Relacje,  Wietnam

Vũng Tàu: co robić w wietnamskim mieście w martwym sezonie?

Neony biją po oczach z impulsywnością zbliżoną do tempa uderzeń skrzydeł kolibra. Jarzą się w dusznej i wilgotnej nocy wietnamskiego Vũng Tàu podnosząc i tak już gorącą atmosferę na ulicach. Czuję się jak w stroboskopowym świetle. Widzę urywki ulicy. Wielkie akwarium z wężami. Chłopaka z dziewczyną idących za rękę. Kota liżącego się po futrze przed sklepem. Z każdym krokiem więcej i więcej. Mija chwila. Musimy przywyknąć, żeby zorientować się gdzie jesteśmy. Czuję się nieco zdezorientowana tym wszechobecnym tłumem. – To tu się wszyscy pochowali – myślę sobie, gdy wspominam pierwszy wieczór i opustoszałą promenadę wyłożoną marmurem niedaleko naszego hotelu. 

Życie plaży

Nie dajemy się początkowo jet lagowi i idziemy na plażę – dosłownie po drugiej stronie ulicy. Nie jest to nic w stylu egipt last minute i wygradzanych skrawków piachu w przyhotelowych kurortach. To duża, szeroka plaża, która należy to wszystkich, a na której nie zastaliśmy nikogo. Trochę mnie to dziwiło. Sądziłam, że polska zima to idealna pora na wypad do Wietnamu i oczekiwałam tłumu turystów. Bo kiedy odwiedzić Wietnam, jak nie w porze letniej?

 
SONY DSC
 

Vũng Tàu żyje jednak swoim życiem i nie należy do szczególnie turystycznych miast, choć dzielnicę hotelową pod turystów ma zrobioną wybornie. Tylko co z tego, gdy wieje tam nudą. Hotele cztero- i pięciogwiazdkowe są naprawdę tanie (około 100 zł), a ustawione frontem do morza tworzą wyjątkowo reprezentacyjną fasadę nabrzeża. Z myślą o stworzeniu wrażenia luksusu w tej części zbudowano także promenadę ciągnącą się kilka kilometrów wzdłuż plaży. Powstała z eleganckich płyt marmurowych czy też granitowych.

Wszystko to wydawało mi się trochę przesadnie rozdmuchane. Miałam wrażenie, że ktoś tu się porwał z motyką na księżyc, bo i promenada, i hotele świeciły pustkami.

W naszym hotelu były w tym czasie zameldowane może jeszcze dwie pary azjatyckiego, jak sądziłam po wyglądzie, pochodzenia. Przez pierwsze dwa dni nikogo też nie było widać na plaży. Była nasza. I tych kilkunastu lub kilkudziesięciu szczurów, które nocą przemykały po tej luksusowej promenadzie z granitu lub marmuru i wbiegały na piach. Plaża należała jednak do wszystkich. Przekonaliśmy się o tym później.

Po pierwszych dwóch dobach nabrzeże zaczęło ożywiać się. Najpierw zauważyliśmy napływ kilku par do hotelu, a potem coraz więcej osób na plażach. Bez przesady jednak, nadal nie były to tłumy, mimo wszystko zrobiło się trochę ciekawiej.

 
SONY DSC
 

Gdy po kolejnej godzinie rzucania się na fale stwierdziłam, że mam tak pomarszczone i chropowate opuszki palców, że mogłabym się wspinać pionowo po szkle, uznałam, że to dobra pora by ruszyć brzegiem na tyle, na ile będziemy mieć siły. I ruszyliśmy. Stopy przyjemnie ocierały o dość grube ziarenka piachu, gdy pokonywaliśmy kolejne kilometry. Tłum zaczął się zagęszczać, ale i tak dało się swobodnie przejść. Między plażowiczami biegały dzieci i kraby, a kobiety z przenośnym bistro przystawały co pewien czas rozkładając kram i serwując typowo uliczne danie, jakim były kulki w tempurze. Minęliśmy też rybaków zwijajających sieci. Malownicza scena. Mężczyźni ciągnęli liny, wykorzystując całe swoje ciało do tego. Kilka kroków dalej para, młodziutka dziewczyna i nieco starszy chłopak siedzieli, trzymając się za ręce. Obok grupa osób, wyglądającą na dużą rodzinę rozmawiała, jednocześnie wyjmując muszelki z piachu i otwierając je, po czym każdy zjadał zawartość skrytą w muszli.

 
SONY DSC
 

Najbardziej urzekła mnie plaża wieczorem, ta w zatoce, gdy całe rodziny zwijały sieci rybackie. W Vũng Tàu działa jeden z większych targów rybnych w okolicy. Dlatego  widok kobiet i mężczyzn zwijających liny oraz sieci przy ostatnich promieniach słońca był niemal naturalny, ale przy tym wyjątkowo malowniczy. Sylwetki poruszały się w harmonijnym rytmie, dobrze znanym i bardzo płynnym. Sieci metr po metrze kurczyły się a sylwetek na plaży ubywało. W końcu w zatoczce zostały tylko łodzie kołyszące się na falach.

 

Centrum handlowe

Początkowo mocno ubity piach tuż przy linii brzegowej dawał kojące uczucie masażu stóp, ale po 4 km dalsza przechadzka stała się nie do zniesienia. Pięty bolały mnie okropnie. Postanowiliśmy więc skręcić w bok, w kierunku miasta. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do centrum handlowego, co mnie szczerze ucieszyło, bo oznaczało, że gdzieś tam znajdziemy wreszcie coś zimnego lub przynajmniej chłodnego do picia.

Lubię odwiedzać galerie handlowe w obcych krajach. Myślę, że to doskonały sposób, żeby przyjrzeć się trochę tej codzienności. Duży, gigantyczny wręcz dział z „chińskimi zupkami” po prostu mnie zaskoczył i rozbawił. To, co uznajemy za szybkie danie tu wydaje się narodową przekąską i przysmakiem.

Kubki, kubeczki, kolorowe folie, czyli zupki w przeróżnych opakowaniach migały na wszystkich półkach tworząc najbardziej kiczowatą tęczę, na którą nie miały wpływu żadne warunki pogodowe.

Minęliśmy też całkiem pokaźny dział ze słodyczami, gdzie musieliśmy kupić cukierki o smaku Doriana, choć osobiście uważam je za okropne. Wzięliśmy też czekoladę, żelki (niestety marne) i kilka smakowitych cukierków.

 
SONY DSC
 

Obowiązkowo wyposażyliśmy się też w herbaty jaśminowe i kawę. 100% arabika to coś absolutnie rewelacyjnego. Dawała niesamowity aromat po zaparzeniu i głęboki, pozbawiony kwasowatego charakteru robusty smak. Była pyszna. To świetny pomysł na upominek dla kawoszy. Zarówno kawa, jak i herbata, które wybraliśmy nie należały do najtańszych, a wręcz na tle innych zakupów spożywczych wypadły drogo, jednak jakość okazała się bezdyskusyjna. Jeśli miałabym polecić coś na pamiątkę i podpowiedzieć co przywieźć z Wietnamu, to właśnie kawę i jaśminową herbatę. Pycha!

W dużych supermarketach zawsze uważnie przeglądam działy że słodyczami i oczywiście z owocami, choć te taniej można kupić na lokalnym targu. Z przyjemnością jednak obserwowałam kolorową mozaikę składającą się w malowniczo, pieczołowicie ułożone stosy. Oprócz dużego supermarketu w galerii można było znaleźć butiki z ubraniami i zabawkami. Ponadto jak w każdej galerii handlowej znaleźliśmy i w tej spory dział gastronomiczny. Bardzo kusząco wyglądały pierożki, jednak proces ich zamówienia wyglądał dramatycznie. Kobiety przekrzykiwały się a w powietrzu fruwały karteczki. Gdy stawałam z jednej strony, kolejka znajdowała się z innej. Do trzech razy sztuka! Ale i to nie pomogło. Zrezygnowaliśmy i poszliśmy do KFC, gdzie czas absolutnie zwolnił. Na  czekoladowe shake’y czekaliśmy długie minuty, co dało nam czas na obserwację lokalnej młodzieży, pięknych młodych kobiet i podstarzałych Amerykanów. Po wizycie w galerii zabraliśmy sił na powrót po mocno ubitym piachu plaży.

 

Psie gonitwy

Vũng Tàu wrzało wieczorem. Spokojna, wręcz trochę drętwa dzielnica hotelowa, w której zatrzymaliśmy się na tych kilka nocy była zdecydowanym przeciwieństwem tego co zastaliśmy w drugiej części miasta. Nasz hotel znajdował się tuż obok wzniesienia z wielkim pomnikiem Chrystusa na sporym cyplu. Wystarczyło obejść część cypla by znaleźć się w malowniczej zatoce Bãi Truóc z piękną promenadą, która wdziera się niepostrzeżenie w wąskie arteria miasta.

 
SONY DSC
 

Zanurzenie się w te ożywcze, drżące neonami ulice ze stygnącej w ciszy zatoki było przyjemnie pobudzające i ekscytujące. Szliśmy powoli napawając oczy tym spektaklem świateł, dźwięków i zapachów.

Falujące od ruchu pieszych i skuterów ulice wciągały nas coraz bardziej. Zapachy jedzenia, tanich papierosów i spalin przyklejały  się do skóry jak macki olbrzymiej ośmiornicy.

Mijaliśmy kolejne sklepy, przydrożne restauracje, zakłady fryzjerskie i pogrzebowe, mechaników i setki małych biznesów, które były częścią życia tych ludzi mijanych na ulicy i tego miasta, jakby dopiero przebudzonego ze snu. Ten z pozoru chaotyczny spacer miał w rzeczywistości cel. Chcieliśmy dotrzeć na Lam Son  Stadium, gdzie dwa razy w tygodniu odbywają się wyścigi psów.

 
SONY DSC

Dotarliśmy na kilkanaście minut przed pierwszą gonitwą. Zaopatrzyliśmy się w przyjemnie chłodny sok z trzciny cukrowej i zasiedliśmy na trybunach. Po chwili wyszli główni bohaterowie tego wieczoru. Smukłe sylwetki chartów prezentowały się dostojnie. Psy z dużą dozą gracji ustawiły się na linii startowej. Gdy rozdźwięczał sygnał startu zwierzęta ruszyły z taką prędkością, że mnie zamurowało. Poderwało się też kilku mężczyzn z widowni, którzy najprawdopodobniej obstawili zakłady i w napięciu oczekiwali na wynik. Oprócz nich byliśmy my i jeszcze jakieś trzydzieści może czterdzieści osób. Stadion nie był duży, ale i tak ta garstka osób wyglądała dość skromnie. Po trzeciej gonitwie zorientowałam się czemu. Wyścigi nie były wciągające. Nie doczekaliśmy zakończenie turnieju. Wyszliśmy po czterech gonitwach, zdecydowanie ciekawsze wydawały nam się te ulice obok, w które z prawdziwą lubością ponownie się zanurzyliśmy.

  *   *   *

Spacery po plaży, wyścigi psów i wizyty w galerii handlowej były obok wejścia pod posąg Chrystusa i przechadzek po targu, o czym pisałam już w innym poście o Vũng Tàu, jednymi z rozrywek w tym mieście w martwym sezonie. Nuda? Trochę. Te pierwsze dni, przed pobytem w Sajgonie chcieliśmy wyleżeć się na plaży, ale jednocześnie mieć alternatywę.  Vũng Tàu okazało się świetnym miejscem pod tym względem. Plaża na wyciągnięcie ręki, a gdy znudziło nam się plażowe lenistwo wieczorem mogliśmy ruszyć w miasto.

Vũng Tàu opuszczaliśmy w koszmarny korku wdychając spaliny setek, jeśli nie tysięcy skuterów, samochodów i autobusów, takich jak ten, w którym tkwiliśmy wpatrując się w brzydki, przemysłowy krajobraz za oknami. Odczuwałam dziwną mieszankę ulgi i smutku. Cieszyłam się, że wyrwiemy się już do dużego miasta. Spacery po plaży, kąpiele w morzu, wizyty na targu zaczynały nas powoli nudzić, potrzebowaliśmy nowego impulsu. Miał być nim dawny Sajgon, do którego zmierzaliśmy w parny dzień osłonięty ołowianymi chmurami. Z drugiej strony naprawdę dobrze się tu bawiłam, więc odrobina żalu, czająca się gdzieś w zakamarkach serca, była dla mnie oczywista.

autor: Magdalena Drajkowska

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *