Polska,  Relacje

Zakopane: Niepokorny szlak poskromiony

Chmury wyglądają obiecująco. Nie powinno padać. W przeciwieństwie do poprzednich dni szykuje się prawdziwa uczta. Ale do tego jeszcze daleko. Jeszcze kilka godzin nim trafimy w góry. Długo odkładana trasa była jak zadra za skórą. Brak warunków był zawsze przeszkodą. Wreszcie się udało. Przyjemna temperatura, brak mgły i zapowiedź bezdeszczowego dnia zadecydowały. Wreszcie ruszamy na Orlą Perć. Wchodząc do Tatrzańskiego Parku Narodowego czuję na karku oddech ekscytacji.

Orla Perć uznawana jest za najtrudniejszy szlak w polskich Tatrach. O jego przedbiegu zadecydował ksiądz Gadowski, który w latach 1903-1906 podjął trud jego przetarcia i wytyczył większą część wymagającej trasy, prowadzącej od przełęczy Zawrat aż po Przełęcz Krzyżne odkrytą granią Granatów. Od tego momentu trasa obrosła wieloma legendami i mitami podsycającymi z jednej strony ochotę na zmierzenie się z górskim potworem, z drugiej – odstraszającymi mniej doświadczonych turystów.

 
orla4-min
 

Orla Perć to w dalszym ciągu szlak turystyczny i to nie w klasycznym stylu via ferrata. Trasa nie jest przystosowana do korzystania z klasycznego sprzętu do asekuracji, co nie oznacza, że można wybrać się w tę drogę jak na niedzielny spacerek. Dobre buty z wytrzymałymi noskami i trochę już rozchodzone, rękawiczki z antypoślizgowym materiałem po wewnętrznej stronie – to taka podstawa. Ubezpieczenia w postaci żelaznych drabinek i łańcuchów ciągną się na całej trasie, więc ręce stale są zajęte i dotykają bardzo zimnego – z reguły – metalu. Cała historia Orlej Perci, ze swoimi śmiertelnymi wypadkami (ponad 120!), okresowymi zamknięciami tras, a także wstrzymaniem ruchu w dwóch kierunkach wyznacza poziom niebezpieczeństwa i zniechęca wielu. Dla nas była celem od lat. Liczyliśmy się z możliwością jej porzucenia, gdy warunki będą fatalne. Mieliśmy szczęście. Na początku czerwca trasa prezentowała się idealnie.

Po trzech dniach mgły wreszcie okno pogodowe. Lepszej okazji nie będzie. Wychodzimy z domku Gąsieniców, niezmiennej naszej kwatery od kilku lat. Do TNP wchodzimy w Kuźnicach, obecnie dzielnicy Zakopanego. Znajduje sie tu stacja kolejki liniowej na Kasprowy Wierch a także miejsce, z którego można wyruszyć w wyższe partie Tatr. I tak właśnie zrobiliśmy.

Szlak podejściowy z Kuźnic do schroniska Murowaniec na Hali Gąsienicowej to pierwszy odcinek. Nie mówię, że najłatwiejszy, bo dla mnie każde pierwsze 45 minut na szlaku to kwestia wyrównania oddechu i złapania odpowiedniego tempa. Z każdym krokiem jest lepiej. To przyjemna część. Można podziwiać widoki, a przy dużym słońcu cień świerczyny chroni przed palącymi promieniami. Przynajmniej przez pewien czas.

Na Hali Gąsienicowej zatrzymujemy się na chwilę przy schronisku. Nie do końca wiadomym jest czy też nazwa hali wzięła się od nazwy góralskiego rodu, czy zupełnie odwrotnie. A może wyjaśnienie zdaje się jeszcze bardziej prozaiczne i prowodyrem całej tej nazwy jest zwykły robak? Tym razem nie wchodzimy do Murowańca choć wizja szarlotki jest kusząca. Chcemy jednak jak najszybciej znaleźć się na Zawracie. Czarny Staw Gąsienicowy obchodzimy, rzucając zaledwie kilka uwag o jego urodzie i kolorze. Nie jest to nasza pierwsze z nim zetknięcie, podobnie jak trasa na Zawrat. Jest ciekawszym szlakiem na poznanie Doliny Pięciu Stawów i zapewnia emocjonujące wrażenia. Na pół godziny drogi do przełęczy zaczynają się łańcuchy. To dobry sprawdzian czy na pewno chce się iść na Orlą Perć. Na Zawracie można się rozmyślić. Prosto – na Pięć Stawów. W prawo – na Świnicę. Wiele razy z bólem serca rezygnowaliśmy i wybieraliśmy jedną z tych alternatyw.

Przekładany plan wreszcie się realizuje. Po wchłonięciu bułki – a jakże by inaczej z oscypkiem – ruszamy w lewo. Czeka nas przynajmniej sześć godzin drogi niemal stale z ubezpieczeniami. Kilka minut przed dziesiątą to dobry moment na start. Widać słońce. Wieje lekki wiatr. Czy coś może pójść nie tak? Zawsze. I trzeba mieć tego świadomość wybierając się w góry.

 
 

Na szlaku ostrożność i koncentracja pozwalają Ci stawiać stopę we właściwym miejscu. I tak krok za krokiem docierasz do celu. Gorzej jak nie wiesz, gdzie ten krok postawić. Jeśli masz 157 cm wzrostu lub mniej proponuję wybrać się na Orlą Perć z osobą a) wyższą, b) silniejszą, c) opanowaną w stopniu równym bądź większym niż ty. Taką osobę puszcza się przodem bez nadmiernego respektowania ogólnych zasad savoir vivre. Przyczyna jest prosta. Za krótkie nóżki. W kilku miejscach na szlaku Maciek musiał mnie unosić pod pupę – ręką lub barkiem – bo nie dosięgałam nogami do jakiejś stabilnej podstawy. Innym razem nawigował moje stopy z dołu, gdy nie mogłam dosięgnąć dobrego punktu podparcia.

 
orla3-min
 

Szlak przyspiesza krążenie krwi, napina mięśnie i wzmaga koncentrację, ale przed wszystkim wywołuje strach. Taki, który rodzi w człowieku wyłącznie konieczność zmierzenia się z wytworem przyrody, pozbawionym w swoim jestestwie ingerencji ludzkiej. Strach smagnął mnie kilka razy, ale z bicza strzelił tak naprawdę razy dwa.

W drodze między Granatmi przymocowana jest drabinka. Około osiem metrów metalowych szczebelków. Z pozoru nic nadzwyczajnego. A jednak coś, gdy kończy się przepaścią. Prawdziwą, rasową przepaścią, jak Bóg przykazał wywołująca respekt i spinającą pośladki. Drżącą nogę postawiłam jak należy lekko z boku i oddaliłam się radośnie od tego niepozornego potwora. Drugi bat spadł na mnie w drodze między Granatami a Krzyżne.

Orli szlak można zakończyć wcześniej. Za Granatami jest zejście. Taki mieliśmy pierwotny plan. Na Kozim Wierchu zadowoleni podziwiamy widoki. Jest co! Nie ma sensu iść we mgle. To głupie z dwóch powodów – po pierwsze: można się zabić, po drugie: nie masz widoku na widoki. Stoimy i napawamy się sukcesem.

-Idziecie na Krzyżne? – pytanie pada ze strony starszego jegomościa, żylastego i widać zakonserwowanego w wyprawach górskich.

– Nie – odpowiadam i dodaję za chwilę – A gorzej czy lepiej?

– A parę łańcuchów i jedna drabina – mówi, a ja mogę po przejściu tej trasy dodać staropolskie i dosadne: A gówno prawda! Nic nie odda lepiej tego jak bardzo oddalony od prawdy był obraz żylastego jegomościa, który tylko zachęcił nas do ruszenia dalej. I poszliśmy. A tam może i drabinka jedna, za to łańcuchów co nie miara. Na tym odcinku bicz poczułam jak wspomniałam po raz drugi. Strach spojrzał nie tylko w oczy, ale chyba i po kieszeniach zaglądał. Gdzie się dało tam wlazł. A wszystko przez uskok.

Prawdziwa dziura między skałami w moim odczuciu sięgająca ziemi. Pusta przestrzeń. Krok i jesteś po drugiej strony. Tu jest łańcuch. I tam jest łańcuch. Między nimi człowiek. Ale! Nie jeśli masz za krótkie nogi i ręce. Na tę jedną przerażającą chwilę, między puszczeniem łańcucha po jednej a chwyceniem ręki Maćka po drugiej musiałam polegać tylko na nogach. Odepchnąć się jedną i natychmiast przerzucić masę ciała na drugą. A pode mną czyste powietrze. Chwila strachu i już po dobrej stronie. Na końcu trasy chwila oddechu. Duma już wychyla zza pazuchy i rozpanoszyć się chce na twarzach.

– Z Granatów idziecie? – pyta jeden z dwóch mężczyzn. Jeden ma na sobie bluzę z logo TOPRu.

– Tak.

– Widzieliście trójkę mężczyzn? Za Granatami siedzieli.

– Widzieliśmy dwóch daleko przed nami. Długo siedzieli. Nie ruszali z miejsca przez jakiś czas.

– A daleko stąd?

– No kawałek. Zaczęli schodzić chyba. Przed nami szedł starszy mężczyzna i chyba im pomógł. Na trasie ich nie minęliśmy.

– Dobra ruszamy.

Duma jakoś tak się schowała. Właśnie minęli nas faceci, którzy nie raz w życiu szli tędy, nie raz ratując życie. Poza tym czułam zmęczenie. Czeka nas jeszcze zejście i to długie. Wybraliśmy mniej strome zbocze, za to długi odcinek. Skończyła nam się woda. Do niewielkiego strumyka dopadliśmy z prawdziwą radością. Napełniliśmy butelki i dalej w dół. Na Łysej Polanie byliśmy po 20.

-Jedzie pan do Zakopanego?- pytam kierowcę busika.

– Tak, ale to za jakieś 40 minut.

Na mojej twarzy maluje się chyba tak wielkie rozczarowanie, że dodaje.

– Może wcześniej.

Siadamy zobojętniali. Marzę o kąpieli. W brzuchu burczy jakby Metallica dawała koncert na pełnym nagłośnieniu.

– A pies z nimi! Jedziemy stopem, bo z głodu tu zemrę. – kieruję się w stronę małżeństwa zmierzającego do auta. Ubłocona, spocona, z przedartą nogawką nie prezentuję się najlepiej. Chyba wzbudzam litość, bo wiozą nas prawie pod restaurację. I tak po trzynastu godzinach drogi znaleźliśmy się znów w Zakopanem!

autor: Magdalena Drajkowska

Więcej zdjęć na Fanpage Zza Grubych Szkieł w albumie Zakopane: Niepokorny szlak poskromiony

 

0 Komentarzy

Pozostaw odpowiedź zzagrubychszkiel Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *