćkowi a sama wraz z koleżankami otoczyły mnie wianuszkiem. Byłam zszokowana, ale robiłam dobrą minę do złej gry. Z czasem przywykłam do dziwnych reakcji mieszkańców Vũng Tàu na moją jasność. Gwizdali, trąbili, uśmiechali się.

Ze skali fascynacji jasną karnacją zdałam sobie naprawdę sprawę, gdy chciałam kupić balsam do ciała. Wszystkie kosmetyki, bez względu na markę miały to samo działanie – wybielające. Był to nie lada problem, bo zasadniczo nie chciałam ingerować w świeżą opaleniznę. Ostatecznie zaważyło pragnienie ukojenia i nawilżenia skóry. Ja, bladolica Polka po jesiennych miesiącach wrzuciłam wreszcie do koszyka balsam o działaniu wybielającym i nawilżającym, godząc się z możliwością rozjaśnienia o mikro ton odcienia lekko już brzoskwiniowej skóry, tymczasem Wietnamki o cerze w barwie toffi, chowały ciała pod długimi rękawami i spodniami. I to w ponad 30 stopniowym upale! Byle ich skóra o mikro ton nie ściemniała. Dążenie do ideału zadziwia skalą poświęceń, tych małych i dużych niedogodności, na które godzą czy to Europejki, czy Azjatki.

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Vũng Tàu: 36-metrowy Chrystus w cieniu targowych alejek

0 Komentarzy

Pozostaw odpowiedź traveLover Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *